Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
O autorze
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Tu zaglądam
Ulubione wydawnictwa, których książki KUPUJĘ za ciężko zarobione pieniądze :)
Wishlist :)
Zaglądam i tu
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Kategorie: Wszystkie | Dźwięki | Obrazy | Słowa | To i owo
RSS
piątek, 09 stycznia 2009
Muzyczny prześladowca

Od czasu do czasu zdarza mi się trafić na utwór, który zostaje ze mną przez co najmniej kilka dni, a czasem tygodni i od którego nie potrafię się fizycznie odczepić...

Aktualnie jest to akustyczna wersja "What have I done" Anny  Ternheim  - jak dla mnie cudo...

 

 

p.s. przy okazji, życzę wszystkim w Nowym Roku jak najwięcej inspirujących i interesujących odkryć muzyczno-książkowo-filmowych  :)

wtorek, 02 grudnia 2008
Bałagan po szwedzku
 
 
"I znowu mam bałagan w papierach" to dziwna, moim zdaniem dosyć nierówna książka - zdecydowanie lepiej jest dawkować ją sobie po troszku, bo za dużo fragmentów na jeden raz może wywołać czytelniczą zgagę.
 
Niejednokrotnie podczas tej lektury miałam wrażenie, że czytam czyjś osobisty notes, pełen mniej lub bardziej intymnych zapisków i przemyśleń - niektóre z nich są urokliwe, zabawne i inteligentne, inne wydają się nieco chaotyczne, przypadkowe i niekoniecznie zrozumiałe, ale całość jakoś się według mnie broni swoją autentycznością.
 
Podoba mi się, że Bodil Malmsten nie sili się tu ani na nie wiadomo jaki dowcip, ani na pokazanie jaka to z niej wielka pisarka i yntelektualistka, po prostu dzieli się z tymi, którzy trafili na tę książkę, zarówno swoimi wspomnieniami, jak i refleksjami na różne okołoliterackie i okołożyciowe tematy. Dosyć hojnie cytuje też swoich ulubionych pisarzy, takich jak Proust, Nabokov, Beckett, Michel Montaigne czy Thomas Bernhard, ukazując ich niekoniecznie od ich powszechnie znanej, klasycznej strony - często zresztą spiera się z wypowiedzianymi przez nich zdaniami, co dodaje tym notkom dodatkowej lekkości i wigoru.
 
No, a  miłym polskim akcentem jest po pierwsze ukłon w stronę Ryszarda Kapuścińskiego, ponieważ "nikt tak nie potrafi opisać upału jak Kapuściński, tego śmiertelnego żaru i czekania w opuszczonym mieście opuszczonego kraju, krańcowego wycieńczenia, tego niemiłosiernie piekącego słońca (...) Nie dość, że on to robi, że on tam jest, że on o tym mówi - ale do tego, jak on o tym mówi, tym pięknym i literackim językiem."
 
No, a lista pięciorga ważnych dla Bodil Malmsten pisarzy, przedstawia się następująco: 
Władimir Nabokov
Primo Levi
Ryszard Kapuściński
Thomas Bernhard
Wisława Szymborska.
 
"to, że dwoje z nich to Polacy, jest faktem oczywistym i zachwycającym"
 
No i na koniec jeszcze kilka cytatów z tego specyficznego notatnika: 
 
"To przypływ i odpływ tworzą muzykę. Jest to jeszcze jedno z tych zjawisk, które powstają niezależnie od tego, czy ja w danej chwili tam  jestem, czy mnie tam nie ma."
 
"Ta konieczność szanowania siebie w takim samym stopniu jak innych. Żeby nigdy nie myśleć, że przecież nikogo tu nie ma. Żeby nigdy nie tłumaczyć, że nikt nie widzi. 
Przecież i tak nikt nie widzi!
Przecież tu nikogo nie ma!
Kiedy to ty jesteś tam. Tak ja ja jestem tutaj. Ci nam najbliżsi."
 
"(...) to nie zewnętrzne sukcesy czynią ludzi szczęśliwymi. 
Ale to, co się im zdarza po drodze, gdzieś pomiędzy."
 
"Ten, kto nie ma odwagi błądzić, nigdzie nie dojdzie. 
Błądzenie to droga poznania.
Błądzić to być sobą."
 
No i moje dwa ulubione:
 
"Nie należę do żadnej grupy. Poza grupą krwi (...)" :))
oraz 
"Wszystko kiedyś przyjdzie do tego, kto czeka, albo do kogoś innego". 
 
19:49, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (2) »
piątek, 28 listopada 2008
Zapasy na okres rekonwalescencji :)
W ramach wzmacniających i regenerujących mój organizm spacerów, udało mi się dzisiaj dotrzeć do mojej osiedlowej biblioteki, a skoro już tam byłam, to nie mogłam wyjść z pustymi rękami, prawda?
No i teraz mam problem z cyklu "osiołkowi w żłoby dano"...
 
Przy okazji chętnie bym się dowiedziała od kogoś kompetentnego (Chiaro??), czy Polakową należy koniecznie czytać w jakiejś ustalonej kolejności, bo to moje pierwsze spotkanie z tą panią i nie wiem, czy sobie za bardzo nie zagmatwam jak zacznę od końca?
 
przytargane vol.2
 
Od spodu idzie to następująco:
"Holoubek. Rozmowy" Małgorzaty Terleckiej - Reksnis
 
"Asystentka magika" Ann Patchett (miało być "Belcanto", ale się wzięło i wypożyczyło)
 
"Człowiek w ciemności" Paula Austera - bo od lat mam do niego jakiś sentyment, bez względu na to, czy jak twierdzą niektórzy, pisarz jest z niego mierny czy też wręcz przeciwnie :)
 
"Hasta la vista, Baby" Tatiany Polakowej - czyli jak wpomniałam powyżej, moje pierwsze podejście do pani, ciekawe czy się wciągnę w kolejną kryminalną serię...
 
"Opowieść o Blanche i Marie" Pera Olova Enquista - po tej książce wiele sobie obiecuję, mając w pamięci fantastyczną recenzję chyba Chihiro sprzed jakiegoś czasu, ale trochę się jej też boję, więc nie wiem, czy pójdzie na pierwszy ogień...
 
No i last but not least, "I znowu mam bałagan w papierach" autorstwa bynajmniej nie mojego (choć w sumie tytuł całkiem adekwatny), tylko Bodil Malmsten, czyli pani, która popełniła także uroczą "Cenę wody w Finistere". 


Może zrobię jakieś losowanie, bo słowo honoru nie wiem, za co się wziąć najpierw...
 
 
 
14:07, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (3) »
wtorek, 25 listopada 2008
PRL na wesoło

Kłania się PRL

 

Książki Stefanii Grodzieńskiej są idealne na jesienno-zimową słotę i chandrę - pani Stefania ma bowiem, poza swoim charakterystycznym ironicznym stylem, jeszcze jedną niebagatelną zaletę, a mianowicie ogromne i subtelne poczucie humoru. Czytając jej najnowszy zbiór felietonów wydanych przez Latarnika, możemy sobie powspominać stare, niekoniecznie dobre czasy (jeśli ktoś jest z tych nieco wcześniejszych roczników) lub po prostu pośmiać się ze słynnych już PRL-owskich absurdów i bardzo celnych obserwacji autorki. 

Mamy tu więc i scenki z kolejek, z instytucji państwowych, z mniej lub bardziej udanych wypraw zakupowych, a także całe mnóstwo uroczych i naprawdę zabawnych (choć niekiedy zabarwionych trochę gorzko) sytuacji obyczajowo-życiowych.

Jedyne, do czego się przyczepię to fakt, że jeśli ktoś zna poprzednie książki pani Stefanii, będzie kojarzył znaczną część zamieszczonych tu felietonów - co jednak niekoniecznie zmniejsza przyjemność z ich czytania :)

No to na zachętę mały fragmencik: 

" Straszny interesant.

Interesant

wchodzi

Dzień dobry, panie naczelniku.

Urzędnik

Dzień dobry, panie Kasprzak.

Interesant

Oho, pan naczelnik już pamięta moje nazwisko! Nic dziwnego, dziś obchodzimy z panem naczelnikiem jubileusz.

Urzędnik

Jaki jubileusz?

Interesant

To dwudziesta piąta moja wizyta tutaj. Gratuluję panu.

Urzędnik

I ja panu, panie Kasprzak, i ja panu!

Ściskają sobie ręce.

Interesant

Ale tym razem mam już wszystkie papiery, jakich pan wymagał. 

Urzędnik (nieufnie)

Wszystkie? Ciekawe. 

Interesant

Proszę: świadectwo zamieszkania, metryka urodzenia,świadectwo z zakładu pracy, zaświadczenie ze Związku Zawodowego, własnoręczny życiorys...

Urzędnik

W trzech egzemplarzach. Inaczej nieważny.

Interesant

To mi pan mówił pół roku temu. W trzech. Proszę. Ankieta, świadectwo ślubu, dowód z poprzedniego miejsca zamieszkania, podanie...

Urzędnik

Musi być opatrzone znaczkami stemplowymi. Inaczej nie mogę przyjąć. 

Interesant

Zwrócił mi pan na to uwagę cztery miesiące temu. Jest ze znaczkami. Spis osób pozostających na moim utrzymaniu...

Urzędnik

Świadectwo szczepienia ospy. Inaczej nie załatwię. 

Interesant

Wspominał pan o tym dwa miesiące temu. Mam przy sobie. Proszę.

Urzędnik

Świadectwo zamieszkania rodziców żony.

(...)"

 

Itd. w tym guście - nie brzmi Wam to odrobinę znajomo? 

12:48, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (5) »
niedziela, 09 listopada 2008
Wróciłam...
Od razu tłumaczę, że ten niespodziewany kilkutygodniowy przestój nie był spowodowany moim wrodzonym lenistwem, ale zdecydowanie mało przyjemnym pobytem w szpitalu - bez wdawania się w zbędne szczegóły - jestem z powrotem i jak tylko uda mi się jakoś "oporządzić" i odzyskać trochę sił, to pewnie dam znać co w międzyczasie przeczytałam (a parę tytułów się uzbierało, no bo w sumie co można robić w szpitalu, poza uciekaniem w wymyślony przez innych świat?).
wtorek, 14 października 2008
Przytargane
Z biblioteki.
 
Zaczęłam od Rotha, bo przed obejrzeniem "Elegii", chciałam zapoznać się z pierwowzorem, zwłaszcza że 130 stron można przeczytać w ciągu godziny / dwóch. Potem pewnie kolejność będzie mniej lub bardziej przypadkowa - przyznam się, że wahałam się przy "Biegnącej z wilkami", no ale swego czasu wyczytałam na różnych blogach entuzjastyczne opinie, więc zaryzykowałam.
 
z biblioteki
 
 
A w ramach bonusa dla kociar, moja osobista blondynka :)
 
Koka
 
16:30, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 13 października 2008
Kamerdyner doskonały
okruchy dnia
 
 
Kiedyś, dosyć dawno temu, obejrzałam film, który zapadł mi w pamięć na długi czas. Anthony Hopkins, grający w nim perfekcyjnego kamerdynera Stevensa, był w swojej roli tak sugestywny, że podczas lektury powieści nie potrafiłam już inaczej wyobrazić sobie tej postaci. Podobnie zresztą rzecz ma się z panną Kenton i wcielającą się w nią Emmą Thompson.
 
A mam na myśli oczywiście powieść (i jej znakomitą ekranizację) pt."Okruchy dnia" Kazuro Ishiguro.
 
Na pierwszy rzut oka mamy tu do czynienia ze wspomnieniami starzejącego się kamerdynera, który spędzając kilkudniowy urlop w podróży przez Anglię, dokonuje jednocześnie podsumowania swojego życia. Stopniowo, krok po kroku, pod uporządkowanym do granic mozliwości i idealnie schynchronizowanym i sztywnym światkiem wiernego lokaja, odkrywamy cały szereg przejmujących ludzkich dramatów. Wielokrotnie pojawia się więc wątek lojalności (zarówno w dużej skali, kiedy okazuje się, że długoletni pracodawca Stevensa, lord Darlington,  został oskarżony i publicznie napiętnowany jako zdrajca i faszystowski kolaborant; a także w odniesieniu do relacji służący-pan), ale motywem przewodnim (rozegranym niezwykle subtelnie) jest skrzętnie ukrywane latami uczucie, jakie rozwinęło się pomiędzy wspomnianym Stevensem, a gospodynią panną Kenton.
 
Cała fabuła przesiąknięta jest nostalgią za bezpowrotnie utraconymi szansami i smutkiem związanym z uświadomieniem sobie przez Stevensa pustki swojego życia oraz niepewnej przyszłości. Ciężko powiedzieć, która część powieści robi większe wrażenie - czy retrospekcje szczegółowo opisujące przedwojenne życie w Darlington Hall wraz z poszczególnymi obowiązkami służby, czy też mistrzowskie zestawienie anachronicznego kamerdynera z dynamicznymi postaciami spotykanymi podczas podróży. Wspaniała jest też scena finalnego spotkania niezwykłej pary głównych postaci po kilkudziesięciu latach i rozmowa prowadzona jednocześnie w tradycyjny sposób, jak i "między słowami".
 
Podsumowując, "Okruchy dnia" to błyskotliwa i smutna opowieść o dokonywaniu wyborów i o konsekwencjach, jakie się z tym wiążą, z rewelacyjnie przedstawioną psychologią bohaterów - Stevens, choć konserwatywny  i zasadniczy niemal "do bólu", wydaje się postacią z krwi i kości - choć mało prawdopodobne żebyśmy zgadzali się z wyznawanymi przez niego poglądami (jak choćby niepodważalne podporządkowanie siebie i całego swojego życia pracodawcy), to nie sposób nie poczuć do niego sympatii (i współczucia), zaś jego rozważania na temat godności człowieka, próba zdefiniowania istoty "wielkości" kamerdynera czy też ćwiczenie ze stoickim spokojem swojego (nieistniejącego!) poczucia humoru są prawdziwymi literackimi perełkami. Kazuo Ishiguro, mimo swojego japońskiego nazwiska i pochodzenia, zawarł w swojej powieści esencję brytyjskości - wraz z jej sentymentem do klasy wyższej, rozległymi wiejskimi posiadłościami, systemem klasowym i uczuciowym dystansem i za to moim skromnym zdaniem należą mu się wielkie brawa. 
 
A dodatkowym bonusem, jak wspomniałam na początku, jest świetna, klasyczna już niemal ekranizacja w  reżyserii Jamesa Ivory'ego - w tym wypadku książka i film idealnie się dopełniają. 
22:43, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 października 2008
Freakowe ruchome obrazki
Wygląda na to, że książkowy freak znowu przeistoczył się we freaka filmowego - najwyraźniej historia skondensowana w +/- dwóch godzinach i przedstawiona za pomocą kolorowych obrazków jakoś chwilowo bardziej do mnie przemawia. Chociaż z książkami też się tradycyjnie nie rozstaję - "Czarodziejska góra" podróżuje ze mną w torebce, a "Okruchy dnia" usypiają mnie wieczorem, ale faktem jest, że wyraźnie zwolniłam swoje tempo czytelnicze, więc póki co będzie opis kolejnego filmu, a nawet dwóch. 
 
To, że lubię kino europejskie i niekomercyjne, nie jest żadną tajemnicą. Z różnych względów jednak (w tym osobisto-rodzinnych) od jakiegoś czasu odkrywam po troszeczku również filmy rosyjskie - kiedyś pisałam już o świetnym "Kierowcy dla Wiery", dziś nadszedł czas na "Euforię" i zapewniam, że to nie jest jeszcze moje ostatnie słowo :) 
 

 Euforia

 

No, ale do rzeczy - w tym filmie wszystko jest większe, bardziej intensywne – jak słońce, to oślepiające, jak obrazy, to piękne aż do granicy kiczu, jak przestrzenie, to zapierające dech w piersiach, a jak namiętności, to przerysowane, na granicy obłędu.

Niemal każda scena urasta tu do rangi symbolu, dialogi ograniczone są do minimum, a wszystko to ma prawdopodobnie służyć ukazaniu nam, ignorantom twardo stąpającym po ziemi, bezmiaru rosyjskiej duszy…Niby sporo, a jednak odrobinę za mało, żeby stworzyć coś więcej niż ciąg poruszająco pięknych obrazków, choć opowiadana przez debiutującego nią na polu filmowym reżysera teatralnego Iwana Wyrypajewa historia wydaje się raczej uniwersalna i dość poruszająca w swojej prostocie.

Otóż na niezmierzonym rosyjskim pustkowiu nad leniwie płynącym Donem żyje sobie Wiera z małą córeczką i mężem Walerym; ten pozorny spokój burzy pojawienie się Pawła - młodego budowniczego łodzi, i niespodziewany wybuch namiętności, który ich połączy wytrącając z równowagi każdą z osób. Już od samego początku, patrząc w smutne i zrezygnowane oczy dziewczyny przeczuwamy, że to historia bez happy-endu, gdzieś w powietrzu czuć czającą się tragedię, ale przyznam się, że sposób jej opowiedzenia kompletnie mnie nie przekonał – przez całe siedemdziesiąt kilka minut czekałam na coś, co sprawi, że poczuję jakąś więź z bohaterami, ale niestety jedynym stworzeniem, którego było mi autentycznie szkoda, okazała się Bogu ducha winna krowa…

Tak, więc dla mnie „Euforia” to zdecydowany przerost formy nad treścią – a szkoda, bo poza tym, że pięknie, mogło być również interesująco. Jedynym, co pozostaje nam w głowie po zakończonym seansie, oprócz naprawdę fantastycznych widoków, jest magnetyzująca muzyka. Niemniej jednak ciekawa jestem dalszych dokonań pana Wyrypajewa i dopisuję go do mojej subiektywnej listy twórców z potencjałem.

O drugim filmie będzie później. 

13:39, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (4) »
sobota, 04 października 2008
La Vie en Noir

La Mome

 

Głosu Edith Piaf się nie zapomina - myślę, że owszem, można nie lubić jej piosenek, ale nie sposób chyba nie podziwiać siły tego głosu i jej emocjonalnego zaangażowania w wyśpiewywane przez siebie historie. Przy "Hymne a l'amour", "Milord", "Padam, padam", "La Vie en Rose" czy też najsłynniejszym "Non, je ne regrette rien", zawsze przechodzą mnie ciarki, choć od ich powstania minęło już ponad pół wieku...

Jej krótkie, nieprawdopodobnie wręcz mroczne i naznaczone bólem życie, było gotowym materiałem na film - genialny talent muzyczny zaklęty w drobniutkim ciałku najprawdziwszego paryskiego dziecka ulicy, który pchnął ją na sam szczyt, żeby potem bezlitośnie pozwolić jej się na tym szczycie spalić. Jej  siłą, ale i największą wadą było to, że nie potrafiła, ani nie chciała zgodzić się na żadne kompromisy - może właśnie dlatego jej nagrania nadal mają taką moc - ciągle słychać w nich tę determinację i emocje. 

Film "La Mome" (o polskim, tradycyjnie już "ulepszonym" tytule, celowo nie wspominam) to film jednej aktorki, Marion Cotillard, która po prostu przeistoczyła się w Edith Piaf tworząc kreację zapierającą dech w piersiach. Sam obraz momentami może wydawać się nużący, siłą rzeczy pewne fakty z życia piosenkarki zostały w nim pominięte (jak choćby słynne romanse z Charlesem Aznavourem czy Yve'm Montand), a obraz Piaf  jako osoby maksymalnie spłycony i krzywdząco sprowadzony do ordynarnej prostaczki obdarzonej  świetnym głosem, ale nie da się ukryć, że jego siła tkwi właśnie w hipnotyzującej Cotillard i oczywiście ścieżce dźwiękowej, złożonej z oryginalnych wykonań najsłynniejszych przebojów francuskiej legendy.

Jako temat do głębszych dyskusji nie bardzo się nadaje, ale myślę, że może stanowić niezły punkt wyjścia dla kogoś, kto dotąd kojarzył Edith Piaf wyłącznie jako małą kobietkę w czerni porywającą tłumy swoimi nieśmiertelnymi interpretacjami.

A żeby nie być gołosłowną, poniżej jeden z najpiękniejszych, moim zdaniem, (i najsmutniejszych) utworów, napisany po tragicznej śmierci mężczyzny jej życia, Marcela Cerdan, czyli "Hymne a l'amour":

 



hmmm - obawiam się, że z jakiegoś powodu Edith nie zaśpiewa - technika mnie przerosła :(
14:30, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (3) »
środa, 01 października 2008
Rodzinna tajemnica
Listy z pudełka
 
O Holokauście powiedziano i napisano już właściwie wszystko. A jednak "Listy z pudełka" nie są po prostu kolejną książką traktującą o zagładzie wielomilionowego narodu, tylko nieprawdopodobną historią przetrwania Sali Garncarz, kroniką pięciu lat, które spędziła w obozach pracy.
 
Przez prawie pięćdziesiąt lat Sala, piękna Żydówka z Sosnowca, trzymała swoją historię w tajemnicy - żadne z jej amerykańskich dzieci nie miało pojęcia, co wydarzyło się w życiu ich matki w latach 1940 - 1945. Dopiero zbliżająca się operacja sprawiła, że jej opowieść ujrzała światło dzienne, wraz z pudełkiem bezcennych listów, zdjęć i notatek, ocalonych z koszmaru.
 
Autorką tej książki jest córka Sali, Anne, która wraz z matką odbyła swoistą podróż w przeszłość, niepewna i przerażona tym, co znajdzie jak tylko poruszy pozornie nieruchomą powierzchnię - do tego zresztą odnosi się cytowane przez nią słynne zdanie Nietzschego "kiedy patrzysz w otchłań, ona również spogląda na ciebie".
 
Jednak Sali udało się ocalić zarówno życie, jak i duszę, choć tak naprawdę tylko ona mogłaby powiedzieć jaką cenę przyszło jej za to zapłacić. Przechowanie wszystkich listów i dokumentów, które otrzymywała przez lata od swojej siostry oraz przyjaciół, choć obarczone ogromnym ryzykiem, stało się jej priorytetem - wiedziała doskonale, że  umożliwi to w przyszłości odtworzenie losów jej rodziny, a także wielu osób, które przeszły podobną drogę.
 
Takie indywidualne historie wydają się często bardziej poruszające od suchych faktów, którymi raczyły nas lekcje historii czy też pozycje para i dokumentalne - dopiero odkrywając w tych nasączonych różnymi emocjami skrawkach papieru małe radości, dramaty i tragedie, a nawet  drobne okruchy szczęścia,  widzimy tych nasto- i dwudziesto-latków, którzy za wszelką cenę starali się zachować choćby minimalne pozory normalności - świętowali więc jak Sala kolejne urodziny wśród przyjaciół, tworząc symboliczny tort z suchych kromek chleba, flirtowali, romansowali i pobierali się. Te listy i historia Sali są zarazem świadectwem życia tysięcy podobnych jej młodych dziewczyn, które trafiły do rozsianych po całej Polsce czy Czechach obozów, głosem tych, którym nie dane było przeżyć, takich jak Ala Gertner - urocza, lekkoduszna i bardzo nowoczesna jak na swoje czasy flirciara, która bez mrugnięcia okiem wykorzystywała wszelkie swoje wpływy żeby pomóc innym, za co zapłaciła najwyższą cenę.
 
Rodzina Sali, choć tragicznie doświadczona przez los, mogła jednak uważać się za względnie szczęśliwą - wojenne błąkanie się po kolejnych obozach przetrwały trzy siostry, których losy połączyła ostatecznie (choć niestety na krótko) Ameryka. Sala Garncarz, w ciągu pięciu lat z trzpiotowatej i znudzonej siedemnastolatki, która raczej wolała pójść do obozu pracy w miejsce swojej starszej siostry, niż tłoczyć się z liczną rodziną w nędznym pokoiku, stała się boleśnie naznaczoną przez los, ale inteligentną i odważną kobietą, która pięćdziesięcioletnim milczeniem odcięła się od przeszłości i postanowiła zacząć wszystko od nowa.
 
"Listy z pudełka" są dla mnie książką wyjątkową - nie tylko piękną i mocno wzruszającą, ale też, a może zwłaszcza, naprawdę ciekawą i nasyconą wieloma cennymi szczegółami dotyczących "zwykłych" obozowych dni i niezwykłych ludzi. 
16:03, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9