Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
O autorze
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Tu zaglądam
Ulubione wydawnictwa, których książki KUPUJĘ za ciężko zarobione pieniądze :)
Wishlist :)
Zaglądam i tu
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Kategorie: Wszystkie | Dźwięki | Obrazy | Słowa | To i owo
RSS
piątek, 07 stycznia 2011
na dobry początek roku...
Jak zwykle daje o sobie znać moje zdyscyplinowanie - miałam zaglądać tu częściej, ale wychodzi mi to średnio, jak widać...Nie obiecuję, że w nowym roku wiele się w tym zakresie zmieni, ale mimo wszystko staram się być optymistką.

Święta minęły nie wiadomo kiedy i jak, Sylwester mimo naszej wzajemnej niechęci do siebie, okazał się wyjątkowo udany, podsumowań nie zamierzam robić (no, dobrze, jedno zrobiłam niejako automatycznie - w 2010 przeczytałam 72 książki, co samo w sobie nie jest może żadnym powodem do wstydu, ale w moim konkretnym przypadku owszem - zazwyczaj liczba ta przekracza setkę...Tak się jednak dzieje, kiedy intensywne życie towarzyskie pochłania większość czasu normalnie przeznaczonego na lekturę - może w tym roku będę potrafiła jakoś to zrównoważyć, zwłaszcza, że ilość książek, która pojawiła się na moich półkach i czeka w kolejce, sugerowałaby zaprzestanie jakiejkolwiek innej aktywności przez co najmniej kilka najbliższych miesięcy...).

Teoretycznie w planach miałam przede wszystkim ograniczenie kupowania, ale po zaledwie 7 dniach jakie zdążyły upłynąć od początku roku już widzę, że jestem kompletnie bez szans, więc nawet nie będę się próbowała oszukiwać - to, czego staram się trzymać od jakiegoś czasu to kupowanie zdroworozsądkowe (w pewnych granicach przynajmniej, jako że te dwa terminy na ogół się wzajemnie wykluczają) - oznacza to, że nie kupuję impulsywnie tego, co mi wpadnie w oko na zasadzie "a może mi się spodoba", tylko poprzestaję na książkach, które naprawdę chcę mieć na własność - i tak jest ich o wiele więcej niż powinno...Staram się też nie kupować powieści figurujących na listach bestsellerów, ani kryminałów (jeśli mam na coś ochotę, to pożyczam z mojej rewelacyjnie zaopatrzonej biblioteki) - w zamian za to mój własny księgozbiór powiększam o tytuły, do których prawdopodobnie kiedyś jeszcze wrócę, lub też o nowe wydania moich ulubionych autorów.

I tyle. Może i wydaje się to proste, ale wierzcie mi, że wcale takie nie jest.

Książki, które pojawiły się na półkach w ciągu zaledwie kilku ostatnich dni, pewnie niedługo się ujawnią, a póki co przedstawiam to, co dzisiaj przytargałam ze wspomnianej biblioteki. Na wierzchu leży moja własność, w którą zagłębiam się po trochu z tak ogromną przyjemnością, że autentycznie szkoda mi będzie ją skończyć, czyli "Howards End is on the Landing" Susan Hill - cała jest już obklejona małymi karteczkami i notatkami i powiem szczerze, że chociaż jestem pełna podziwu dla autorki za plan wprowadzenia w życie jednego roku czytania wyłącznie tego, co znajduje się na jej własnych półkach, to oczywiście w moim przypadku jest to kompletnie nierealne - nie przy takiej ilości bodźców z zewnątrz (w tym ulubionych blogów książkowych, które są CZYSTYM ZŁEM)...



Poza tym od dołu leżą:
- Mons Kallentorf "Ofiara w środku zimy" - bo jak wiele osób z blogowego (pół)światka mam słabość do skandynawskich kryminałów, a szkoda mi miejsca i pieniędzy na kupowanie czegoś, co przeczytam raz,
- Kate Summerscale "Podejrzenia Pana Whichera" - to miałam kupić, ale skoro znalazłam w bibliotece, to w zamian mogę sobie przytargać do domu coś innego :)
- Johan Theorin "Nocna zamieć" - kolejna część mrocznych opowieści olandzkich - już zresztą rozpoczęta - jak dla mnie klimatyczna i naprawdę wciągająca,
- Philippe Delerm "Pierwszy łyk piwa i inne drobne przyjemności" - piwa nie lubię i jakoś mam wątpliwości, czy faktycznie jest to tak urocze, jak wszędzie piszą, no ale cóż - wkrótce sama się przekonam...
- Truman Capote "Pośród ścieżek do raju i inne opowiadania" - tego pana chyba przedstawiać nie trzeba. Jako przeciwwaga dla lektur jednorazowych i gatunkowo raczej lekkich, żebym miała o czym myśleć.

Jako bonus fragment Koki, jak zwykle żywo zainteresowanej nowymi książkami - a tak naprawdę lekko naburmuszonej, ponieważ do zdjęcia musiałam ją lekko zepchnąć z tej górki, na której już się wygodnie rozlokowała - tak, zdecydowanie jest to kot godny swojej pani...

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku, miłe książkowe freaki - jak najwięcej dobrych książek w Waszych rękach i wielu interesujących wpisów na blogach!

17:55, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (5) »
sobota, 04 grudnia 2010
50 lat minęło jak jeden dzień, czyli "Ostatnia noc w Twisted River" Johna Irvinga...
Tak, Ameryki nie odkryję, jeśli napiszę, że John Irving należy do tych w sumie nielicznych współczesnych pisarzy, których albo się naprawdę lubi, albo naciąwszy się na którąś z jego powieści i stwierdziwszy, że jego barwny i specyficzny styl nie jest tym, co do nas przemawia, omija jak najszerszym łukiem...

Ja od momentu, kiedy przeczytałam "Świat według Garpa", mam do niego słabość i chociaż nie jestem pewna, czy zaliczyłabym go do grupy moich najbardziej ulubionych, to na widok jego najnowszej książki zatarłam ręce z radości (i ciekawości).



Nie będę już powtarzać tego, co też wszyscy zainteresowani wiedzą, czyli że w "Ostatniej nocy w Twisted River" pojawiają się charakterystyczne dla pisarza motywy i liczne odniesienia do jego wcześniejszych dzieł, ani w jakim stopniu jest to utwór autobiograficzny - napiszę tylko, że to powieść z prawdziwego zdarzenia - soczysta i treściwa (dosłownie też, bo ma ponad 570 stron!), z wyrazistymi bohaterami.

Co do treści, to niejako jako bonus dostajemy tu przegląd wybranych wydarzeń historycznych II połowy XX wieku - akcja bowiem rozpoczyna się w 1954, a kończy w 2005 roku - w tle mamy więc i wojnę w Wietnamie, i rewolucję seksualną, czy atak na WWT, a na tym tle rozgrywa się dramatyczna historia ojca - kucharza Dominica Baciagalupo i jego syna - pisarza przybierającego pseudonim Danny'ego Angela. Po przypadkowym zabójstwie dokonanym przez dwunastolatka, życie tej dwójki polega głównie na ukrywaniu się przed równie psychopatycznym, co głupim policjantem, a akcja przenosi się płynnie z osady w New Hampshire, przez Boston, Vermont do Toronto.

Powiem tak - mnie ta książka wciągnęła niemal tak mocno, jak biednego Angela rzeka Twisted, ale specjalne brawa należą się Irvingowi za postać Ketchuma, który jeszcze przez kilka dni po zakończeniu lektury prześladował mnie w snach...Moim zdaniem bez niego byłaby to tylko w miarę interesująca historia, natomiast ten nieokrzesany flisak, pozornie nieliczący się z niczym i nikim, a jednak poświęcający właściwie całe swoje życie niesamowitej przyjaźni z Dominikiem i opiece nad jego synem, sprawił, że książka nabrała "życia". To świetnie opisana postać i choćby tylko dla niego warto się przebić przez te blisko 600 stron...

Książkę wydało wyd. Prószyński i S-ka.
13:22, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (3) »
sobota, 13 listopada 2010
Wykańczające "Dziecię boże"...
...wykańczające dosłownie i w przenośni - wykończyło bowiem i dobrych parę osób w książce i mnie, próbującą tę książkę zmóc. Ja dałam wprawdzie radę, ale nie powiem, żeby była to przyjemna lektura - przebijałam się przez kolejne strony z poczuciem tytłania się w błocie albo czymś jeszcze gorszym i niemal z każdą kolejną linijką miałam wrażenie, że mnie ten obrzydliwy świat Lestera Ballarda oblepia i wciąga jak muliste dno bagna.




Powiem tak - "Drogę" Cormaca McCarthy'ego uważam za arcydzieło, ale "Dziecię boże" to nie są moje klimaty, co w sumie może jest dosyć zaskakujące, biorąc pod uwagę moją małą słabość do tematyki seryjnych zabójców.
Ale nie mogłam jakoś znieść książki, której główna postać (bo określenie "bohater" nie przechodzi mi przez usta) nie wzbudza we mnie żadnych pozytywnych emocji - wcześniej czytałam recenzję (bardzo ciekawą, notabene) matyldy (o
TU), ale powiem szczerze, że moje własne odczucia były diametralnie odmienne. Lester nie zdołał wzbudzić we mnie współczucia, a jedynie obrzydzenie i nie interesuje mnie, czy to fakt, iż nie zaznał on w dzieciństwie ciepła i czułości zrobił z niego potwora, czy też brak przysłowiowej piątej klepki.

Jedno muszę przyznać - książka, choć pisana typowym dla McCarthy'ego bardzo prostym językiem, niemal pozbawionym wszystkich ozdobników, jest poruszająca - po jej zakończeniu miałam ochotę wziąć gorący prysznic i zmyć z siebie ten brudny i nieprzyjemny świat, w którym zostałam zanurzona, a myślę, że to też świadczy o sile oddziaływania autora i jego bezdyskusyjnym talencie...

Tak więc w sumie nie wiem, czy polecam czy nie - może jedynie na własną odpowiedzialność...

10:10, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (4) »
wtorek, 02 listopada 2010
Te najnowsze i te trochę mniej...
Tak, jak pisałam wcześniej - długa przerwa w pisaniu nie oznacza w moim przypadku automatycznego powstrzymywania się od powiększania i tak niemałej już biblioteki, która jak tak dalej pójdzie, obejmie w końcu władzę absolutną nad moim całym mieszkaniem i zmusi mnie do koczowania w piwnicy lub kątem u sąsiadów...

To tylko niewielki % tego, co udało mi się zgromadzić stosunkowo niedawno - a i tak nie jest to moje ostatnie słowo, bo kolejna partia już w drodze... To, co widać na zdjęciu to totalny miszmasz gatunkowy, będący idealnym odzwierciedleniem moich gustów czytelniczych... Samo zdjęcie raczej kiepskie, bo pstrykane na szybko, telefonem.
 
Aktualnie w czytaniu jest Zadie Smith - recenzja będzie wkrótce.




Stoją od lewej:
- Historia życia prywatnego. Tom 5 (bo dotyczy najbardziej interesującego mnie okresu, czyli początków XX w. aż do współczesności - ale w planach mam nabycie wszystkich tomów - kiedyś...)
- Alicja w krainie rzeczywistości - Melanie Benjamin - kupiłam, bo mnie zafascynował jakiś opis, potem trochę mi się odechciało, więc poczeka na lepszą chwilę
- Pensjonat - Piotr Paziński - niby cienkie, niby mi się podobało, a jednak utknęłam i muszę wrócić, żeby mnie nie kłuło w oczy na półce...
- Dramat udanego dziecka - Alice Miller - naprawdę ciekawe i pobudzające do głębszej refleksji
- W co grają ludzie. Psychologia stosunków międzyludzkich - Eric Berne - czyli
klasyczna już pozycja o różnorakich relacjach, w jakie się świadomie lub nie wikłamy
- Mądrość Toskanii - Ferenc Mate - inspiracja którąś z przeczytanych blogowych recenzji
- Rozmowy o książkach - Jarosław Iwaszkiewicz - zabiorę się za to lada moment, bo już się nie mogę doczekać
- Codzienność w Toskanii - Frances Mayes - podobnie jak u kolegi Ferenca, czyli zakup pod wpływem impulsu
- W ogóle i w szczególe - Anne Fadiman - bo jej "Ex libris" uwielbiam - zresztą te eseje też są niczego sobie...
- Być kobietą i nie zwariować - K. Miller, M. Pawluczuk - nie lubię poradników, ale przez ten przebrnęłam bez przykrości, a nawet z odczuciem, że sporo mi ta lektura dała
- Polski hydraulik - Maciej Zaremba - a to już tak sobie stoi i czeka od jakiegoś czasu, bo zawsze coś się przed niego wpycha do kolejki...
- Jak powieść - Daniel Pennac - czyli mała książeczka o książkach - z gatunku tak lubianego przez wielu blogowiczów, w tym niżej podpisaną - bardzo przyjemna i szybko się czyta


Leżą po prawej:
- Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej - Sławomir Koper - no bo niby jak miałam się oprzeć TAKIEMU tytułowi? Też już zacieram ręce na samą myśl o tej smakowitej lekturze...
- Anybody Out There - Marian Keyes - podróżnik na gapę, który przywędrował w mojej walizce aż z Krety, czyli prezent od przyjaciółki -podobno miłe czytadełko - zobaczymy...
- Nowe lektury nadobowiązkowe - Wisława Szymborska - już to kiedyś czytałam, ale pamiętam jedynie, że mi się podobało, więc może sobie przypomnę w wolnej chwili
- Marlene - Angelika Kuźniak - czyli koleżanka koleżanki napisała książkę o Marlenie Dietrich - wygląda ładnie, a co w środku - to się okaże...
- Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało - Pierre Bayard - bardzo praktyczna pozycja dla kogoś, kto prowadzi bloga o książkach :) i ciekawa w dodatku (tę książkę akurat przeczytałam i spokojnie mogę o niej rozmawiać)...
- Moje pierwsze życie - Bodil Malmsten - czytałam "Cenę wody w Finistere" i "I znowu mam bałagan w papierach" - obie mi się podobały, więc jest szansa, że i tym razem się nie zawiodę
- Moje życie we Francji - Julia Child - a o O TEJ książce naczytałam się tyle na różnych blogach, że normalnie boję się za nią zabrać - tym bardziej, że filmu nie widziałam (bo najpierw chcę przeczytać książkę i obawiam się, że mogę się tak zapętlić na amen)
- Biały kamień - Anna Bolecka - poruszająca i napisana pięknym językiem historia
- "na głowie" stoi Aleja przyjaciół Jarosława Iwaszkiewicza - chyba nie muszę tłumaczyć, skąd to i po co - bo to i o Tuwimie, i o Słonimskim, i o Lechoniu - czyli cud, miód i orzeszki :)

No i last but not least, na samym wierzchu:
- Brooklyn - Colm Toibin - bo czytałam niezłe opinie, bo to książka nominowana do mojego ulubionego Bookera i bo podobała mi się biografia Henry'ego Jamesa tegoż autora, którą czytałam kiedyś tam
- Niewidzialne - Paul Auster - bo bez względu na to, czy jest on świetnym pisarzem, czy też tylko zręcznym rzemieślnikiem, uwielbiam go bezkrytycznie i nie mogę się oprzeć jak widzę cokolwiek, co wyszło spod jego ręki...
- Jak zmieniałam zdanie - Zadie Smith - jestem mniej więcej w połowie i przyznaję, że jak dotąd jest naprawdę interesująco, a momentami nawet świetnie - oby tak dalej!
 
19:29, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (1) »
środa, 27 października 2010
Comeback

Stało się – książkowy freak powrócił – nie wiem wprawdzie, czy jeszcze ktokolwiek zagląda w te moje przykurzone blogowe kąty, ale powiem szczerze, że szkoda mi jakoś zostawić to miejsce na pastwę losu i zapomnienia…

Tytułem usprawiedliwienia mojej dłuuuugiej nieobecności – tym razem dla odmiany dopadł mnie nie szpital, tylko tzw. życie i to przez duże Ż – nowa praca, nowe mieszkanie, nowe przyjaźnie, złamane serce i takie tam różne J

Wiele się pozmieniało, ale jeden element jest stały – książki, które wiernie dotrzymywały mi towarzystwa w różnych momentach, w końcu więc doszłam do wniosku, że jednak lubię się dzielić z innymi freakami moimi odkryciami – jestem więc z powrotem.

Zdjęcia chwilowo będą wyłącznie z sieci, bo jeden aparat podziękował mi ostatnio za współpracę, a z kolejnym utknęłam na etapie poszukiwań J

 To na dobry „początek” książka, którą oczywiście biorąc pod uwagę mojego osobistego „hopla”, musiałam mieć, czyli:

„Profil mordercy” Paula Brittona.

Wprawdzie przede mną jeszcze jakieś 80 stron, ale myślę, że spokojnie mogę napisać, że polecam tę lekturę z czystym sumieniem, choć i zastrzeżeniem, że zawiera drastyczne opisy. Jej autor jest bowiem jednym z najbardziej znanych i cenionych brytyjskich „profilerów”, czyli specjalistów współpracujących z policją w zakresie tworzenia psychologicznych profili przestępców i książka ta traktuje właśnie o jego doświadczeniach w tym temacie. Nie wiem, na jakiej zasadzie zostały dobrane opisane tam przypadki, ale są one mocno zróżnicowane (od porwania noworodka z oddziału położniczego, przez szantażystę zatruwającego jedzenie w supermarketach, szereg gwałtów i morderstw popełnianych na młodych kobietach, aż po autentycznie mrożące krew w żyłach opisy wyczynów sadystycznego małżeństwa). Jednak tym, co sprawiło, że od kilku dni nie mogę się oderwać od lektury, są bardzo szczegółowe opisy całej procedury policyjnej, włączającej współpracę z psychologami właśnie – Paul Britton skupia się więc na sposobach określenia osobowości poszukiwanej osoby, konfrontując następnie swoje analizy z konkretnymi podejrzanymi wyłonionymi w śledztwie.

Sama książka, choć poruszająca naprawdę niełatwą i mało przyjemną tematykę napisana jest jednak w bardzo „ludzki” i ciepły sposób – widzimy więc jak autor przez lata stara się zachować równowagę pomiędzy zagłębianiem się w najmroczniejsze zakątki ludzkich dusz, a prowadzeniem względnie „normalnego” życia i cieszenia się rodziną i bliskimi.

Tak, jak napisałam wcześniej, nie jest to z pewnością lektura dla każdego, ale dla kogoś zainteresowanego kryminologią to świetny wybór.

"Profil mordercy" Paul Britton ("The Jigsaw Man"), wyd. Znak 2010

11:38, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (4) »
niedziela, 24 stycznia 2010
Gargulec
Jakimś dziwnym trafem w ubiegłym roku ominął mnie szum związany z ukazaniem się "Gargulca" Andrew Davidsona - a może nie zwracałam na tę książkę uwagi, głęboko przekonana ("dzięki" mylącej okładce), że to jakieś "dziełko" z kategorii s-f, czyli chyba jedynej, z którą jakoś kompletnie mi nie po drodze.



Tymczasem okazało się, że ta debiutancka powieść młodego Kanadyjczyka jest mocno nieortodoksyjną wprawdzie, ale wciągającą opowieścią o miłości (chociaż dla mnie osobiście, i jak podejrzewam, nie jestem w swoim odczuciu odosobniona, zamieszczony w dobrej wierze "zachęcający" napis na okładce:  "O miłości wiecznej jak czas, silniejszej niż śmierć" kwalifikuje się do miana "pocałunku śmierci" dla opatrzonej nim książki).

No, ale do rzeczy - bezimiennego do końca bohatera poznajemy w szpitalu, kiedy dochodzi do siebie po wypadku samochodowym, w którym niemal spłonął żywcem i przyznam się, że na tym etapie, po niezwykle szczegółowych, bardzo realistycznych (i drastycznych!) opisach jego urazów i sposobów ich leczenia w zasadzie chyba bardziej współczułam mu, że nie dana była mu łaska nieświadomej śmierci w płomieniach...

Prawdziwą ironią losu jest jednak to, że mężczyzna przed wypadkiem był gwiazdorem porno, o aparycji młodego Adonisa, więc jak można się domyślić, przeistoczenie się w zniekształconego potwora automatycznie nasuwa na myśl perfidną karę za grzechy. A jednak kiedy bohater skupia całą swoją energię na doprowadzeniu się do stanu względnej używalności i opracowuje misterny i wyszukany plan popełnienia samobójstwa (jak tylko zostanie wypuszczony ze szpitala i "przywrócony" na łono społeczeństwa), nagle na scenie pojawia się Marianne Engel i cały ten wyszukany plan bierze w łeb.

Z pewnością nie mamy tu do czynienia z typową parą w powieści miłosnej - trąci to raczej duetami typu "piękna i bestia" czy "upiór w operze - Christine", z tą drobną różnicą, że Marianne również daleko do ideału - wszystko wskazuje, że cierpi ona na zaawansowaną chorobę psychiczną - jest uroczą i diabelsko utalentowaną, a także obdarzoną niezwykłą charyzmą schizofreniczką, co z kolei sugeruje nam dosyć jednoznacznie, że ta historia nie będzie miała happy endu - no bo niby jak?

Tak czy inaczej, przez 500 stron czytamy w zasadzie trzy książki - pierwsza i zasadnicza to ta, rozgrywająca się współcześnie - w której bohater mozolnie powraca do zdrowia, głównie dzięki oddaniu i bezgranicznej pomocy ekscentrycznej rzeźbiarki oraz kilku zaprzyjaźnionych osób; równocześnie Marianne stopniowo odkrywa nam historię sprzed 700 lat - historię tragicznego, ale wzruszającego i namiętnego uczucia, jakie połączyło młodą mniszkę i najemnika - w obu tych opowieściach pewne elementy splatają się ze sobą jakby w potwierdzeniu szalonej teorii Marianne, że współczesna historia jest tylko lustrzanym odzwierciedleniem tamtej wcześniejszej i jej dopełnieniem.

Trzecia wreszcie część to "seria podróżnicza", w której przenosimy się z Islandii, do Japonii, Włoch,  czy Anglii, poznając kolejne barwne postaci i ich tragiczne losy (moimi ulubionymi były zdecydowanie ta o wikingu - kryptogeju i Vicky, niestrudzenie wypatrującej zaginionego męża). W opinii większości te wtręty to najsłabsza część powieści, której zarzucano zbytni sentymentalizm, a momentami ocieranie się  wręcz o styl porównywalny z Coelho - ja jednak nie zgadzam się z tym zdaniem - owszem, te historie były może łzawe, ale jednocześnie stanowiły chwilę oddechu od przytłaczającej chwilami historii Marianne i jej ukochanego.

Reasumując, ja "Gargulca" dosłownie pochłonęłam, choć wiele wskazywało na to, że ta książka nie przypadnie mi do gustu - uwielbiam takie niespodzianki! I mimo, że nie uważam tej powieści za arcydzieło (chociaż z drugiej strony życzyłabym każdemu debiutantowi stworzenia podobnego "niearcydzieła"), mam przeczucie, że coś z tej historii zostanie w głowie na dłużej, pomijając już fakt, że być może dzięki A. Davidsonowi wróci moda na czytanie Dantego :) W zasadzie "Gargulec" i "Boska komedia" powinny być od razu sprzedawane w jakimś dwupaku...


15:08, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Ktoś we mnie
W zasadzie po tej wyczerpującej podwójnej recenzji nie zostaje wiele do dodania na temat "Kogoś we mnie" Sary Waters - zresztą pewnie ci, którzy lubią tę autorkę i / lub powieści paragotyckie, z tzw. klimatem i akcją osadzoną na angielskiej prowincji, w nawiedzonym dworze, pewnie już mają tę lekturę dawno za sobą, lub też wcale nie potrzebują dodatkowej zachęty by po nią sięgnąć.



Rozpoczynając tę lekturę, miałam mieszane uczucia, bojąc się trochę przegadania czy też przekombinowania w którąkolwiek stronę - a jednak od pierwszych stron wciągnęła mnie ta snuta leniwie przez wiejskiego lekarza opowieść o zubożałej rodzinie, której z dawnych czasów świetności pozostał powoli i nieubłaganie chylący się ku upadkowi dom.

Podobała mi się postać nieatrakcyjnej Caroline, młodej kobiety z determinacją walczącej o utrzymanie status quo i starającej się za wszelką cenę zachować resztki godności i zdrowego rozsądku. Natomiast od samego początku drażnił mnie niepomiernie narrator, czyli doktor Faraday, początkowo sprawiający wrażenie obiektywnego obserwatora, ale z każdą kolejną stroną coraz mocniej i głębiej wikłającego się w życie rodziny Ayresów - nie podobało mi się jego skrywane, ale wszechobecne poczucie niższości, momentami przypominające raczej zawiść w stosunku do lepiej urodzonych, nie podobała mi się też ta jego pozorna uczciwość i chęć niesienia pomocy, o którą tak naprawdę nikt go nie prosił. Nie będę zdradzać zakończenia, które zresztą jest faktycznie na tyle otwarte, że dopuszcza pewną dowolność interpretacji, aczkolwiek mocno skłaniam się ku wersji opisanej przez ewenement .


Tak czy inaczej cieszy mnie niezmiernie, że są jeszcze współcześni pisarze, którzy nie pożegnali się z tradycyjną powieścią na dobre i raz na jakiś czas umożliwiają czytelnikom spędzenie kilku godzin z książką, która nie przypomina żadnych językowych ani stylistycznych eksperymentów, tylko pozwala na zanurzenie się w ciekawie opowiedzianej historii.


13:04, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (8) »
piątek, 15 stycznia 2010
Czytelniczka znakomita

Nie, nie - tytuł wpisu nie jest uderzającym skromnością opisem mojej osoby :)                                                                     

       

Literacko rok zaczął mi się sympatycznie – oby tylko ta szlachetna tendencja zechciała się utrzymać (i rozszerzyć na inne kategorie życiowe)…

Jednym z pierwszych przeczytanych przeze mnie tytułów, była „Czytelniczka znakomita” (w oryginale „The Uncommon Reader”) Alana Bennetta, czyli książka, na którą polowałam od dłuższego już czasu, święcie przekonana, że raczej nie doczekam się polskiego tłumaczenia – jakaż więc była moja radość, kiedy odwiedzając niedawno zaprzyjaźnioną bibliotekę, natknęłam się na to wśród nowości!

 

Sama książeczka jest niewielka i do „połknięcia” w jeden wieczór, ale zapewniam, że niewymuszone poczucie humoru i bezpretensjonalny język autora sprawią, że będzie to bardzo miło spędzony wieczór. W dodatku któż z nas nie miałby ochotę na identyfikowanie się z samą królową angielską, bo to ona jest ową tytułową znakomitością. Oto mamy starzejącą się królową, która przypadkowo odkrywa w sobie czytelniczy zapał. Zamiast więc skupić się na swoich dotychczasowych zajęciach (o dużej wadze państwowej oczywiście), zaczyna pochłaniać kolejne dzieła literackie, wszystko inne odsuwając stopniowo na boczny tor – piękna jest scena jazdy karocą na jakąś uroczystość państwową, kiedy królowa macha ręką przez okno do poddanych, nie roniąc jednocześnie ani słowa z czytanej ukradkiem książki.   

Jednak to nie fabuła jest tu najważniejsza – dziełko Bennetta jest po prostu peanem na cześć czytelnictwa, a w poszczególnych nawykach odkrywanych stopniowo przez królową, odnajdzie się zapewne większość z moli książkowych. Mamy tu np. opisany precedens, kiedy to królowa, będąca prawdziwym okazem zdrowia, nagle tajemniczo „zaniemogła” i postanowiła zostać w łóżku, oficjalnie lecząc katar, podczas gdy tak naprawdę nie chciała po prostu rozstawać się z wciągającą lekturą – brzmi znajomo? :) Takich perełek jest tu co niemiara, a ciepło i sympatia (choć nie pozbawiona złośliwości), z jakimi autor opisuje perypetie tej niezwykłej czytelniczki sprawiły, że z moich ust przez całą lekturę nie znikał uśmiech.                          

 

Szczerze polecam.                                                          

Dodam tylko, że w Polsce tytuł ten ukazał się nakładem wydawnictwa "Media Rodzina".

 

10:17, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (3) »
czwartek, 17 września 2009
Prosta historia

Uwielbiam Skandynawów. Wprawdzie temperamentem bliżej mi raczej do południowców, ale mimo to od lat jakoś przekornie odczuwam słabość do skandynawskich filmów, stylu urządzania wnętrz :)) i...książek właśnie. Strinberg, Axelsson, Mankell, Larsson, Patterson - w ich operowaniu językiem jest jakaś chłodna elegancja, dystans, który niekiedy sprawia, że opisywane historie wydają się jeszcze bardziej poruszające i jakieś takie bardziej tragiczne...

Z tego, co pamiętam, przy pierwszej powieści Pettersona "Kradnąc konie", zdania blogowiczów były dość mocno podzielone - niektórzy twierdzili, że książka jest po prostu nudna. Mam wrażenie, że nie inaczej będzie przy "Przeklinam rzekę czasu" - i bynajmniej nie chodzi tu o sprawdzenie jak bardzo wysublimowany jest nasz czytelniczy gust - ot, po prostu - jedni lubią śledzie, a inni bitą śmietanę :)

Do mnie ten styl przemawia i dlatego "Przeklinam rzekę czasu" przeczytałam z niekłamaną przyjemnością, z ulgą odrywając się na kilka chwil od zwariowanego świata za oknem.

To prosta historia, w której tak naprawdę więcej dzieje się "pomiędzy", aniżeli wprost - w tle mamy politycznie przełomowy rok 1989; 37-letni bohater to trochę taki życiowy nieudacznik - jest właśnie w trakcie rozwodu, jego fascynacja komunizmem skończyła się rozczarowaniem i  ogólnie rzecz biorąc nie jest to raczej postać, którą instynktownie darzymy sympatią, głównie ze względu na to, że to jego miotanie w poszukiwaniu diabli wiedzą czego, jest po prostu irytujące.

Swoją podróż do Danii śladem umierającej na raka matki próbuje wykorzystać jako okazję do życiowych podsumowań i rozliczeń, ale obraz, jaki się z tego wyłania nie jest zbyt optymistyczny - Arvid nie potrafi nawiązać, ani tym bardziej utrzymać żadnych bliższych więzi z innymi - ani rodziną, ani tymi, którzy w którymś momencie stanęli na jego drodze, dryfuje po swoim życiu kompletnie bez celu, samotny, smutny i rozczarowany.

A jednak mimo, że z postacią Arvida niełatwo jest się czytelnikowi utożsamić (kto bowiem chciałby być postrzegany jako zgorzkniały nieudacznik?), to Pettersonowi udaje się przykuć naszą uwagę i poprowadzić tę nieskomplikowaną historię z nieczęsto spotykaną subtelnością i poetyką. Całość jest stonowana i mocno metaforyczna, a to, ile z przemyśleń bohatera przyswoimy i jak głęboko, będzie zależało wyłącznie od naszych dotychczasowych życiowych doświadczeń i nastroju.   

13:56, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (1) »
czwartek, 30 lipca 2009
Lektura niebanalna


Dawno już nie trafiłam na książkę, która równie dobrze mogłaby być gotowym scenariuszem - właściwie podczas całej lektury "Belcanto" Ann Patchett miałam przed oczami stworzone przez nią postaci. Do sięgnięcia po ten tytuł zachęcała kiedyś recenzja Padmy i chwała jej za to, bo myślę, że ta nieszczęsna okładka skutecznie odstrasza wiele osób, które mogłyby się tą opowieścią zachwycić (jak niżej podpisana na przykład). Ale też wbrew pozorom nie jest to książka specjalnie lekka, poza tym niespiesznie rozwijająca się akcja, "zmusza" czytelnika do delektowania się kolejnymi stronami i leniwego zagłębiania się w opisywany przez Patchett świat, a nie każdemu odpowiada takie tempo...

Pomysł powieści został oparty na autentycznej tragedii z  1996 roku, kiedy ambasada Japonii w Limie została zaatakowana przez grupę terrorystów, a kilkuset dyplomatów, polityków i biznesmenów uczestniczących w przyjęciu na cześć japońskiego cesarza wzięto za zakładników. Byli oni przetrzymywani przez 126 dni, a następnie uwolnieni przez wojsko, ale podczas ataku zginął jeden z zakładników i wszyscy terroryści. Patchett do tego stopnia zafascynowały artykuły dotyczące tego wydarzenia, opisujące podręcznikowy wręcz przykład syndromu sztokholmskiego (kiedy porywacze spędzali czas między innymi na grze z zakładnikami w szachy czy piłkę nożną),  że postanowiła skorzystać z gotowej inspiracji.

Punktem wyjścia "Belcanto" są uroczyście świętowane urodziny japońskiego biznesmena, pana Hosokawy, organizowane w domu wiceprezydenta anonimowego południowoamerykańskiego państwa. Główną atrakcją przyjęcia jest występ słynnej amerykańskiej śpiewaczki operowej, Roxanne Coss, której wielbicielem jest Japończyk. Pod koniec koncertu dom zostaje niespodziewanie zaatakowany przez grupę uzbrojonych mężczyzn, których celem jest prezydent kraju. Kiedy jednak okazuje się, że mimo wcześniejszych zapowiedzi, prezydent nie pojawił się na przyjęciu, sytuacja staje się trochę niezręczna, jako że zakładników jest wielu, a terrorystów zaledwie kilkunastu.
Ostatecznie po dokonaniu selekcji, w domu pozostaje grupa kilkudziesięciu mężczyzn uznanych za najbardziej wpływowych, a także śpiewaczka.

Taki jest w skrócie główny rys fabularny powieści.

Niech jednak nikogo nie zwiedzie ten pozornie sensacyjny wątek, bowiem Patchett po mistrzowsku koncentruje się całkiem na czym innym i już niemal do samego końca obserwujemy i analizujemy wraz z autorką przeróżne emocjonalne konfiguracje, rodzące się z upływem czasu pomiędzy kolejnymi uczestnikami dramatu.
Odcięci prawie całkowicie od świata zewnętrznego, zarówno zakładnicy jak i terroryści stopniowo organizują sobie coś w rodzaju alternatywnej rzeczywistości, przyjmując kolejne role i odnajdując się często w czynnościach wydawałoby się całkiem im obcych.

Centralną osią, wokół której wszystko się koncentruje, są uczuciowe zawirowania z udziałem czwórki bohaterów - japońskiego jubilata i miłośnika opery Hosokawy, jego tłumacza nieśmiałego Gena, który z racji swoich lingwistycznych talentów awansuje na jedną z najważniejszych osób w grupie, śpiewaczki Roxanne Coss oraz młodziutkiej terrorystki, Carmen. Jednak także postaci drugoplanowe są niezwykle wyraziste i uważam, że to jest najmocniejsza strona tej powieści - Ann Patchett udało się tak realistycznie przedstawić całą grupę bohaterów i w zasadzie każdemu z nich nadać jakiś indywidualny i charakterystyczny rys, że w pewnym momencie nie sposób się z nimi  nie utożsamić. Kilkakrotnie w trakcie czytania łapałam się na tym, że zaczynam myśleć jak zakładnicy - z jednej strony wiem doskonale, że taki status quo nie może trwać w nieskończoność i prędzej czy później musi się coś wydarzyć, ale jednocześnie miałam nadzieję, że ten surrealistycznie sielankowy światek przetrwa w jakiś magiczny sposób.
Mając w pamięci zakończenie autentycznej historii, wiemy już, że nie ma co liczyć na happy end, chociaż oczywiście aż do końca nie wiadomo tak naprawdę czego się spodziewać, a już sam finał powieści jest totalną woltą i powiem szczerze, że mimo pozornie logicznego wytłumaczenia, nie do końca potrafię go zaakceptować i cały czas jakoś mi on "zgrzyta".

A jednak sama książka robi wrażenie - tak jak napisałam wyżej, wyraziste postaci i bardzo realistycznie opisane ewoluowanie ich zachowań sprawiają, że można ją czytać trochę jak podręcznik socjologii opisujący zachowania ludzi warunkach izolacji. Oczywiście nie wszystkie osoby wydają się równie autentyczne (najwięcej zastrzeżeń można mieć chyba do postaci Roxanne Coss, której brakuje trochę spójności, chociaż z drugiej strony może wynika to po prostu z faktu, że jako operowa diwa łączy w sobie wiele sprzecznych cech), no i to dyskusyjne zakończenie - niemniej jednak w trakcie dziesięciu powolnie rozwijających się rozdziałów autorka sprytnie angażuje czytelnika emocjonalnie do tego stopnia, że końcówką dostajemy po głowie niczym obuchem.

Wyczytałam gdzieś, że podczas pisania "Belcanto" Patchett inspirowała się także "Czarodziejską górą" T.Manna i chciała stworzyć w swojej powieści podobnie baśniowy świat ludzi odciętych od rzeczywistości, funkcjonujących według utworzonych przez siebie zasad. Moim zdaniem udało się jej to znakomicie.

Wprawdzie nie jestem ani znawczynią ani miłośniczką opery, więc nie potrafię ocenić licznych fragmentów poświęconych muzyce, ale sugestywność opisów sprawiała, że prawie słyszałam w głowie kolejne arie...

Dla mnie to naprawdę niesamowita książka, którą po kilku dniach nadal mam w głowie.
14:30, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5