Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
O autorze
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Tu zaglądam
Ulubione wydawnictwa, których książki KUPUJĘ za ciężko zarobione pieniądze :)
Wishlist :)
Zaglądam i tu
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Kategorie: Wszystkie | Dźwięki | Obrazy | Słowa | To i owo
RSS
środa, 01 października 2008
Sir Caine Vs Mr Law

Sleuth

 

Trzeba nie lada tupetu i talentu, żeby nakręcić film z zaledwie dwoma aktorami i wyjść z tego obronną ręką.

Niełatwa ta sztuka udała się słynnemu brytyjskiemu specjaliście od ekranizacji głównie Szekspirowskich dramatów, (choć nie tylko), czyli Kennethowi Branagh, który jest reżyserem „Pojedynku” (oryginalny tytuł „Sleuth” nawiązuje do swojego pierwowzoru z w 1972 roku, w polskim tłumaczeniu znanym jako „Detektyw”).

Myślę, że jednaki podziw należy się zarówno reżyserowi, jak i parze aktorów, która przykuwa nas swoją obecnością do ekranu na niemal półtorej godziny i wciąga w toczoną przez siebie przewrotną grę.

A aktorzy to nie byle jacy, lecz stanowiący zdecydowaną wyspiarską czołówkę – duet Michael Caine – Jude Law jest prawdziwie magnetyzujący, a chemii jaka wywiązuje się między ich postaciami, nie powstydziłby się żaden porządny romans…

No, ale do rzeczy – pozornie nieskomplikowana fabuła obraca się wokół dwóch mężczyzn, podstarzałego pisarza i autora poczytnych kryminałów Andrew Wyke’a oraz młodego aroganckiego aktora, Milo Tindle’a,  o aparycji Adonisa, a konkretniej wokół ich rywalizacji o kobietę – będącą jednocześnie żoną Wyke’a i kochanką Tindle’a. Zamiast spodziewanego dramatu obyczajowego jednak, otrzymujemy fantastycznie hipnotyzujący i trzymający w napięciu do samego końca thriller, osadzony w ultranowoczesnych wnętrzach jednego domu. To, co rozpoczyna się jako pozornie niewinna gra, przeistacza się w niebezpieczny pojedynek, gdzie manipulowany staje się manipulującym i odwrotnie.

Nie zamierzam zdradzać zbyt wiele, zwłaszcza, że Branagh zadbał o zaskakujące zwroty akcji, dodam tylko, że gra obu panów zasługuje na prawdziwe oklaski – żaden ani na krok nie ustępuje pola drugiemu (co w przypadku M. Caine’a nie jest żadnym zaskoczeniem, ale może wytrącić oręż z ręki tych krytykantów, którzy dotąd byli skłonni postrzegać Jude’a Law w kategoriach czysto estetycznych), no a w scenach z założenia lekko dwuznacznych, naprawdę daje się odczuć pełne napięcia iskrzenie między nimi.

W ramach związanych z tym tytułem ciekawostek nadmienię jeszcze, że Michael Caine zagrał w pierwotnej wersji „Sleuth” z tym, że oczywiście wtedy został obsadzony w roli Tindle’a (to zresztą kolejny raz, kiedy Jude Law kroczy po jego śladach – wcześniej miało to miejsce w filmie „Alfie”). Obraz Branagha, mimo identycznego (w oryginale!) tytułu i ogólnego zarysu fabuły nie jest jednak wiernym remakiem filmu Josepha L. Mankiewicza i oczywiście można dyskutować na temat ewentualnych porównań, ale moim zdaniem „Sleuth” A.D. 2007 jest rozrywką na bardzo przyzwoitym poziomie dla każdego, kto lubi łamigłówki, intrygi i lekko teatralne klimaty.

 P.S. dla zainteresowanych - tę i więcej interesujących recenzji filmowych można znaleźć TUTAJ. 

 

 

11:32, jeanne_n , Obrazy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 września 2008
Jesienne (wirtualne) buszowanie po księgarniach. Odsłona II

No to zapowiedziany C.D.

Kolej na literkę P - jak "Prószyński i S-ka". Tu wpadł mi w oko zbiór esejów J.L. Borges'a  pt. "Polemiki" - książeczka może niewielka, ale za to z jaką zawartością!

Borges - Polemiki

W wydawnictwie Sic!  znalazłam coś, na co mam ochotę od momentu jej wydania - a mowa o "Aparacie, który dała mi matka" Susanny Kaysen (tej samej, która napisała niegdyś "Przerwaną lekcję muzyki")- tym razem w roli głównej występuje...wagina autorki :)

Aparat, który dała mi matka

W.A.B. z kolei zapowiada nową książkę Jacka Dehnela, który choć nieco drażni mnie swoim stylem bycia (a konkretniej stylem bycia przedstawianym w telewizji, bo na żywo może jest łatwiejszy to przełknięcia), to ma u mnie kredyt zaufania ze względu na "Lalę" - tak więc nie wykluczam, że skuszę się na "Balzakiana".

Balzakiana

Na mojej liście nie może też zabraknąć czegoś z Wydawnictwa Literackiego, a konretniej "Tajemnicy rodu Hegartych" autorstwa Anne Enright, nagrodzonej Bookerem i zapowiadającej się naprawdę interesująco; 

Tajemnica rodu Hegartych

jako że lubię wspomnienia, a te wiążące się w jakiś sposób z literaturą są dodatkowym bonusem, kusi mnie biografia jednej z barwniejszych przed i powojennych par -  "Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie" Piotra Mitznera

Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie

"Józefina i ja" Hansa-Magnusa Enzensbergera (o naprawdę banalnym do wymówienia nazwisku :)) z opisem zapowiadającym elegancki styl i kafkowskie klimaty też wygląda całkiem, całkiem, o uroczej okładce nie wpominając :)

Józefina i ja

Co do tej pozycji Wyd. literackiego mam bardzo mieszane uczucia - pomysł żeby stworzyć wymyśloną autobiografię nazisty-estety i intelektualisty i uczynić z tego wielowątkową epopeję, jest kontrowersyjny i moralnie dwuznaczny, ale chciałabym się przekonać naocznie co Jonathanowi Litell'owi z tego wyszło - a mowa o książce "Łaskawe"
Łaskawe

Ulubieniec spod literki zet, czyli Znak zachęca pięknym wydaniem wspominanego przeze mnie kiedyś (z tytułu nominacji do Nike) "Czarnego ogrodu" Małgorzaty Szejnert (i tu mała dygresja - otóż książka ta zdobyła niedawno Nagrodę Mediów Publicznych Cogito), natomiast zdecydowanie zniechęca jej wysoką ceną :(
 
Czarny Ogród
 
W znakowych zapowiedziach znalazłam też w końcu drugą część rewelacyjnego wywiadu-rzeki z Leszkiem Kołakowskim pt. "Czas ciekawy, czas niespokojny" -  parę miesięcy temu zachwycałam się pierwszym tomem i naprawdę polecam te rozmowy każdemu, kto ceni sobie tę autentyczną, niewymuszoną przyjemność jaką daje słuchanie (tak, tak, słuchanie,  bo podczas tej lektury z łatwością możemy sobie wyobrazić, że przysłuchujemy się obu panom siedząc z boku)  inteligentnego człowieka, który ma do powiedzenia coś mądrego. 
 
Czas ciekawy, czas niespokojny
 
To by było na tyle, jeśli chodzi o tzw. wish-list; poza kategorią znajdują się jeszcze dwie pozycje, które jak znam siebie wylądują na półce w pierwszej koleności :) a są to:
-"Woody Allen. Rozmowy Erica Laxa"  wydane przez Axis Mundi (no, w stosunku do tego brzydala jestem totalnie bezkrytyczna i obawiam się, że nic tego nie zmieni, więc ogólnie każdy wydawca jakiejkolwiek książki traktującej o W.A. ma szansę na zdobycie co najmniej jednej czytelniczki). 
 
Woody Allen - rozmowy
 
- "Obrona szaleństwa" tegoż Woody'ego, czyli kolejna odsłona autorskich tekstów tego słynnego nowojorczyka, wydana przez Rebis
 
Obrona szaleństwa
 
Uzbierało się tego trochę -  na pewno też umknęło mi jeszcze parę ciekawych tytułów, które będę odkrywała podczas kolejnych wycieczek (wirtualnych i osobistych) do księgarń; z okrutnie prozaicznych przyczyn z pewnością też nie dane mi będzie nabyć i przeczytać tego wszystkiego, a proces selekcji do przyjemnych i bezbolesnych nie należy, no ale cóż - takie życie - no i moje domowe regały też jakoś nie przejawiają chęci rozrastania się w nieskończoność...
 
Jeszcze końcowa uwaga formalna - zamieszczone zdjęcia pochodzą ze stron i są własnością zalinkowanych przeze mnie wydawnictw. 
 
12:03, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (8) »
sobota, 27 września 2008
Paul Newman (1925-2008)

No przykro mi jak nie wiem co, że już nie będę miała szansy ucieszyć się jeszcze choćby jednym filmem z udziałem Paula Newmana...

Bez obaw, nie zamierzam "bawić się" tutaj w jakieś górnolotne i oklepane frazesy, ale wiem jedno - tego aktora będzie mi brakowało przede wszystkim dlatego, że poza talentem i nieziemskim wyglądem, miał jeszcze coś, czego brakuje niestety większości jego następców, a mianowicie klasę. 

A tu krótkie "in memoriam", czyli subiektywny przegląd ulubionych ról: 

- Brick z "Kotki na gorącym, blaszanym dachu" 

 

Kotka na blaszanym...

 

- Chance w "Słodkim ptaku młodości" 

 

słodki ptak młodości

 

- Luke w "Nieugiętym Luke'u" 

 

nieugięty luke

 

- Butch w "Butch Cassidy i Sundance Kid "

Butch Cassidy & Sundance Kid

 

- Henry w "Żądle" 

 żądło

 

 - Michael w "Bez złych intencji"

 

 bez złych intencji

 

- Eddie w "Kolorze pieniędzy"

 

kolor pieniędzy

 

- Sully w "Naiwniaku"

 

naiwniak

 

- Harry w "Półmroku"

 

półmrok

 

Mam ochotę na filmowy wieczór wspominkowy.

 

23:46, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (4) »
piątek, 26 września 2008
Jesienne (wirtualne) buszowanie po księgarniach. Odsłona I

Jesień to zdecydowanie dobry czas dla moli książkowych - widać to zwłaszcza podczas przeglądania ofert ulubionych wydawnictw, które prześcigają się w wabieniu ciekawymi tytułami. 

Poniżej moja prywatna lista książek wartych uwagi - są tu zarówno nowości, jak i zapowiedzi - nie wiem ile z tych tytułów faktycznie znajdzie miejsce na moich coraz mniej pojemnych półkach, ale dobrze jest mieć plan, nawet jeśli niekoniecznie zamierzam się go trzymać :))

No to alfabetycznie - na pierwszy ogień leci Czytelnik i dwie pozycje: 

 Konające zwierzę

"Konające zwierzę" P. Rotha (trochę na fali filmu "Elegia", ale bez względu na motywację, zawsze warto zapoznać się z dobrą literaturą);

Novecento

"Novecento" Alessandro Baricco - wiem, że i w Polsce jest całkiem sporo wielbicieli tego włoskiego pisarza - a tego, kto jeszcze go nie zna,  zachęcam do lektury (choć ciężko powiedzieć, czy zaczęłabym akurat od tej książki, ponieważ jeszcze sama się z nią nie zapoznałam) - świetne jest zwłaszcza "City", "Jedwab" czy też "Ocean morze".

Z moich ulubionych "Iskier" chętnie wybrałabym dla siebie "Kresy kresów" Tadeusza Olszańskiego, czyli wspomnienia o Stanisławowie.  

Kresy kresów

Muza kusi zwłaszcza "Greckim skarbem" Irvinga Stone'a, który z tego, co widziałam na innych blogach, ma szansę trafić na listę jesiennych bestsellerów - i to bez względu na to, czy ktoś interesuje się archeologią (to jest zbeletryzowana biografia H. Schliemanna) czy też po prostu lubi charakterystyczny styl autora. 

Grecki skarb

Z Muzowych zapowiedzi, kusi mnie jeszcze wznowienie "Wzorów kultury" słynnej amerykańskiej antropolog, Ruth Benedict (zainteresowani klimatami japońskimi pewnie kojarzą jej rewelacyjną książkę "Chryzantema i miecz - wzory kultury japońskiej"). 

Z Noir Sur Blanc ciekawie zapowiada się "Nocny pociąg do Lizbony" Pascala Mercier - trochę książka drogi, trochę o literaturze i jeszcze z Lizboną w tle, czyli coś w sam raz dla mnie :)

nocny pociąg do lizbony

Jako, że wpis mi się nadspodziewanie rozrósł, a dotarłam zaledwie do litery N, C.D.N. wkrótce...

Aha, gwoli formalności - większość zamieszczonych zdjęć pochodzi z zalinkowanych stron wydawnictw i stanowi ich własność. 

15:47, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (7) »
Coś w rodzaju życia
wracając do źródeł
 
"A sort of life" - tak brzmi oryginalny tytuł tej drobnej książeczki i tak właśnie określa Graham Greene autobiografię, która wedle jego słów "może zawiera mniej konkretnych błędów faktycznych, niż ich bywa w biografii, ale też jest z konieczności jeszcze bardziej ograniczona: zaczyna się później i kończy przedwcześnie".
 
"Wracając do źródeł" (w polskim tłumaczeniu) to napisana z subtelnym humorem i widocznym dystansem do siebie historia bardzo interesującej rodziny autora, a także (lub może raczej "a zwłaszcza") jego pełna figlarnych zakrętasów droga do powieściopisarstwa - począwszy od zaskakującego sukcesu pierwszej wydanej powieści,  aż po nieco upokarzające sprowadzenie go na ziemię przy kolejnych, zdecydowanie mniej entuzjastycznie przyjętych odsłonach. 
 
Czyta się te 180 stron szybko i przyjemnie, może nawet z leciutkim ukłuciem zazdrości - o to, że miał ten Greene naprawdę ciekawe życie (choć wszystkich szczegółów jego biografii tam oczywiście nie znajdziemy) - natomiast jego młodzieńcza niefrasobliwość, niekiedy balansująca na krawędzi głupoty (jak choćby z nieco wstydliwą szczerością przywołana anegdotka o samotnej i trzymanej w tajemnicy zabawie w rosyjską ruletkę, jako sposobie na zwalczenie nudy),  wywołuje uśmiech na twarzy...
 
To pozycja pewnie przede wszystkim dla miłośników Greene'a, ale nawet ktoś mniej zaznajomiony z jego powieściami może przy niej miło spędzić godzinkę czy dwie. 
14:39, jeanne_n , Słowa
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 września 2008
Męskie gry

 W Brighton

Już dawno nie czytałam tak przygnębiającej książki. Ogólnie jakoś tak nastrojem i stylem pisania skojarzyła mi się z czytaną przed laty prozą Hłaski - jest w niej podobna brutalność i okrucieństwo, jako dwa naturalne składniki życia bohaterów, żadnych sentymentów ani cackania się, a jak ktoś zaczyna odstawać, to trzeba go usunąć. Kto by przypuszczał, że spokojne i leniwe Brighton lat 20. czy 30. ubiegłego wieku  (dokładniejsze ramy czasowe nie są sprecyzowane) może okazać się takim ponurym i bezlitosnym miejscem...

Ten świat drobnych cwaniaczków, hochsztaplerów i rywalizujących ze sobą band jest przerażająco realny, a zasady według których funkcjonuje, banalnie proste. Młodociany przywódca jednej z grup, Chłopiec, tylko na pozór jest chudym siedemnastolatkiem z niewinną twarzą - wewnątrz nie ma w nim ani krzty niewinności, a w walce o przetrwanie i utrzymanie się na powierzchni nie zawaha się ani przed wielokrotnym morderstwem, ani oszustwem - dopiero w ostatniej scenie, kiedy zostanie przyparty do muru, opadnie z niego maska wyrafinowanego okrucieństwa i przez krótką chwilę można dojrzeć pod nią twarz przedwcześnie dojrzałego i przerażonego dziecka.

Kobiety są w tym sportretowanym przez Greene'a świecie tylko dwie - Rose, "biały śmieć", młodziutka i potwornie głupia gąska, złakniona jakiegokolwiek uczucia do tego stopnia, że pozwala sobą manipulować wiedząc, że stawką w tej grze jest jej życie oraz Ida Arnold, jedyna pozytywna postać w całej opowieści, dla której odkrycie kryminalnej zagadki i walka o sprawiedliwość stają się czymś w rodzaju ryzykownej rozrywki i choć nie można zarzucić jej braku litości czy dobrego serca, to determinacja, z jaką decyduje się na ściganie winnych, jest może odrobinę zbyt dwuznaczna...

Greene przedstawił w tej książce wizję świata pozbawionego kolorów i nadziei, świata bez przyszłości, bez przyjaźni, uczciwości czy miłości - każdy tu oszukuje, kłamie lub zabija, a według Rose miłosierdzie okazuje się być mniej atrakcyjne od wiecznego potępienia.

Podsumowując, "W Brighton" to powieść w sam raz na taki ponury dzień jak dzisiejszy, a po przeczytaniu jej trzeba tylko czekać na słońce ciesząc się, że szarość za naszym oknem jest tylko chwilowa. 

13:03, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 września 2008
Kiedy Mężczyzna spotyka Kobietę
 Oszustwo
 
W trakcie lektury "Oszustwa", autorstwa sztandarowego amerykańskiego zbereźnika, Philipa Rotha, nie mogłam się powstrzymać przed wyobrażaniem sobie sceny teatralnej - konstrukcja tej niepozornej książki (same dialogi, bez żadnych dodatkowych opisów), przywodziła mi na myśl właśnie nowoczesną sztukę wystawianą w teatrze.
 
Sama fabuła wydaje się banalna - w anonimowym pokoju spotyka się kobieta i mężczyzna. Nie wiemy od jak dawna trwa ich romans ani kim jest kobieta (bo bohater o imieniu Philip jest pisarzem, co z pewnością nasuwa nam pewne podejrzenia co do jego tożsamości :)) Całość opiera się na niekończącej się rozmowie tych dwojga - o drobnych problemach małżeńskich, o dawnych kochankach, o seksie, o antysemityźmie, o różnicach pomiędzy kobietą i mężczyzną etc. etc. Tak naprawdę do końca nie jesteśmy pewni czy kobieta, z którą Philip prowadzi tę subtelną grę, jest prawdziwa, czy też jest wyłącznie wytworem jego wyobraźni (jak pod koniec tłumaczy to żonie) - nie wiemy czy tytułowe oszustwo jest zwycięstwem literackiej fikcji nad realnym życiem czy przewrotną iluzją - zresztą nie to jest tu najistotniejsze - najciekawsze są tu dialogi. Tak, jak wspomniałam wyżej, można im zarzucić pewną manieryczność i teatralność, ale może właśnie to stanowi ich siłę - jeśli już przyzwyczaimy się do tego stylu i wyobrazimy sobie tę parę siedzącą w wynajętym pokoju, odkryjemy w nich zaskakującą delikatność (mimo dość obcesowego i chwilami wulgarnego języka) i autentyczność. 
 
Nie jest to na pewno najlepsza powieść Rotha, ale jeśli ktoś nie przepada za sentymentalnym pitu-pitu i woli coś bardziej konkretnego, to "Oszustwo" ma szansę mu się spodobać. 
11:52, jeanne_n , Słowa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 września 2008
Paryski spleen
Niebo nad Paryżem
 
W tym filmie widać, że Cedric Klapisch kocha Paryż, bo pokazuje go w taki sposób, że ciężko się nie zachwycić - mamy więc i przepiękną panoramę, i rozświetloną świąteczną nocą wieżę Eiffla, i urocze malutkie kawiarenki i eleganckie, ozdobne kamienice.
 
W "Paris" (w naszym rodzimym języku oczywiście trzeba było koniecznie pokombinować z tytułem, żeby broń Boże nie brzmiał zbyt podobnie do oryginalnego, otrzymalismy więc "Niebo nad Paryżem") główną postacią jest Pierre, utalentowany tancerz rewiowy, grany przez Romaina Duris (b. popularny aktor nieco młodszego pokolenia, którego jakoś za nic nie mogę polubić, choć tutaj byłam naprawdę blisko!), który dowiaduje się, że być może nie zostało mu już dużo czasu, jako że cierpi na poważną chorobę serca. Od tego momentu wycofuje się z aktywnego życia i skupia się na obserwowaniu innych - jak mówi swojej siostrze (tu z kolei aktorka, którą wielbię bezkrytycznie od lat, czyli Juliette Binoche) - ci podążający w różnych kierunkach ludzie stają się bohaterami wymyślanych przez niego opowieści - kim są, dokąd i w jakim celu idą?
 
A jednak mimo tego niezbyt wesołego wątku, film nie jest dołujący - może dlatego, że tak naprawdę głównym bohaterem i motywem przewodnim staje się samo miasto - miasto, w którym drogi kilkunastu postaci krzyżują się w delikatny, niemal niezauważalny sposób - mamy więc tutaj zakompleksionego wybitnego profesora historii Paryża wikłającego się w stereotypowy romans z piękną studentką, siostrę Pierre'a, która samotnie wychowuje trójkę dzieci i powoli traci wiarę w to, że ją samą może spotkać jeszcze coś dobrego (dopiero rozmowa z bratem uświadamia jej to, że sama podświadomie odsunęła się od życia i nie dała szansy samej sobie), grupę  sprzedawców na targu, których połączy niespodziewana tragedia, a także wiele innych osób, które przewijają się przez ekran pozostawiając mniej lub bardziej wyraźny ślad swojej obecności.
 
Ta wielobarwna mozaika pokazuje nam Paryż z nieco innej niż zazwyczaj strony - owszem, jest piękny i romantyczny, ale też okrutny, hałaśliwy i trudny, a ludzie umierają tam tak samo jak gdzie indziej, ale gdzieś pod tym wszystkim kryje się horacjańskie motto "carpe diem" - cieszmy się dniami, które nam zostały, ponieważ nikt z nas nie wie ile ich tak naprawdę jest przed nami...
 
Po obejrzeniu tego filmu chętnie pomieszkałabym w Paryżu przez jakiś czas, choćby po to, żeby się przekonać, czy codzienne, nieturystyczne życie obedrze go z tego nieco melancholijnego uroku, czy też faktycznie okaże się on "wart mszy" (tu uśmiech w stronę Chihiro) :))
15:52, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (2) »
Melancholia Petersburska
 Mistrz z Petersburga
 
Są tacy pisarze, z którymi mimo szczerych chęci, nigdy się nie zaprzyjaźnię.
 
Wśród nich zdecydowany prym wiedzie jeden z niedawnych noblistów, J.M. Coetzee - moim pierwszym, mocno traumatycznym spotkaniem z tym panem była "Hańba", która pozostawiła po sobie tak ogromny niesmak, że byłam pewna, że w życiu nie skuszę się na nic innego jego autorstwa. Jednak za namową jednej z czytających przyjaciółek, która okazuje się być fanką pana C., sięgnęłam po "Mistrza z Petersburga", czyli według okładki "mroczną fantazję na temat epizodu z życia Dostojewskiego".
 
Jest koniec XIX wieku. Do Petersburga przyjeżdża słynny pisarz, pragnąc odnaleźć ślady swojego tragicznie zmarłego (czy też zamordowanego) pasierba. Krok po kroku zagłębiając się w świat syna, odkrywa jego tajemnicze powiązania z rosyjskimi anarchistami, w tym dziwny układ z wyjątkowo antypatycznym przywódcą, Nieczajewem, a także poznaje byłą gospodynię Pawła, Annę Siergiejewną i jej chmurną córkę, Matrionę.
W zasadzie sama intryga jest tu raczej drugorzędna, tak naprawdę nie dowiadujemy się ani co się stało z Pawłem ani dlaczego zginął, ważniejsze okazuje się tu drugie dno, czyli zmaganie się pisarza z demonami - czytając nieukończone opowiadania i dziennik pasierba odkrywa, że pewne momenty z przeszłości wyglądały całkiem inaczej z jego punktu widzenia, a relacje między nim, a przybranym synem nie były wcale tak jednoznaczne jak mu się wydawało.
 
Ogólnie rzecz biorąc, całe to psychologiczne tło jest całkiem interesująco przedstawione i nieźle się czyta tę mini powieść, ale jednak czegoś mi w niej brakowało - jakiejś bardziej ludzkiej nuty, czegoś co by mnie naprawdę poruszyło. Rozpacz Dostojewskiego po stracie syna wydaje mi się teatralna i melodramatyczna, a dialogi pomiędzy nim a Nieczajewem w swoim patosie momentami śmieszą (niezamierzenie) - całość moim zdaniem sprawia wrażenie świetnie skonstruowanego ćwiczenia stylistycznego - formalnie nie za bardzo jest się do czego przyczepić, ale po raz kolejny przekonałam się, że zdecydowanie nie jestem dobrym odbiorcą prozy Coetzee'go.
 
Cóż, bywa i tak - po fakcie wiem już, że więcej przyjemności dałoby mi ponowne przeczytanie którejkolwiek z powieści samego Dostojewskiego aniżeli "Mistrza z Petersburga". 
12:20, jeanne_n , Słowa
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 września 2008
Ukryte pragnienia...

 majgull axelsson

Nie wiem, co takiego ma w sobie Majgull Axelsson, że na jej każdą nowo wydaną powieść czekam z taką niecierpliwością, choć doskonale wiem, że nie będzie to przyjemna lektura. A jednak te opowieści o kobietach, o bliznach, które naznaczyły je na zawsze, o nieustającej szarpaninie i cichych tragediach przyciągają mnie jak magnes - może dlatego, że Axelsson pisze trochę tak, jak Bergman kręcił swoje filmy - ze skandynawską  chłodną elegancją  - prosto i bez upiększeń, jej świat rzadko bywa kolorowy - na ogół przyjmuje barwy bieli, czerni lub ewentualnie lekkiej szarości.

Nie inaczej jest w "Tej, którą nigdy nie byłam". Mamy tu dwa równoległe życia, dwie alternatywne rzeczywistości, których punktem stycznym staje się wtyczka szpitalnego respiratora - od tego momentu Mary i Marie idą dwiema różnymi drogami. Trudno orzec, który z pokazanych światów jest lepszy - w jednym z nich Mary jest kobietą sukcesu, panią minister, która po latach przymykania oczu na romanse jej męża, po jego tragicznym wypadku skazuje się na opiekę nad nim, przypłacając to powracającą chorobą nerwową; w świecie swoich snów natomiast, w krytycznym momencie decyduje się wyciągnąć wtyczkę  i po odsiedzeniu części kary w więzieniu, ma szansę rozpocząć wszystko od nowa. Która z tych rzeczywistości jest prawdziwa? Co ciekawe, w żadnej z nich Mary/Marie nie jest szczęśliwa, w każdej z nich jest coś, co  ją prześladuje i nie pozwala odnaleźć spokoju - a jednak obie obserwują swoje alter ego z obojętnym zainteresowaniem naukowca, akceptując to dziwne rozdwojenie.

W tej książce nie ma postaci radosnych, każda z osób dźwiga jakieś brzemię, pod pozornie nieruchomą powierzchnią kłębią się demony - może jednym z powodów, dla których tak lubię Skandynawów jest właśnie umiejętność pokazania tego, co znajduje się pod spodem - wystarczy leciutko poskrobać żeby wydobyć na światło dzienne najczarniejsze koszmary, a w sumie zawsze łatwiej jest czytać o koszmarach innych niż zmagać się z własnymi. 

 Moją ulubioną postacią w "Tej, którą nigdy nie byłam", jest przyjaciółka MaryMarie - Sissela, której determinację w dążeniu do zmiany swojego życia naprawdę podziwiam. Piękny jest opis jej przeistaczania się z niepozornej i biednej szarej myszki w elegancką i zadbaną kobietę, z symboliczną i bardzo konsekwentną "zabawą" trzema kolorami. 

 Ciekawi mnie, jak inni odebrali (lub odbiorą, bo wiem, że co najmniej kilka innych autorek blogów ma ją w planach) tę powieść, bo czuję, że we mnie zostanie ona na jakiś czas i to nie tylko ze względu na zdania takie jak to: "Zawsze się bałam. Bałam się być zbyt brzydka i bałam się być zbyt piękna. Bałam się za bardzo zbliżyć do drugiego człowieka i równie mocno obawiałam się odrzucenia. Bałam się drwin. Bałam się oskarżeń, że się mylę, i równie mocno obawiałam się uznania mnie za arogancką, kiedy miałam rację. Takie życie bardzo wyczerpuje. W końcu brakuje już sił, wszystkie źródła są puste i człowiek chce tylko wydobyć się ze swojego życia. Zmienić. Stać się kimś innym".  

14:22, jeanne_n , Słowa
Link Dodaj komentarz »