Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
O autorze
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Tu zaglądam
Ulubione wydawnictwa, których książki KUPUJĘ za ciężko zarobione pieniądze :)
Wishlist :)
Zaglądam i tu
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Kategorie: Wszystkie | Dźwięki | Obrazy | Słowa | To i owo
RSS
piątek, 05 marca 2010
Filmowo - "Adam"

Znowu będzie filmowo, ale tak się jakoś składa, że trafiam na zapadające w pamięć filmy, podczas gdy część ostatnich lektur jakoś gdzieś mi w międzyczasie zdążyła umknąć...

Choć zdarzają się wyjątki, ale o nich będzie za czas jakiś.

Dziś spotkanie z "Adamem".

Ten wpis skierowany jest przede wszystkim do tych, którzy nie wierzą, że można zrobić film o miłości, który będzie czymś więcej niż kiczowatą i przesłodzoną komedią romantyczną, po obejrzeniu której człowiek zaczyna mieć nerwowe drgawki na widok wszelkiego rodzaju czułości.  

Otóż, jak widać na przykładzie „Adama”, opowiedzenie prostej, ale jednocześnie uroczej i niegłupiej historii o rodzącym się uczuciu jest możliwe, zwłaszcza jeśli twórcom uda się powołać do życia postaci charakterystyczne, ale wzbudzające sympatię widza. W opisywanym przeze mnie filmie mamy tytułowego Adama Raki (naprawdę rewelacyjna rola młodego aktora Hugh Dancy’ego, który dzięki niej ma wreszcie szansę na uwolnienie się od dotychczasowego wizerunku „ładnego chłopca”), zbliżającego się do trzydziestki samotnika, który oprócz tęsknego spojrzenia z miejsca zmiękczającego kobiece serca, posiada jeszcze tzw. „zespół Aspergera”, czyli zaburzenie rozwoju (będące delikatną odmianą autyzmu) charakteryzujące się przede wszystkim upośledzeniem umiejętności społecznych. Chorzy z tym syndromem bardzo nie lubią zmian, nie potrafią kłamać, a także odczytywać niewerbalnych sygnałów wysyłanych przez innych, co jak możemy sobie łatwo wyobrazić, znacznie utrudnia codzienne kontakty z ludźmi. Ogólnie jednak łagodniejsza forma tej choroby nie wyklucza absolutnie cierpiących na nią ze społeczeństwa, choć przy charakterystycznym połączeniu nieprzeciętnej inteligencji z aspołeczną postawą, są oni często postrzegani jako ekscentrycy.

Tytułowy Adam radzi sobie jak potrafi najlepiej, choć po śmierci ojca, który opiekował się nim w miarę możliwości i utracie pracy, porusza się po nieprzyjaznym świecie z ostrożnością kogoś, kto niespodziewanie znalazł się wśród ludzi mówiących obcym językiem. Jednak w momencie, kiedy na jego drodze los postawi atrakcyjną sąsiadkę Beth, młodą pisarkę z ambicjami, bohater będzie zmuszony do zmierzenia się z własnymi rodzącymi się uczuciami, a także naturalnymi potrzebami każdego człowieka. Dziewczyna, choć początkowo zdezorientowana, a nawet lekko przerażona, nie ucieka i stopniowo zbliżając się do Adama, uświadamia im obojgu, że na dobrą sprawę nie dzieli ich aż tak wiele. Sama również boryka się z własnymi problemami, kiedy pozornie idealna rodzina okazuje się podtrzymywaną przez lata farsą, a stawiany na piedestale ojciec zostaje oskarżony o malwersacje, przy okazji których wychodzą na jaw długoletnie kłamstwa i oszustwa. Wbrew pozorom więc to ten niepozbierany i przerażająco szczery dziwak stanie się dla niej swego rodzaju ostoją, choć z pewnością nie można go nazwać łatwym we współżyciu.

Zdecydowanie największą zaletą tego skromnego filmu są postacie, które od pierwszych chwil budzą naszą instynktowną sympatię – reżyserowi udało się pokazać je z takim ciepłem i autentyzmem, że sama historia (dosyć schematyczna w gruncie rzeczy) automatycznie schodzi na dalszy plan.

To dzięki Adamowi i Beth nie przeszkadza nam sztampowość tej opowieści, w której jak zwykle mamy parę zakochującą się w sobie wbrew przeciwnościom losu i kompletnie różnym charakterom; to co mnie ujęło w tym filmie to spojrzenie na miłość od nieco innej niż zwykle strony – w zasadzie większość z nas przynajmniej od czasu do czasu przeżywa podobne niedopasowanie jak Adam, u którego po prostu pewne cechy wydają się mocno przerysowane – dlatego też łatwo jest się z nim utożsamić i kibicować mu w tej nierównej walce. Miłość według reżysera Maxa Mayera jest uczuciem pojawiającym się nie wiadomo kiedy ani czemu, raczej „mimo” niż „z powodu” czegoś, nie jest ślepa, ale niemniej obezwładniająca.

I choć w tej historii brak typowego happy-endu, to jej ogólne przesłanie jest jak najbardziej optymistyczne – każde z bohaterów wyszło z niej bogatsze o pewne doświadczenia i z większym potencjałem do wykorzystania w przyszłości.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć, że ta współczesna baśń była odkryciem ubiegłorocznego festiwalu kina niezależnego w Sundance, który w świecie filmowym jest symbolem dobrego gustu, a liczne pozytywne recenzje podkreślają, że jest to kolejny dowód na to, że filmowcy nadal potrafią tworzyć wartościowe i znaczące obrazy.  

Scenariusz i reżyseria: Max Mayer

Obsada: Hugh Dancy, Rose Byrne, Peter Galagher, Amy Irwing i in.

10:44, jeanne_n , Obrazy
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 lutego 2010
Retro freak

Dziś będzie o filmie, który pewnie wszyscy i tak już dawno obejrzeli (ale to, że mam spóźniony zapłon nie oznacza przecież, że nie mogę się podzielić refleksjami po seansie :))

Debiutancki film nagrodzonego tegorocznym Paszportem Polityki Borysa Lankosza jest świetnym dowodem na to, że polskie kino wreszcie złapało wiatr w żagle, co powinno usatysfakcjonować wszystkich kinomanów z choćby szczątkowym zacięciem patriotycznym. Miło jest bowiem obejrzeć dla odmiany bez uczucia zażenowania, a nawet z niejaką dumą bardzo przyzwoicie przedstawioną historię osadzoną w  polskiej rzeczywistości.

Nie zamierzam twierdzić, że „Rewers” jest dziełem wybitnym i nie boli mnie jakoś specjalnie to, że hollywoodzka socjeta nie dopuściła go do wyścigu o tegoroczne Oscary – mnie, jako zwykłemu, choć stosunkowo wymagającemu widzowi w zupełności wystarcza fakt, że opowieść ta zapewniła mi półtoragodzinną godziwą rozrywkę i świadomość, że nie był to czas stracony.

Do rzeczy jednak.

Już sam tytuł filmu sugeruje, że mamy do czynienia ze światem odwróconym, z drugą, zazwyczaj ukrytą stroną – w tym konkretnym przypadku może to dotyczyć zarówno oryginalnego sposobu przedstawienia czasów powojennych (akcja toczy się w latach 50. ub. wieku), zderzenia czarno-białej przeszłości z kolorową współczesnością, czy też naprawdę skrajnego przeciwstawienia sobie dwóch najważniejszych męskich postaci w życiu bohaterki.

Myślę, że jedną z największych zalet „Rewersu” jest to, że niełatwo jest go sklasyfikować – nie przypominam sobie w naszej rodzimej kinematografii chyba żadnego tytułu, który równie zręcznie lawirowałby pomiędzy gatunkami – mamy tu więc i dramat obyczajowy z elementami romansu i kryminał ze sporą dawką czarnego (naprawdę czarnego) humoru.

Postacią centralną, wokół której wszystko się rozgrywa, jest Sabina, niezwykle naturalnie i delikatnie zagrana przez Agatę Buzek – jest ona, podobnie jak w zasadzie wszystkie, nawet drugoplanowe role w tym filmie przerysowana, momentami nawet balansująca na granicy śmieszności (ale jednak nigdy tej granicy nie przekraczająca, co uważam za istotne osiągnięcie reżysera). Sabina jest więc totalną szarą myszką, inteligentną, ale zahukaną, żyjącą niejako pod kloszem stworzonym przez dwie silne kobiety - swoją matkę i babkę (genialny duet Janda – Polony), których z kolei jedyną życiową ambicją wydaje się wydanie najmłodszej przedstawicielki rodu za mąż. Właśnie te swaty, mocno osadzone w szaroburej socjalistycznej rzeczywistości, są najzabawniejszymi fragmentami filmu – urocza i autentycznie śmieszna scena kolacji z barwnym wprawdzie, ale raczej „atrakcyjnym inaczej” potencjalnym kandydatem sprawia, że instynktownie zaczynamy życzyć naiwnej Sabinie lepszego losu.

Dlatego też pojawienie się iście bogartowskiego (łącznie z postawionym kołnierzem prochowca i nieodłącznym papierosem w ustach) amanta o męskiej urodzie Marcina Dorocińskiego wydaje się prawdziwym wybawieniem – Bronisław jest ucieleśnieniem zarówno dziewczęcych marzeń Sabiny, jej matki, jak i każdej kobiety fantazjującej od najmłodszych lat o  rycerzu na białym koniu.

Ale w tym filmie nic nie jest oczywiste – choć więc rozkwitający romans sprawia pozory idealnego, każdy średnio zaprawiony w bojach widz będzie miał przeczucie, że twórcy nie odpuszczą tak łatwo. I słusznie.

Najważniejszego zwrotu akcji nie zamierzam mimo wszystko zdradzać, jako że być może znajdzie się gdzieś jeszcze taki niedobitek jak ja, który zechce przekonać się na własne oczy, jak się ta zabawa kończy, dodam tylko, że mimo pozornego zagmatwania fabuły i pomieszania wątków, aż do końca ogląda się tę historię z zainteresowaniem.

Uprzedzam jednak, że jeśli ktoś lubi historie proste i przejrzyste, bez ironiczno-groteskowego zacięcia (trochę w stylu braci Coen, choć mnie momentami sposób opowiadania kojarzył się raczej z dawnymi obrazami Pedro Almodovara), temu „Rewers” nie przypadnie do gustu – zarówno życiowa postawa, jak i zachowanie głównych bohaterek w kluczowym momencie może wywołać u co wrażliwszych widzów zarówno niesmak, jak i dyskusję o moralności i etyce, ale jeśli ktoś potrafi spojrzeć na to z przymrużeniem oka, tego cała precyzyjnie uknuta przez pisarza i scenarzystę Barta i reżysera Lankosza intryga będzie po prostu bawić.

Jedynym lekkim „zgrzytem” dla mnie osobiście były wątki współczesne, z ucharakteryzowaną na staruszkę Buzek, choć przyznaję, że motyw z przewrotnym wykorzystaniem symbolu socjalistycznej władzy, czyli Pałacu Kultury i Nauki, jest naprawdę wyborny. Podobnie jak scena „konspiracyjnej” radości matki i córki po ogłoszeniu śmierci Stalina, przeciwstawiona wszechobecnej (oficjalnej) rozpaczy.

Mimo wszechobecnej w tej opowieści szarości i w ogólnym rozrachunku wesołości podszytej sporą dawką melancholii, refleksja, jaka pojawia się w głowie pod koniec filmu jest raczej optymistyczna – pokazuje bowiem, że niekiedy ze zła rodzi się coś dobrego, czego przykładem jest syn ubeka, reprezentujący całkiem inny świat i wartości niż ojciec. 

Na koniec mała zachęta dla miłośników jazzu – gwarantuję, że skomponowana przez Włodzimierza Pawlika rewelacyjna ścieżka dźwiękowa zostaje w głowie jeszcze długo po zakończonym seansie.

11:56, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (4) »
czwartek, 14 stycznia 2010
Sir, my name is Eyre, Jane Eyre

Miało być o książkach, ale co ja na to poradzę, że w międzyczasie obejrzałam film, który w mojej osobistej klasyfikacji zekranizowanej klasyki uplasował się automatycznie w pierwszej trójce, tuż obok kultowej już „Dumy i Uprzedzenia” (rzecz jasna mam na myśli serial z Colinem Firth’em i Jennifer Ehle) i nie mniej kultowej dla mnie „Północy – Południe”.

Tym, co wzbudziło we mnie taką ekscytację, przykuło mnie do kanapy na cztery bite godziny  i wywołało u mnie niemalże ślinotok, jest cztero- (lub dwu – w zależności od wersji) częściowy miniserial BBC „Dziwne losy Jane Eyre” z 2006 roku. Od razu mówię – każda z poprzednich wersji niech się przy tej schowa, bo naprawdę już dawno nie widziałam tak rewelacyjnie dobranej pary głównych aktorów, jak tutaj!

Odtwarzana przez Ruth Wilson Jane Eyre, która notabene jest jedną z moich ulubionych postaci literackich (tuż obok Elizabeth Bennet, z którą zresztą, zaryzykowałabym stwierdzenie, mogłyby przypaść sobie do gustu) jest wreszcie kobietą z krwi i kości, zgodnie z zamierzeniem Charlotte Bronte, a nie jakąś cierpiętniczą ciapą – jest cudownie złośliwa i choć momentami drażni mnie jej widzenie świata wyłącznie w czerni lub bieli, bez żadnych odcieni pośrednich, to polubiłam ją od pierwszych minut. Być może jedynym „zarzutem”, jaki mogłabym jej postawić, jest nadmierna uroda aktorki, która, choć bezlitośnie tłamszona przez większość filmu, niekiedy wyrywa się na wolność i wtedy możemy być w szoku, że ta nieładna Jane jest w rzeczywistości ładna i to bardzo…

W filmie nie zabrakło także jednego z moich ulubionych fragmentów, czyli rozmowy młodziutkiej Jane (rewelacyjna Georgie Henley) z dyrektorem szkoły (niestety chwilowo nie mam pod ręką tłumaczenia, więc cytuję oryginał):

“Do you know where the wicked go after death?"

"They go to hell," was my ready and orthodox answer.

"And what is hell?  Can you tell me that?"

"A pit full of fire."

"And should you like to fall into that pit, and to be burning there for ever?"

"No, sir."

"What must you do to avoid it?"

I deliberated a moment; my answer, when it did come, was objectionable:  

 "I must keep in good health, and not die."

Zapewniam, że dalej jest tylko lepiej…

Co do pana Rochestera natomiast, to Toby Stephens zasługuje na oddzielny wpis – on jest dla mnie żywą definicją słowa „charyzma”, a to, jak zagrał tego namiętnego i inteligentnego brzydala rozkochując w sobie zarówno Jane Eyre, jak i chyba wszystkie oglądające tę ekranizację panie w dowolnym wieku, jest dla mnie mistrzostwem świata. Oczywiście wiem, że to jest świetny aktor i to nie była przecież jego pierwsza rola, ale życzyłabym każdemu, żeby każdy miał szansę stworzenia postaci tego formatu.

 

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że mój poziom ekscytacji tym mini-serialem może się wydać mocno przesadzony, a dodam tylko, że oglądałam go już kilka tygodni temu, więc przez ten czas moje emocje i tak się ostudziły, ale jeśli ktoś:

a)     lubi klasykę, bez względu na to czy czytał czy nie „Dziwne losy Jane Eyre”

b)    lubi filmy kostiumowe

c)     wie, co znaczy adaptacja spod znaku BBC

d)    kocha Toby’ego Stephensa

e)     ma duszę romantycznej pensjonarki, choćby ukrytą głęboko pod warstwą nowoczesnej asertywności i przebojowości

f)      odczuwa nieodpartą wewnętrzną potrzebę zgrzytania z zazdrości na widok niesamowitej chemii na ekranie, która tak rzadko ma miejsce w prawdziwym życiu

to lepiej niech się od razu zabiera do szukania tego filmu :), a raczej nie pożałuje tych kilku godzin, spędzonych w Thornfield Hall.

 

10:40, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (5) »
środa, 29 lipca 2009
Kinowo cz.2
Zapowiedziany c.d. wybranych tytułów z lipcowego Lata Filmów.
Na początek "DeUsynlige"  ("Troubled Water") - norwesko-duński zdobywca głównej nagrody w konkursie na film z najlepszym scenariuszem. Moim skromnym zdaniem jak najbardziej zasłużenie, bo to taki film, o którym po prostu nie sposób nie myśleć po seansie - zostaje w głowie i zmusza do zadania sobie co najmniej kilku fundamentalnych pytań...



„DeUsynlige” to poruszająca historia o próbie odkupienia, miłości i wybaczaniu.
Czteroletni chłopiec zostaje porwany i najprawdopodobniej zamordowany przez dwóch nastolatków – nie wiemy, dlaczego tak się dzieje, ponieważ kolejne elementy tej układanki poznajemy na bieżąco w trakcie filmu, dopiero pod sam koniec otrzymując dramatyczny obraz całości. Osiem lat później jeden ze skazanych, Jan Thomas, zostaje zwolniony z więzienia i dostaje szansę rozpoczęcia normalnego życia, – jako że jest utalentowanym organistą, znajduje zatrudnienie w kościele, przewodzonym przez pastora Annę.
Anna z kolei jest matką samotnie wychowującą synka (zarówno wiekowo, jak i z wyglądu do złudzenia przypominającego zmarłe przed laty dziecko) – kiedy więc między nią a Janem Thomasem z czasem dochodzi do zacieśnienia więzi, chłopak decyduje się zachować swoją przeszłość w tajemnicy.

Jednak ona nie daje o sobie tak łatwo zapomnieć, ponieważ równolegle poznajemy Agnes, nauczycielkę i matkę zabitego chłopca, która mimo upływu lat nadal nie potrafi dojść do siebie po tragedii, obwiniając siebie za chwilę nieuwagi, która kosztowała jej dziecko życie, a także nie mogąc pojąć motywów człowieka, który teraz wydaje się być kimś całkiem innym. Kieruje nią nienawiść i determinacja, aby wymusić na Janie Thomasie przyznanie się do winy, a także uniemożliwić mu funkcjonowanie w społeczeństwie na równych prawach.

Czując narastające emocjonalne napięcie pomiędzy bohaterami tej historii, wiemy już, że musi dojść do jakiegoś przełomu – że stanie się coś, co wydobędzie na wierzch wszelkie skrywane dotąd uczucia i żale – tak też dzieje się, kiedy Jan Thomas odbierając z przedszkola synka Anny zostaje nagle cofnięty do przeszłości i postawiony po przeciwnej stronie – chłopiec bowiem niespodziewanie znika.

Choć fabuła „DeUsynlige” pozornie może wydawać się nieco zagmatwana, tak naprawdę najważniejsze w niej wydają się prowokujące pytania, zadawane Annie przez Jana Thomasa –  nie potrafi on bowiem zrozumieć jak można wierzyć w bezgraniczną dobroć Boga, który obok dobra stworzył także zło – pyta więc, jaki był Jego cel, a także czy możliwe jest pełne wybaczenie komuś, kto wyrządził nam jakąś ogromną krzywdę.

Na mnie osobiście najmocniejsze wrażenie, poza niewiarygodną grą dwójki głównych postaci (Jana Thomasa, granego przez Pala Sverre Valheima Hagena oraz Agnes, w której rolę wcieliła się Trine Dyrholm) i przejmującą muzyką, zrobiło uświadomienie sobie przez Annę pod koniec filmu jak wielka przepaść jest pomiędzy jej naiwną teoretyczną wiarą, a faktycznymi życiowymi wyborami – jakże łatwo jest głosić pięknie brzmiące hasła, ale kiedy zostajemy postawieni przed konkretnym wyborem, wtedy wybaczenie nie przychodzi już tak łatwo.


***



Inny z pokazywanych podczas festiwalu filmów, fińsko-niemiecki „Czarny lód” jest zdecydowanie trudniejszy do sklasyfikowania – reżyser Petri Kotwica z różnym skutkiem lawiruje pomiędzy motywami hitchcockowskiego thrillera, czarnego humoru i skandynawskiego melodramatu, tworząc ze swojego obrazu specyficzny kolaż, który na pewno nie wszystkim przypadnie do gustu. Główny rys fabuły jest banalny – ot, małżeństwo w średnim wieku, które przeżywa kryzys – ona odkrywa w swoje czterdzieste urodziny, że mąż – architekt i wykładowca zdradza ją ze swoją studentką. Postanawia się zemścić na nieświadomej niczego dziewczynie i niewiernym małżonku – dotąd wszystko idzie pozornie normalnym, niespecjalnie zaskakującym torem. Nie łudźmy się jednak, że potrwa to długo, ponieważ od tego momentu czeka nas podróż pełna niespodziewanych zakrętów i zwrotów akcji tak dziwnych, że chwilami niebezpiecznie ocierających się o groteskę. Saara tworzy sobie bowiem nową osobowość, wcielając się w psycholog Cristę i coraz bardziej osaczając młodziutką Tuuli – zapisuje się na prowadzone przez nią zajęcia, towarzyszy jej podczas wypadów do klubów, stopniowo stając się kimś w rodzaju przyjaciółki i powiernicy swojej rywalki.
W tym filmie nic nie jest jednak ani takie, jak się wydaje, nie oczekujmy też prostego zakończenia, – choć teoretycznie w trakcie filmu otrzymujemy pewne sygnały świadczące o tym, co może się wydarzyć pomiędzy tą trójką, samo rozwiązanie jest dosyć zaskakujące.
Choć można Kotwicy zarzucić pewną przesadę i pretensjonalność (myślę, że nieco więcej prostoty wyszłoby temu obrazowi zdecydowanie na dobre), to jednak „Czarny lód” ogląda się z zaciekawieniem – choćby tylko po to, aby się przekonać, czym jeszcze reżyser nas zaskoczy.


Mój subiektywny ranking opisanych filmów wygląda następująco:
1. Zdecydowanie "DeUsynlige"
2. "Mucha", ale tuż za nią
3. "Kiedyś w sierpniu"
no i sporo dalej "Czarny lód"


12:55, jeanne_n , Obrazy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lipca 2009
Kinowo
To będzie skrótowe podsumowanie kilku filmów obejrzanych podczas lipcowego Lata Filmów, o którym wspominałam jakiś czas temu -  nie jestem pewna, czy wejdą one do normalnej dystrybucji, ale jeśli ktoś natknie się gdzieś przez przypadek na któryś z opisanych przeze mnie tytułów, a lubi przy tym kino niebanalne i raczej niekomercyjne, to zachęcam do zapoznania się z tymi obrazami, bo moim zdaniem warto.

Na początek jeden obraz niemiecki i jeden rosyjski:



„Kiedyś w sierpniu” to jeden z ciekawszych obejrzanych przeze mnie w trakcie festiwalu obrazów, choć z pewnością nie jest to film dla każdego, jako że pozornie niewiele się w nim dzieje. Oto mamy młode małżeństwo – Hannę i Thomasa, którzy właśnie kupili dom na niemieckiej prowincji i planują spędzić lato na wykończeniu i doprowadzeniu go do stanu używalności – są pełni zapału, podekscytowani i szczęśliwi, spędzając dni na szpachlowaniu, malowaniu, wynoszeniu i paleniu starych mebli i cieszeniu się chwilą. Ich plan będzie jednak wymagał zmodyfikowania, kiedy pojawią się dosyć niespodziewani goście – poturbowany przez życie brat Thomasa, który próbuje się pozbierać po utracie pracy, żony i dzieci, a także młodziutka Augustine, chrześnica Hanny, która okazuje się nieco mniej niewinna niż mogłoby się wydawać.

W tym momencie wiadomo już, że wśród tej czwórki musi prędzej czy później dojść do jakiegoś emocjonalnego przesilenia – pozornie nic nie znaczące szczegóły, jak nocna kąpiel w jeziorze, wspólny spacer, czy wypita herbata nagle stają się katalizatorem i doprowadzają do wybuchu – reżyser Sebastian Schipper bawi się tą historią z niezwykłą wręcz subtelnością, pozwalając jej rozwijać się we własnym, leniwym tempie – trochę przypomina to obrazy spod znaku Dogmy, trochę filmy Bergmana, jednak tym, co utrzymuje ten film na jednakowo wysokim poziomie są rewelacyjnie dobrani i poprowadzeni aktorzy – momentami wrażenie podglądania prawdziwych życiowych dramatów naszych sąsiadów jest niezwykle silne. I to stanowi najmocniejszą stronę tego obrazu.


***



„Mucha” Władymira Kotta to kino rosyjskie w najlepszym wydaniu – to mieszanka gatunkowa, po której tak naprawdę do końca nie wiadomo, czego się spodziewać. Początek sugeruje prosty dramat obyczajowy, być może z lekkim zabarwieniem komediowym – kiedy poznajemy Fiodora Mukhina, kochliwego kierowcę ciężarówki, który po otrzymaniu dość enigmatycznego telegramu wyrusza do małej mieściny na spotkanie być może kobiety swojego życia, a zamiast niej znajduje szesnastoletnią niepokorną córkę Wierę, o istnieniu której nie miał dotąd pojęcia. To niespodziewane spotkanie diametralnie odmieni życie obojga, choć może niekoniecznie w sposób, o jakim by marzyli. Kott po mistrzowsku prowadzi dwa równoległe wątki tytułowej Muchy, którą jest i zbuntowana nastolatka, próbująca poradzić sobie na własną rękę ze stratą matki i za wszelką cenę udowadniająca wszystkim wokół swoją siłę i Fiodor Iwanowicz, który jak się okazuje, pod pozorami błaznowatego flirciarza skrywa tęsknotę za posiadaniem prawdziwej rodziny i ustatkowaniem się.

Oprócz wciągającej i chwilami zaskakującej fabuły, na szczególną uwagę obok dwojga głównych bohaterów zasługuje także cała plejada barwnych postaci drugoplanowych, z których niemal każda tworzy zapadającą w pamięć kreację – mamy więc zrozpaczoną urzędniczkę pocztową, czekającą na list od walczącego nie wiadomo gdzie syna, która regularnie niszczy nadchodzące karty poborowe, pozwalając innym matkom uniknąć jej losu; lokalnego mafiosa – masarza, który przemienił swoją obsesyjną miłość do kobiety, która odrzuciła jego zaloty wraz z oferowanym jej majątkiem i szansą na wyzdrowienie na równie obsesyjną nienawiść skierowaną zarówno na jej córkę oraz wyidealizowanego przez nią Mukhina; mamy też wreszcie nauczycielkę matematyki, nocami dorabiającą w jedynym miejscowym barze, desperacko poszukującą mężczyzny, z którym mogłaby się związać.

„Mucha” jest filmem momentami zabawnym i groteskowym, choć przez większą część jest to  obraz raczej gorzki, ale zestawienie dwóch równoległych światów – dorosłych i nastolatków na tle rosyjskiej prowincji sprawia, że ogląda się go z niemalejącym zainteresowaniem do samego końca.


c.d.n.

Aktualnie skręca mnie trochę, że wrocławskie ENH obywają się beze mnie, no ale może  prędzej czy później będę miała szansę zobaczyć przynajmniej kilka pokazywanych tam filmów... A w międzyczasie pozostaje mi zadowolić się tym, co mam na tzw. "składzie"...
12:42, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (2) »
środa, 24 czerwca 2009
W starym kinie
Choć filmy to zdecydowanie jeden z moich ulubionych sposobów na ucieczkę od rzeczywistości, to za telewizją nie przepadam - jeśli już pojawia się jakiś ciekawy tytuł, to na ogół albo w środku dnia, kiedy większość społeczeństwa zarabia na chleb poza domem, albo w środku nocy, kiedy z kolei dobrze by było podłapać trochę snu. Ale mimo wszystko czasem trafi się i perełka, więc ten wpis ma być zachętą dla tych, którzy do tej pory nie mieli okazji obejrzeć filmu "84 Charing Cross Road" i przy okazji będą mieli wolne półtorej godzinki jutro w ciągu dnia...

A naprawdę warto, bo to moim zdaniem jedna z najbardziej wzruszających historii miłosnych, jaką napisało samo życie...



Opowiada ona o ponad dwudziestoletniej znajomości amerykańskiej pisarki i maniaczki klasycznej literatury brytyjskiej Helene Hanff oraz londyńskiego antykwariusza Franka Doela - znajomości podtrzymywanej wyłącznie listownie, ponieważ ta para nigdy nie spotkała się osobiście.

Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy Helene, zniechęcona bezskutecznym bieganiem po nowojorskich księgarniach w poszukiwaniu angielskich książek, trafia na ogłoszenie londyńskiej księgarni "Marks & Co." - pisze więc do nich pierwszy list z zamówieniem i w ten oto niewinny sposób z upływem czasu i kolejnymi krążącymi nad oceanem notkami i paczkami, rodzi się piękne uczucie, oparte przede wszystkim na obustronnej miłości do książek, a także zgryźliwym i ironicznym poczuciu humoru Helene. Stopniowo staje się ona ważną częścią tej malutkiej antykwarycznej społeczności, korespondując już nie tylko z Frankiem, ale i jego żoną i wszystkimi pracownikami.


Dopiero po 20 latach Helene udało się zrealizować swoje marzenie o wyjeździe do Londynu, ale niestety czarująca księgarnia już nie istniała - zostały tylko listy...


Dla wszystkich moli książkowych jest to pozycja absolutnie obowiązkowa, jako że książki są tu równorzędnym bohaterem, a nastrojowy antykwariat to kwintesencja tego, o czym marzą tacy maniacy jak ja... Ciekawe jest też zestawienie powojennego życia w Londynie i Nowym Jorku (historia rozgrywa się w latach 1949 - 1971) i zachodzących w tym czasie zmian społecznych.
W dzisiejszych czasach ta znajomość polegałaby pewnie na wymianie maili, bez tego gorączkowego czekania na listonosza i romantycznej otoczki papierowej korespondencji (czy ktoś dziś jeszcze pisze tradycyjne listy??) - tak więc jest to także swoisty hołd złożony tej odchodzącej w niepamięć pięknej epistolarnej tradycji...


No i last but not least, duet aktorski Anne Bancroft - Anthony Hopkins jako pary pozornie pochodzącej z dwóch kompletnie różnych światów (ona jest bezpośrednia, otwarta i złośliwa, on natomiast to uosobienie angielskiego gentlemena - uprzejmego, ułożonego i zdystansowanego) jest absolutnie fantastyczny.

Film powstał w 1987 roku i trzeba przyznać, że odrobinę się już zestarzał, poza tym przeniesienie na ekran zbioru listów nie jest prostą sprawą (chociaż jak widać na przykładzie "Niebezpiecznych związków" de Laclosa, nie niemożliwą), to jednak dla mnie ma on tyle staroświeckiego uroku, że polecam go bez mrugnięcia okiem!


I marzę o przeczytaniu książki "84 Charing Cross Road", która niestety nie jest zbyt łatwa do upolowania.


A tak wyglądała rzeczona księgarnia (która dziś jest podobno barem):



Film będzie wyświetlany w najbliższy czwartek, 25 czerwca, w TVP2 o godzinie 15.45.
11:21, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (6) »
wtorek, 26 maja 2009
Let's Misbehave!
Pozostając ciągle w klimatach ubiegłowiecznego dwudziestolecia międzywojennego, wszystkim tym, którym marzy się podróż w czasie, polecam  uroczy film, będący prawdziwą ucztą dla oka i innych zmysłów i przy okazji niezłą rozrywką.

"Easy Virtue" to całkiem niegłupia i mistrzowsko zagrana komedia obyczajowa, o pewnej konserwatywnej angielskiej rodzinie, która pewnego dnia musi zmierzyć się z nie lada wyzwaniem, jakie stanowi na wskroś nowoczesna żona ukochanego syna, która nie dość, że już kiedyś była mężatką, ściga się samochodem z mężczyznami, to jeszcze jest...Amerykanką!



Dla mnie powodów do obejrzenia tego filmu jest całkiem sporo, ale te najważniejsze to zdecydowanie:

1) stroje, wnętrza i muzyka, odtworzone z taką precyzją i dbałością o szczegóły, że aż się chce westchnąć z żałością...








2) ironiczno-gorzkie komentarze pana Whittakera, z których numerem jeden jest mini dialog pomiędzy nim a córką: (cytuję z pamięci)

Smile, Marion
- I don't feel like smiling
- Oh, you're English, fake it!

3) obsada, ze szczególnym uwzględnieniem duetu Kristin Scott Thomas - Colin Firth, ale także Krisa Marshalla w cudnej roli lokaja :) Pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie Jessica Biel, w roli ultra kobiecej, charakternej, ale i tragicznej Larity - która poza tym wygląda tak, że nie sposób oderwać od niej oczu...





4) jedna z ostatnich scen, w której Larita tańczy tango z panem Wittakerem





Podsumowując, "Easy Virtue" to świetne lekarstwo na kiepski humor, pod warunkiem oczywiście, że lubi się wszystkie wymienione wyżej elementy :)




12:34, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (7) »
czwartek, 09 października 2008
Freakowe ruchome obrazki
Wygląda na to, że książkowy freak znowu przeistoczył się we freaka filmowego - najwyraźniej historia skondensowana w +/- dwóch godzinach i przedstawiona za pomocą kolorowych obrazków jakoś chwilowo bardziej do mnie przemawia. Chociaż z książkami też się tradycyjnie nie rozstaję - "Czarodziejska góra" podróżuje ze mną w torebce, a "Okruchy dnia" usypiają mnie wieczorem, ale faktem jest, że wyraźnie zwolniłam swoje tempo czytelnicze, więc póki co będzie opis kolejnego filmu, a nawet dwóch. 
 
To, że lubię kino europejskie i niekomercyjne, nie jest żadną tajemnicą. Z różnych względów jednak (w tym osobisto-rodzinnych) od jakiegoś czasu odkrywam po troszeczku również filmy rosyjskie - kiedyś pisałam już o świetnym "Kierowcy dla Wiery", dziś nadszedł czas na "Euforię" i zapewniam, że to nie jest jeszcze moje ostatnie słowo :) 
 

 Euforia

 

No, ale do rzeczy - w tym filmie wszystko jest większe, bardziej intensywne – jak słońce, to oślepiające, jak obrazy, to piękne aż do granicy kiczu, jak przestrzenie, to zapierające dech w piersiach, a jak namiętności, to przerysowane, na granicy obłędu.

Niemal każda scena urasta tu do rangi symbolu, dialogi ograniczone są do minimum, a wszystko to ma prawdopodobnie służyć ukazaniu nam, ignorantom twardo stąpającym po ziemi, bezmiaru rosyjskiej duszy…Niby sporo, a jednak odrobinę za mało, żeby stworzyć coś więcej niż ciąg poruszająco pięknych obrazków, choć opowiadana przez debiutującego nią na polu filmowym reżysera teatralnego Iwana Wyrypajewa historia wydaje się raczej uniwersalna i dość poruszająca w swojej prostocie.

Otóż na niezmierzonym rosyjskim pustkowiu nad leniwie płynącym Donem żyje sobie Wiera z małą córeczką i mężem Walerym; ten pozorny spokój burzy pojawienie się Pawła - młodego budowniczego łodzi, i niespodziewany wybuch namiętności, który ich połączy wytrącając z równowagi każdą z osób. Już od samego początku, patrząc w smutne i zrezygnowane oczy dziewczyny przeczuwamy, że to historia bez happy-endu, gdzieś w powietrzu czuć czającą się tragedię, ale przyznam się, że sposób jej opowiedzenia kompletnie mnie nie przekonał – przez całe siedemdziesiąt kilka minut czekałam na coś, co sprawi, że poczuję jakąś więź z bohaterami, ale niestety jedynym stworzeniem, którego było mi autentycznie szkoda, okazała się Bogu ducha winna krowa…

Tak, więc dla mnie „Euforia” to zdecydowany przerost formy nad treścią – a szkoda, bo poza tym, że pięknie, mogło być również interesująco. Jedynym, co pozostaje nam w głowie po zakończonym seansie, oprócz naprawdę fantastycznych widoków, jest magnetyzująca muzyka. Niemniej jednak ciekawa jestem dalszych dokonań pana Wyrypajewa i dopisuję go do mojej subiektywnej listy twórców z potencjałem.

O drugim filmie będzie później. 

13:39, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (4) »
sobota, 04 października 2008
La Vie en Noir

La Mome

 

Głosu Edith Piaf się nie zapomina - myślę, że owszem, można nie lubić jej piosenek, ale nie sposób chyba nie podziwiać siły tego głosu i jej emocjonalnego zaangażowania w wyśpiewywane przez siebie historie. Przy "Hymne a l'amour", "Milord", "Padam, padam", "La Vie en Rose" czy też najsłynniejszym "Non, je ne regrette rien", zawsze przechodzą mnie ciarki, choć od ich powstania minęło już ponad pół wieku...

Jej krótkie, nieprawdopodobnie wręcz mroczne i naznaczone bólem życie, było gotowym materiałem na film - genialny talent muzyczny zaklęty w drobniutkim ciałku najprawdziwszego paryskiego dziecka ulicy, który pchnął ją na sam szczyt, żeby potem bezlitośnie pozwolić jej się na tym szczycie spalić. Jej  siłą, ale i największą wadą było to, że nie potrafiła, ani nie chciała zgodzić się na żadne kompromisy - może właśnie dlatego jej nagrania nadal mają taką moc - ciągle słychać w nich tę determinację i emocje. 

Film "La Mome" (o polskim, tradycyjnie już "ulepszonym" tytule, celowo nie wspominam) to film jednej aktorki, Marion Cotillard, która po prostu przeistoczyła się w Edith Piaf tworząc kreację zapierającą dech w piersiach. Sam obraz momentami może wydawać się nużący, siłą rzeczy pewne fakty z życia piosenkarki zostały w nim pominięte (jak choćby słynne romanse z Charlesem Aznavourem czy Yve'm Montand), a obraz Piaf  jako osoby maksymalnie spłycony i krzywdząco sprowadzony do ordynarnej prostaczki obdarzonej  świetnym głosem, ale nie da się ukryć, że jego siła tkwi właśnie w hipnotyzującej Cotillard i oczywiście ścieżce dźwiękowej, złożonej z oryginalnych wykonań najsłynniejszych przebojów francuskiej legendy.

Jako temat do głębszych dyskusji nie bardzo się nadaje, ale myślę, że może stanowić niezły punkt wyjścia dla kogoś, kto dotąd kojarzył Edith Piaf wyłącznie jako małą kobietkę w czerni porywającą tłumy swoimi nieśmiertelnymi interpretacjami.

A żeby nie być gołosłowną, poniżej jeden z najpiękniejszych, moim zdaniem, (i najsmutniejszych) utworów, napisany po tragicznej śmierci mężczyzny jej życia, Marcela Cerdan, czyli "Hymne a l'amour":

 



hmmm - obawiam się, że z jakiegoś powodu Edith nie zaśpiewa - technika mnie przerosła :(
14:30, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (3) »
środa, 01 października 2008
Sir Caine Vs Mr Law

Sleuth

 

Trzeba nie lada tupetu i talentu, żeby nakręcić film z zaledwie dwoma aktorami i wyjść z tego obronną ręką.

Niełatwa ta sztuka udała się słynnemu brytyjskiemu specjaliście od ekranizacji głównie Szekspirowskich dramatów, (choć nie tylko), czyli Kennethowi Branagh, który jest reżyserem „Pojedynku” (oryginalny tytuł „Sleuth” nawiązuje do swojego pierwowzoru z w 1972 roku, w polskim tłumaczeniu znanym jako „Detektyw”).

Myślę, że jednaki podziw należy się zarówno reżyserowi, jak i parze aktorów, która przykuwa nas swoją obecnością do ekranu na niemal półtorej godziny i wciąga w toczoną przez siebie przewrotną grę.

A aktorzy to nie byle jacy, lecz stanowiący zdecydowaną wyspiarską czołówkę – duet Michael Caine – Jude Law jest prawdziwie magnetyzujący, a chemii jaka wywiązuje się między ich postaciami, nie powstydziłby się żaden porządny romans…

No, ale do rzeczy – pozornie nieskomplikowana fabuła obraca się wokół dwóch mężczyzn, podstarzałego pisarza i autora poczytnych kryminałów Andrew Wyke’a oraz młodego aroganckiego aktora, Milo Tindle’a,  o aparycji Adonisa, a konkretniej wokół ich rywalizacji o kobietę – będącą jednocześnie żoną Wyke’a i kochanką Tindle’a. Zamiast spodziewanego dramatu obyczajowego jednak, otrzymujemy fantastycznie hipnotyzujący i trzymający w napięciu do samego końca thriller, osadzony w ultranowoczesnych wnętrzach jednego domu. To, co rozpoczyna się jako pozornie niewinna gra, przeistacza się w niebezpieczny pojedynek, gdzie manipulowany staje się manipulującym i odwrotnie.

Nie zamierzam zdradzać zbyt wiele, zwłaszcza, że Branagh zadbał o zaskakujące zwroty akcji, dodam tylko, że gra obu panów zasługuje na prawdziwe oklaski – żaden ani na krok nie ustępuje pola drugiemu (co w przypadku M. Caine’a nie jest żadnym zaskoczeniem, ale może wytrącić oręż z ręki tych krytykantów, którzy dotąd byli skłonni postrzegać Jude’a Law w kategoriach czysto estetycznych), no a w scenach z założenia lekko dwuznacznych, naprawdę daje się odczuć pełne napięcia iskrzenie między nimi.

W ramach związanych z tym tytułem ciekawostek nadmienię jeszcze, że Michael Caine zagrał w pierwotnej wersji „Sleuth” z tym, że oczywiście wtedy został obsadzony w roli Tindle’a (to zresztą kolejny raz, kiedy Jude Law kroczy po jego śladach – wcześniej miało to miejsce w filmie „Alfie”). Obraz Branagha, mimo identycznego (w oryginale!) tytułu i ogólnego zarysu fabuły nie jest jednak wiernym remakiem filmu Josepha L. Mankiewicza i oczywiście można dyskutować na temat ewentualnych porównań, ale moim zdaniem „Sleuth” A.D. 2007 jest rozrywką na bardzo przyzwoitym poziomie dla każdego, kto lubi łamigłówki, intrygi i lekko teatralne klimaty.

 P.S. dla zainteresowanych - tę i więcej interesujących recenzji filmowych można znaleźć TUTAJ. 

 

 

11:32, jeanne_n , Obrazy
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2