Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
O autorze
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Tu zaglądam
Ulubione wydawnictwa, których książki KUPUJĘ za ciężko zarobione pieniądze :)
Wishlist :)
Zaglądam i tu
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Kategorie: Wszystkie | Dźwięki | Obrazy | Słowa | To i owo
RSS
wtorek, 26 maja 2009
Let's Misbehave!
Pozostając ciągle w klimatach ubiegłowiecznego dwudziestolecia międzywojennego, wszystkim tym, którym marzy się podróż w czasie, polecam  uroczy film, będący prawdziwą ucztą dla oka i innych zmysłów i przy okazji niezłą rozrywką.

"Easy Virtue" to całkiem niegłupia i mistrzowsko zagrana komedia obyczajowa, o pewnej konserwatywnej angielskiej rodzinie, która pewnego dnia musi zmierzyć się z nie lada wyzwaniem, jakie stanowi na wskroś nowoczesna żona ukochanego syna, która nie dość, że już kiedyś była mężatką, ściga się samochodem z mężczyznami, to jeszcze jest...Amerykanką!



Dla mnie powodów do obejrzenia tego filmu jest całkiem sporo, ale te najważniejsze to zdecydowanie:

1) stroje, wnętrza i muzyka, odtworzone z taką precyzją i dbałością o szczegóły, że aż się chce westchnąć z żałością...








2) ironiczno-gorzkie komentarze pana Whittakera, z których numerem jeden jest mini dialog pomiędzy nim a córką: (cytuję z pamięci)

Smile, Marion
- I don't feel like smiling
- Oh, you're English, fake it!

3) obsada, ze szczególnym uwzględnieniem duetu Kristin Scott Thomas - Colin Firth, ale także Krisa Marshalla w cudnej roli lokaja :) Pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie Jessica Biel, w roli ultra kobiecej, charakternej, ale i tragicznej Larity - która poza tym wygląda tak, że nie sposób oderwać od niej oczu...





4) jedna z ostatnich scen, w której Larita tańczy tango z panem Wittakerem





Podsumowując, "Easy Virtue" to świetne lekarstwo na kiepski humor, pod warunkiem oczywiście, że lubi się wszystkie wymienione wyżej elementy :)




12:34, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (7) »
piątek, 22 maja 2009
Nieczuły Fitzgerald


Zupełnie nie wiem czemu, ale sięgając po "Czuła jest noc" Francisa Scotta Fitzgeralda, byłam przekonana, że czeka mnie lekka i przyjemna podróż w przeszłość, coś na kształt kontynuacji "Wielkiego Gatsby'ego", z cudownie sportretowanymi latami 20. ubiegłego wieku i stylowymi postaciami z wyższych sfer. W sumie nie tak bardzo się pomyliłam (no, może pomijając określenia "przyjemna" i "lekka"). Nie spodziewałam się natomiast, że jako swoisty "bonus" otrzymam jeszcze okrutny i bardzo realistyczny portret stopniowego rozkładu miłości i małżeństwa, a także choroby psychicznej.

Nie wiem, na ile historia Dicka i Nicole Diverów została oparta na osobistych doświadczeniach autora (który przez wiele lat zmagał się z chorobą psychiczną swojej ukochanej żony Zeldy, a także z własnym alkoholizmem), ale tak czy inaczej obserwowanie przez trzysta stron jak ta piękna i pozornie idealna para stopniowo się przeobraża, aby ostatecznie stać się dla siebie wyłącznie ciężarem, było naprawdę poruszające. 

Ale ta książka to nie tylko dramat tej dwójki - Fitzgerald genialnie sportretował po raz kolejny przedstawicieli barwnej klasy uprzywilejowanej, a także tych, którzy chcieliby do niej należeć - mamy tu więc i niezrealizowanego pisarza, który wraz z osiągniętym wreszcie przez siebie sukcesem ewoluuje w kierunku napuszonego snobizmu, czy też młodą aktoreczkę, która półświadomie przyczynia się do emocjonalnego zamętu w życiu małżeństwa Diverów.

Oprócz tych wszystkich mniej lub bardziej sympatycznych postaci (dla mnie wieczną zagadką pozostaną słodkie idiotki w rodzaju Rosemary, dla których tracą głowę po kolei wszyscy wydawałoby się inteligentni mężczyźni - w "Wielkim Gatsbym" odpowiednikiem Rosemary była oczywiście Daisy, która wzbudzała we mnie identyczną irytację), mamy także oczywiście klimat swingujących lat 20., a także amerykański stosunek do Europy, który chyba najlepiej oddaje angielski zwrot "love-hate relationship". 

Ja osobiście zdecydowanie większym sentymentem darzę "Wielkiego Gatsby'ego", no właśnie ze względu na tytułową postać :)) Chociaż, tak jak wspomniałam wyżej, nie jestem w stanie pojąć jego uczucia do Daisy (grrr), co nie zmienia jednakże faktu, że samą książkę bardzo lubię. "Czuła jest noc" jak dla mnie była nieco za bardzo "poszatkowana" i miejscami chaotyczna - przeskoki chronologiczne i miejscowe trochę mnie drażniły, podobnie jak bezlitosne odzieranie przez autora po kolei każdej z postaci z cech, które na początku sprawiły, że je polubiłam - w efekcie tego pod koniec było mi już w zasadzie wszystko jedno, co się z kim stanie, bo nawet uroczy Dick przeistoczył się w kogoś, kim chciałoby się co najwyżej szarpnąć żeby się opamiętał. Tak czy owak miło było dać się wchłonąć przez "pełnokrwistą" powieść, jakich dzisiaj zdecydowanie mi brakuje...

 

13:20, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (1) »
środa, 20 maja 2009
Music is my boyfriend

A to jest aktualnie najczęściej towarzyszący mi zespół - WHITE LIES, czyli brytyjskie trio, od którego nie mogę się odczepić od kilku dni:

 

 

Niepokorna staruszka



"Józefina i ja"
, Hansa Magnusa Enzensbergera to niepozorna, ale urocza i bezpretensjonalna książeczka o przedstawicielach dwóch, wydawałoby się nie mających wiele ze sobą wspólnego światów i pokoleń. Pewnego dnia los stawia na drodze trzydziestoletniego Joachima staroświecką starszą panią, z jej wyszywaną perełkami równie staroświecką torebką - i od tego oto niewinnego spotkania, rozpoczynają się ich cotygodniowe wtorkowe rozmowy przy herbacie, okraszone mocno niekonwencjonalnym stylem tytułowej Józefiny.

Ta słynna ongiś śpiewaczka operowa raczy Joachima, a równocześnie i nas, czytelników swoimi raczej nieortodoksyjnymi i bezkompromisowymi poglądami na życie i współczesny świat, za nic mając wszechobecną polityczną poprawność - jest ona jednocześnie naiwnie dziecinna i prowokująca, ale i złośliwa i momentami irytująca, choć stopniowo wszystko to okazuje się zaledwie fasadą, skrywającą coś więcej.

"Józefina i ja" kojarzy mi się z moim ulubionym kinem skandynawskim, w którym często pozornie nie za wiele się dzieje i które czasem sprawia wrażenie "przegadanego", ale jego prawdziwy urok polega głównie na możliwości obserwowania bohaterów i uczestniczeniu w ich małych radościach i tragediach, odkrywając z każdą chwilą drugie dno banalnych na pierwszy rzut oka historii.

Jeśli ktoś lubi takie nostalgiczne opowieści o świecie, którego ostatni przedstawiciele powoli odchodzą w niebyt, to dzięki tej książce ma szansę na spędzenie kilku przyjemnych godzin w towarzystwie tej niepokornej i temperamentnej starszej pani oraz jej tajemniczej służącej Frydy...

p.s. A zapominalskim Warszawiakom przypominam o zbliżających się
Międzynarodowych Targach Książki - to już w najbliższy weekend! (choć otwarcie jest jutro) - więcej szczegółów tutaj

Ja niestety ze względów kondycyjno-finansowych w tym roku będę musiała prawdopodobnie obejść się smakiem i ograniczyć do pozazdroszczenia tym, którzy na targi się wybiorą, ale mam przeczucie, że te dwie nowości prędzej czy później trafią na moją półkę:

 

- Eustachy Rylski "Po śniadaniu" - to kolejna z tzw. "książek o książkach", czyli jakże lubianego przez wiele osób rodzaju - to zbiór esejów świetnego polskiego pisarza o jego lekturach - jest tam i Iwaszkiewicz, i Capote, Camus, Turgieniew i kilka innych znakomitości, tak więc zapowiada się interesująco - wydał to Świat Książki;

- drugi tytuł to "Szemrane towarzystwo niegdysiejszej Warszawy" Stanisława Milewskiego, czyli kontynuacja wcześniejszego "Intymnego życia niegdysiejszej Warszawy", wydane przez moje ukochane Iskry - no po prostu ja nie potrafię się oprzeć temu tytułowi :))




11:48, jeanne_n , Słowa
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 maja 2009
Retroklimat :)
Na wstępie muszę się przyznać, że mam słabość do biografii ciekawych ludzi - w jakimś poprzednim wcieleniu musiałam być wiejską (albo i miejską, któż to może wiedzieć) plotkarką, wścibiającą nos w życie innych - no i najwyraźniej coś z tego mi zostało do dziś...

Konikiem, na którego najchętniej wsiadam, są oczywiście biografie i dzienniki pisarzy albo ludzi związanych choćby pobocznie z literaturą, ale jako miłośniczka niemal wszystkiego, co zawiera w sobie słowo "retro", pochłaniam też wspomnienia mniej lub bardziej anonimowych autorów, jeśli tylko napisane są ładnym językiem i osadzone w ciekawych czasach.

Aktualnie siedzę zagrzebana po same uszy w ziemiańskim majątku Marianny Jasieckiej, bohaterki fantastycznej książki "Marianna i róże", której rewelacyjny opis można znaleźć u Padmy (z którym nawet nie zamierzam stawać w konkury), marząc o własnym dworku, służbie i pięknych strojach...

A tytułem (tym niekryminalnym dla odmiany), o którym wspominałam w poprzednim wpisie jest ni mniej ni więcej, a "Stuhrowie. Historie rodzinne" autorstwa Jerzego Stuhra, czyli naprawdę miłe zaskoczenie, jako że podchodziłam do tej książki jak przysłowiowy pies do jeża - zaczęło się od nieśmiałego oglądania licznych zdjęć, po czym najwyraźniej dojrzałam wewnętrznie do całej reszty.
No i tak jak napisałam wyżej - miła niespodzianka, jako że to bardzo przyjemna lektura, zwłaszcza w części opisującej koleje losów austriacko-polskich przodków p. Stuhra na przełomie XIX i XX wieku, bolesne początki pradziadków po przenosinach do Krakowa, rozdarcie między lojalnością względem cesarza a coraz wyraźniej rysującą się polskością, a także (lub może przede wszystkim) liczne zawikłania uczuciowe i finansowe, rodzinne tragedie i radości. Jerzy Stuhr opisuje historię swojej rodziny ze swadą, dowcipem i ogromną czułością, wczuwając się w kolejne postaci i w ten sposób tworząc ich żywy obraz, wraz z ich obawami i refleksjami - dzięki temu czyta się tę książkę błyskawicznie, niemal mając wrażenie, że oto siedzimy sobie wygodnie słuchając opowieści o kimś nam dobrze znanym i bliskim.
Część współczesna tej opowieści też jest ciekawa, jako że rodzina państwa Stuhrów raczej nie bywa na okładkach pism plotkarskich, a co za tym idzie, ich życie prywatne pozostaje...prywatne właśnie - tak więc dzięki "Historiom rodzinnym" mamy szansę zajrzeć niejako "do środka". To, co mnie dodatkowo ujęło, to spora dawka samokrytyki sławnego autora, w odniesieniu do swoich stosunków z dziećmi - podoba mi się szczerość, z jaką wyznaje on, że być może ze względu na wykonywany przez siebie zawód, zawsze miał problem z okazywaniem uczuć w prawdziwym życiu, co z kolei odbiło się na jego relacjach rodzinnych. Ogólnie powiem tak - cieszę się, że trafiła do mnie ta książka, bo spędziłam dzięki niej kilka bardzo przyjemnych godzin, bez  nieprzyjemnego poczucia ładowania się z butami w czyjeś życie intymne - nie ma tu ani wyciągania brudów, ani pikantnych plotek z filmowego światka, tylko opowieść o sympatycznej rodzinie, przywiązanej do swoich korzeni - każdemu życzyłabym żeby potrafił mówić o swoich bliskich z podobną klasą. HOWGH :)


13:48, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (6) »
środa, 22 kwietnia 2009
bum
Jeśli chodzi o mnie, to uważam, że to już powoli staje się nudne - kilka miesięcy względnego spokoju, niełatwe próby powrotu do "normalności", po czym nagle BUM! jak grom z jasnego nieba - i znowu ląduję w szpitalu i znowu czeka mnie diabli wiedzą jak długie dochodzenie do siebie - chyba w końcu człowiek ma prawo się wkurzyć, no bo ILE MOŻNA??

Ok, koniec jęczenia, bo to ani czas ani miejsce ku temu - jednym (nie wykluczam, że jedynym) plusem tej niefortunnej sytuacji jest ilość wolnego czasu, którą pewnie nie będę już potem dysponowała aż do emerytury, a którą mogę sobie teraz bezkarnie wykorzystywać na czytanie / oglądanie / słuchanie i inne miłe i niemęczące fizycznie czynności. Tak więc od wyjścia ze szpitala pochłaniam co tylko mam w zasięgu ręki, z tym że niestety chwilowo nie jestem w stanie skupić uwagi na czymkolwiek ambitniejszym, w związku z czym ograniczam się prawie wyłącznie do kryminałów (z założeniem, że im bardziej okrutny, tym lepiej). Nie mam więc za bardzo o czym pisać, jako że fabuła kolejnych pozycji zostaje mi w głowie przez jakieś 15 minut po przeczytaniu ostatniej strony, po czym już zaznajamiam się z kolejnymi bohaterami - z małymi wyjątkami oczywiście...

Jednym z nich był nasz krajowy (o dziwo) kryminalik, autorstwa Tomasza Konatkowskiego, pt. "Przystanek śmierć" - z sympatycznym komisarzem Adamem Nowakiem w roli głównej. To, co mnie, jako Warszawiankę z małym hoplem na punkcie historii mojego miasta i różnych varsavianistycznych ciekawostek urzekło najbardziej, to połączenie typowo kryminalnej zagadki z mnóstwem uroczych dykteryjek i anegdot związanych z historią poszczególnych miejsc, ze szczególnym uwzględnieniem warszawskich tramwajów - przyznam więc, że czytałam to z prawdziwą przyjemnością i przykro mi było, kiedy zbliżałam się do końca. Chętnie zapoznam się z innymi odcinkami serii z komisarzem Nowakiem, choćby tylko po to żeby się przekonać, czy p. Konatkowskiemu uda się podtrzymać moje świeżo rozbudzone zainteresowanie...

Drugi tytuł, który wyjątkowo kryminałem nie jest, opiszę następnym razem, z przyczyn, o których mowa w akapicie pierwszym. Stay tuned :)


poniedziałek, 09 lutego 2009
Polecanka


To chyba u Padmy na blogu zetknęłam się pierwszy raz z tym tytułem. I jestem za tę inspirację niezmiernie wdzięczna, bo ostatnio jakoś niezbyt często zdarza mi się trafić na książkę, która przykuje moją uwagę równie intensywnie.

 

Nancy Huston w "Znamieniu", udało się bardzo sprawnie połączyć wciągającą sagę rodzinną z horrorem II Wojny Światowej w tle i przedstawić historię zwykłej na pierwszy rzut oka rodziny amerykańskich Żydów na tyle przewrotnie, że dopiero przy końcowych stronach tej szkatułkowej opowieści, obraz ukazuje nam się jako całość i wtedy dociera do nas prawdziwy dramatyzm tej opowieści.

 

Już sama struktura powieści może wydawać się lekko ryzykowna, ponieważ historia przedstawiona jest tu od końca, au rebours – każdy z czterech, autonomicznych rozdziałów poświęcony jest innemu członkowi rodziny, których poza więziami krwi łączy jeszcze fakt posiadania dość znaczącego znamienia na ciele, a także to, że wszyscy są sześciolatkami. Mamy więc do czynienia z czworgiem mocno nieletnich narratorów, a „akcja” rozpoczyna się w roku 2004 w Kalifornii, aby po zatoczeniu pełnego koła, przenieść się do Niemiec w roku 1945.

 

Jako pierwszego poznajemy Sola, rozpieszczonego i skupionego na sobie do granic możliwości jedynaka, którego zarówno język, jak i sposób myślenia wydają się nieco zbyt wysublimowane jak na poziom sześciolatka (nawet takiego, który uważa się za boga i ma ambicję podbicia świata, a jego zdolności korzystania z komputera i analizowania przyswajanych informacji są iście zatrważające) – ta część książki jest zdecydowanie najsłabsza, choć autorka jednocześnie jakby mimochodem wprowadza nas w świat tej rodziny, której tajemnice będziemy zgłębiać przez kolejne trzysta stron. Operacja usunięcia znamienia sześcioletniego Sola stanie się niejako katalizatorem następnych wydarzeń; ten rozdział kończy się powrotem do przeszłości, którego właściwy wydźwięk dotrze do nas dopiero po zapoznaniu się z częścią opowiedzianą przez prababkę chłopca, występującą w książce odpowiednio jako PB, światowej sławy śpiewaczka Erra, Kristina oraz ostatecznie Klarysa.

 

Wtedy to właśnie odkryjemy prawdziwy dramat, który wcześniej zostaje kilkakrotnie zasygnalizowany – Kristina, wychowywana przez modelową niemiecką rodzinę (i której jedną z ulubionych zabaw było wymyślanie podczas kąpieli z siostrą najzabawniejszego sposobu powiedzenia „Heil Hitler”), niedługo po swoich szóstych urodzinach i śmierci brata Lothara na wojnie, odkrywa, że całe jej dotychczasowe życie oparte było na kłamstwie, w rzeczywistości, bowiem nie jest wcale integralną częścią wychowującej ją rodziny, ale ofiarą programu znanego pod nazwą „germanizacja dzieci” lub „rabunek dzieci”, stworzonego przez Heinricha Himmlera w celu wyrównania niemieckich strat poniesionych w latach wojny. Przyjmuje się, że około 200 tysięcy dzieci, głównie z Polski, terenów Związku Radzieckiego czy Czech zostało uprowadzonych, z których część po pozytywnym przejściu surowej selekcji, oddano takim właśnie „modelowym” niemieckim i austriackim rodzinom, po wcześniejszej zmianie imienia i w wielu przypadkach, skutecznym wyczyszczeniu jakichkolwiek wspomnień.

 

I właśnie ta relacja sześcioletniej dziewczynki, dla której początkowo największym nieszczęściem wydaje się to, że upragnioną lalkę dostała na Gwiazdkę jej starsza siostra, a nie ona, która dowiadując się prawdy (a właściwie półprawdy) o swoim pochodzeniu, z godną podziwu determinacją uczy się „swojego” języka i planuje ucieczkę wraz z nowym „bratem”, ma w „Znamieniu” największą siłę rażenia.

 

Dużym plusem powieści jest fakt, iż to zderzenie dziecięcej narracji i tragicznej historii, dzięki lekkości pióra Nancy Huston, nie sprowadza się do wyciskającego łzy z oczu melodramatu, a powieść mimo nielekkiej tematyki, nie traci swoich walorów rozrywkowych. Dla niektórych być może to pominięte przeze mnie w powyższym opisie rozdziały poświęcone Randallowi i Sadie okażą się najciekawsze, ze względu na poruszaną w nich problematykę poszukiwania swojej żydowskiej tożsamości, podczas gdy inni mogą skoncentrować się wyłącznie na wątku skomplikowanych rodzinnych powiązań – tak czy inaczej, polecam „Znamię” jako niegłupią i naprawdę wciągającą lekturę, z której możemy przy okazji dowiedzieć się czegoś nowego. 

14:40, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (2) »
piątek, 06 lutego 2009
Music is my imaginary friend

Przedstawiam moją najnowszą muzyczną obsesję:

fiński zespół HUSKY RESCUE  - więcej tutaj

a tu mała próbka

 

 

 

 

czwartek, 05 lutego 2009
Śmierć i trochę iluzji w tle

 

Parsifal nie żyje - tak zaczyna się ta książka.

Parsifal był magikiem, przystojnym, czarującym, eleganckim - niemal doskonałym. Sabine, której przyjdzie prowadzić nas przez całą historię, to jego świeżo owdowiała żona i jednocześnie tytułowa wieloletnia asystentka. Trwała przy ukochanym mężczyźnie wiernie także podczas tego ostatniego występu, aż do końca nie mając pojęcia, że życie które wiedli, było jeszcze mniej prawdziwe od pokazywanych przez nich na scenie "magicznych" sztuczek.

Stopniowo odkrywamy w tej pozornie banalnej historii drugie dno - okazuje się, że Sabine i Parsifal nie byli zwykłym małżeństwem, ale od lat tkwili w dość nietypowym uczuciowym trójkącie; kiedy jednak wydaje się, że to już koniec niespodzianek, Ann Patchett wydobywa spod powierzchni kolejny fragment układanki i oto jesteśmy w tym samym miejscu co Sabine - dotykamy rąbka tajemniczej przeszłości jej męża. Z eskluzywnego i słonecznego świata Los Angeles przenosimy się wraz z nią do zapyziałej dziury w Nebrasce, w której Sabine całkiem niespodziewanie odnajdzie coś w rodzaju wewnętrznej równowagi, a nawet sensu życia. 

W takim suchym opisie nie brzmi to jakoś specjalnie intrygująco, ale zapewniam, że z żadnym tandetnym romansidłem ta książka nie ma nic wspólnego - uczucia tam opisywane dotyczą głównie nieżyjącego już Parsifala, a sama fabuła koncentruje się na niepotrafiącej poradzić sobie ze stratą ukochanej osoby Sabine oraz niespodziewanie odnalezionych członków nieznanej jej rodziny.

Z drugiej strony nie jest to żadne arcydzieło, ale też myślę, że Patchett nie miała aż takich ambicji - "Asystentka magika" to po prostu bardzo przyzwoicie napisana powieść obyczajowa, ze świetnie skrojonymi bohaterami (barwna paleta małomiasteczkowej rodziny zetknięta z całym blichtrem i luksusem życia w L.A.) i naprawdę interesującą fabułą z kilkoma niespodziewanymi skokami. Czytało się to bardzo przyjemnie, a jedynymi denerwującymi fragmentami były niby sny Sabine, z niekończącymi się dyskusjami  z również nieżyjącym już Phanem. No, dobrze, w międzyczasie pojawiły mi się też zastrzeżenia co do wiarygodności psychologicznej postaci matki, bo jakoś ciężko mi uwierzyć w to, że kochający rodzic potrafi niemal bez mrugnięcia okiem skreślić swoje dziecko (bez względu na to, czego by nie zrobiło) i przez kilkadziesiąt lat ograniczać się jedynie do oglądania dzień w dzień kasety z jego występem, nie próbując nawiązać z nim realnego kontaktu - no, ale może po prostu pewne problemy przerastają moje możliwości percepcji :)

Tak czy inaczej to całkiem niezła lektura na ciągnący się wieczór. 

22:24, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (2) »
środa, 14 stycznia 2009
Leniwie o niczym
Początek roku zdecydowanie upływa mi jak dotąd pod znakiem muzyki, natomiast z nie do końca jasnych dla mnie samej przyczyn, sklecenie kilku logicznie powiązanych ze sobą zdań na temat moich lektur czy obejrzanych filmów, najwyraźniej nie mieści się w granicach moich obecnych możliwości. Wyjątkiem była obejrzana w końcu rosyjska "Wyspa", ale o tym więcej tutaj 
 
 
Podsumowań i postanowień obiecałam sobie nie robić, wystarczy mi nadzieja, że ten rok okaże się lepszy od poprzedniego (co w moim konkretnym przypadku nie powinno być specjalnie trudne do zrealizowania, jako że 2008 pod względem ogólnie ujętej ch....wości byłby naprawdę ciężki do przebicia)
 
Pojęcia nie mam czemu, ale nie mogę wkleić żadnego linka drogą "tradycyjną", więc sygnalizuję tylko, że aktualnie słucham właśnie tej pani:
 
 Rekevin
 
Wygląda na to, że linki jednak działają - może nie do końca tak, jakbym chciała, ale nie będę małostkowa...
 
 
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9