Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
O autorze
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Tu zaglądam
Ulubione wydawnictwa, których książki KUPUJĘ za ciężko zarobione pieniądze :)
Wishlist :)
Zaglądam i tu
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Kategorie: Wszystkie | Dźwięki | Obrazy | Słowa | To i owo
RSS
piątek, 10 lipca 2009
Czytelnicza mizeryja


Ze względu na trwający jeszcze do niedzieli festiwal Lato Filmów, jestem chwilowo bardziej freakiem filmowym aniżeli książkowym; poza tym gros obejrzanych przeze mnie obrazów to dramaty, więc niejako dla zachowania równowagi umysłowo-emocjonalnej moje ostatnie lektury nie grzeszą wyrafinowaniem i jak widać, są mocno monotematyczne...

Wielbicielką Jane Austen jestem od lat i przyznaję się, że wracam do jej powieści z podziwu godną regularnością - uwielbiam też większość adaptacji, zwłaszcza te zrobione przez BBC - dla mnie jest to taka trochę Chick Lit, ale z wyższej półki, po którą można sięgnąć z przyjemnością, ale bez wyrzutów sumienia,  że marnuje się czas na jakieś bzdury.
Tak więc sama jestem sobie winna, że moja słabość do postaci J.A. po powyższych lekturach odbiła mi się czkawką...

Z tej grupki jako taki fason trzyma jedynie kieszonkowa biografia pisarki (o której zresztą kiedyś wspominała w komentarzach Dormeza, jeśli się nie mylę) autorstwa Helen Lefroy, czyli z rodziny blisko związanej z Austenami (oczywiście po filmie "Becoming Jane" pierwsze i słuszne skojarzenie to postać Toma Lefroya, z którym J.A. ponoć miała w młodości coś w rodzaju romansu czy też raczej rozbudowanego flirtu). Książeczka ma niewiele ponad 100 stron i czyta się błyskawicznie i to w zasadzie wszystko, co można o niej powiedzieć, poza tym, że oczywiście opisuje nawet dość dokładnie życie pisarki i jej rodziny począwszy od wczesnych lat spędzonych na plebanii w Steventon, przez przenosiny do Bath, wakacje w Lyme Regis aż po końcówkę życia w Chawton. Jeśli ktoś zna Jane Austen wyłącznie z jej powieści i ma ochotę przekonać się, jak wyglądało jej własne życie, to to właśnie znajdzie w tej bezpretensjonalnej mini-biografii. Bez fajerwerków, ale konkretnie i zwięźle i bez ostentacyjnego silenia się na naśladownictwo stylu swojej bohaterki, co zważywszy na inny z omawianych przeze mnie tytułów, może być uznane za zaletę samą w sobie.

O ile jednak postanowiłam nie czepiać się zanadto Helen Lefroy, to niestety pozostałym tytułom oberwie się w dwójnasób - tu od razu uprzedzam lojalnie potencjalne wielbicielki pisarki, że "Listy wybrane Jane Austen" to lektura tak nudna i irytująca, że po przebiciu się przez jakąś połowę z nich, czułam jak moja sympatia do ich autorki maleje z każdą kolejną stroną - dodatkowo jeszcze nie mogłam znieść przerobienia imienia siostry Jane Austen z Cassandry na spolszczoną Kasandrę... Ok, zdaję sobie sprawę z tego, że podobno owa Cassandra / Kasandra najprawdopodobniej mając na uwadze honor słynnej siostry zniszczyła listy zawierające być może jakieś ciekawe (albo chociaż odrobinę pikantniejsze) informacje, ale w takim razie nie bardzo widzę sens wydawania czegoś, co słowo honoru jest nudne jak przysłowiowe flaki z olejem i nie ma w sobie ani odrobiny tej finezji i ironicznego stylu, tak charakterystycznego dla Austen. Dla mnie zdecydowanie szkoda czasu, fatygi i mojej sympatii, którą będę teraz musiała mozolnie odbudować kolejnym podejściem do którejś z moich ulubionych powieści.

No i wreszcie słów parę na temat "Pamiętników Jane Austen" autorstwa Syrie James, czyli Amerykanki chwalącej się swoją szeroką wiedzą na temat życia i twórczości rzeczonej J.A.
W porządku - już sięgając po tę książkę wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać, więc i oczekiwań nie miałam zbyt wywindowanych - zresztą coś, co określane jest na okładce jako "urzekająca, chwytająca za serce powieść o miłości i poświęceniu, o prawdziwej pasji i namiętności, z których rodzi się niezapomniana literatura" siłą rzeczy nie może być dobre, no ale jednak trochę się łudziłam, że może mimo wszystko będzie to miła lektura.

Chciałam, to mam - ideą przewodnią Syrie James było "wyjaśnienie" miłośnikom Jane Austen tego, jakim cudem ta inteligentna i niezwykła kobieta przeżyła swoje życie (niedługie wprawdzie, ale jednak) bez męża i w ogóle bez mężczyzny, który byłby dla niej ważny (wspomniany wyżej Tom Lefroy się nie liczy, jako młodzieńcza i niepoważna miłostka) - Amerykanka postanowiła więc powołać do życia postać Fredericka Ashforda, mężczyznę idealnego - mądrego, dowcipnego, tolerancyjnego, przystojnego, bogatego, ustosunkowanego etc. etc., który w dodatku oczywiście zakochuje się w pisarce od pierwszego wejrzenia (z wzajemnością) i tylko wredne konwenanse i przeznaczenie rzucające tej uroczej parze kłody pod nogi sprawia, że autorka "Dumy i uprzedzenia" umiera jako panna Austen, a nie pani Ashford.

Sama nie wiem - może niepotrzebnie się czepiam i tak naprawdę to jest urocza książka, tylko ja nie potrafię tego dostrzec? Bo generalnie potencjał jakiś tam ma - podobał mi się sam pomysł wprowadzenia kilku fikcyjnych postaci (chociaż znając twórczość J.A. raczej bez problemu wychwycimy większość z nich) i generalnie trzymania się faktów, ale niestety James ma jednocześnie drażniącą tendencję do "przedobrzania", przez co otrzymujemy totalny miszmasz postaci jakby na chybił trafił powyciąganych z kolejnych powieści i powtykanych do "prawdziwego" życia pisarki.

Tak, jak pisałam wyżej, muszę zafundować sobie teraz porządną i "oryginalną" odtrutkę i mam tylko nadzieję, że hołubione przeze mnie historie nadal będą potrafiły oczarować mnie swoją lekkością i urokiem.

Wniosek (i ostrzeżenie) na przyszłość - jeśli lubisz jakiegoś autora, to uważaj przy sięganiu po tytuły "poboczne", bo możesz wdepnąć niechcący w coś, co lepiej byłoby ominąć.
16:06, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 lipca 2009
Do góry brzuchem


Ok, nie ma co się oszukiwać - okazuje się, że im wyższa temperatura za oknem, tym mniejsza jest moja potencjalna "wena"; upał świetnie się za to dogaduje z moim wewnętrznym leniem sprawiając, że moja chwilowa działalność intelektualna nie jest w stanie wyjść poza słuchanie muzyki i oglądanie cieni na suficie...

A tymczasem w naszej cudnej i piekielnie gorącej stolicy od wczoraj aż do następnej niedzieli trwa Festiwal Lato Filmów, więc jeśli jakiś filmowy freak ma chęć obejrzeć coś interesującego i niekomercyjnego, to zachęcam - pełny program z tytułami i opisami jest tutaj.  Poza tytułami z całej Europy biorącymi udział w konkursie głównym (na najlepszy scenariusz), można będzie też obejrzeć sporo niezłych filmów z ubiegłych lat, albo wybrać się np na przegląd kina koreańskiego czy japońskiego.

Niżej podpisany freak na pewno się tam pojawi... A w międzyczasie idę poszukać jakiejś adekwatnej do pogody i mojego stanu ducha, nieobciążającej zbytnio moich rozleniwionych szarych komórek lektury...

Jak widać na załączonym obrazku, futrzak też nie należy do grona fanów letnich upałów...

piątek, 26 czerwca 2009
in memoriam


If You Wanna Make the World a Better Place,

Take a Look at Yourself, and Then Make a Change


Nazistowska suita



Nadszedł czas na zapowiedzianą onegdaj zaległą recenzję książki przeznaczonej głównie dla czytelników o raczej mocnym systemie nerwowym oraz wysokim poziomie cierpliwości...

Po przebrnięciu (świadomie nie użyłam słowa "przeczytaniu", bo słowo  daję, było to brnięcie mocno naznaczone niechęcią i uporem) przez ponad 1000 stron chyba najbardziej dyskutowanej książki ubiegłego roku (w Polsce, bo oryginalnie ukazała się ona w 2006), mogę wreszcie powiedzieć z ręką na sercu, że Jonathan Littell ma marne szanse na trafienie do grupy moich ulubionych pisarzy (bez względu na to, jak liczna by ona nie była).

Nie pamiętam już ile razy w trakcie tej lektury miałam ochotę cisnąć tę cholerną cegłę w kąt i już do niej nie wrócić, ale tu muszę oddać honor autorowi - jest w tej koszmarnej historii coś, co przyciąga i zaskakuje, wyrywając czytelnika raz na kilkaset stron z w miarę bezpiecznego kokonu, który sobie podczas lektury stworzył i sprawiając, że chcąc nie chcąc, z wyrazem obrzydzenia na twarzy brnie on do samego końca, kierowany głównie ciekawością nie jak się ta opowieść skończy, ale raczej, co go jeszcze czeka po drodze...

Perfidia pułapki, zastawionej na nas przez Littell'a polega na tym, że na początku postać Maximiliana Aue, doktora prawa, frankofila, intelektualisty i wielbiciela muzyki klasycznej wydaje się stosunkowo niegroźna, zwłaszcza w porównaniu do jego kolegów "po fachu". Poza tym fakt, że wstąpił on do SS niejako przypadkiem i traktuje to raczej jako pracę na rzecz ojczyzny właśnie, a nie pole do realizowania własnych chorych ambicji czy możliwość wyżywania się na innych, stwarza iluzję jego potencjalnej "niewinności" - z tym, że autor dosyć szybko i gwałtownie pozbawia nas tej iluzji aby pod koniec pokazać nam, że tak naprawdę bez względu na to, jakie były pozory, Aue jest takim samym (jeśli nie większym) psychopatą, jak osławieni Eichman czy doktor Mengele.

Oczywiście nie można zapominać, że mimo historycznego tła i trzymania się faktów (bardzo szczegółowo opracowanych przez autora), Aue jest postacią fikcyjną, kumulacją cech, których prawdopodobieństwo wystąpienia w pojedynczej jednostce wydaje się znikome - jest on więc i domorosłym filozofem, analizującym ze stoickim wręcz spokojem dokonywane przez niego i swoich rodaków makabryczne rzezie w kategoriach ekonomicznych, nawiązującym do greckiej mitologii (tytułowe "Łaskawe" to Erynie, greckie boginie zemsty, prześladujące przestępców, a zwłaszcza zabójców - w tym kontekście znaczące okazuje się zdanie kończące książkę i stanowiące niejako podsumowanie całej opowiedzianej historii: "Łaskawe wpadły na mój trop"),
  i aktywnym homoseksualistą, ukrywającym swoje preferencje nawet przed najbliższym przyjacielem (ambitnym oficerem Gestapo, notabene), ale także związanym kazirodczym związkiem z własną siostrą bezwzględnym mordercą, niemal do samego końca nie potrafiącym przyznać się do popełnionej przez siebie zbrodni. Dodatkowo poza zamiłowaniem do pięknej muzyki, literatury etc. charakteryzuje się on także kompletnym brakiem sumienia - kolejne kręgi wojennego piekła, w których uczestniczy lub których jest świadkiem, opisuje w równie chłodny i pozbawiony emocji sposób, nie dopuszczając do siebie myśli, że były to rzeczy etycznie i moralnie niedopuszczalne. Jednocześnie gdzieś w podświadomości musi jednak odczuwać coś na kształt wyrzutów sumienia, bo tym właśnie chyba są wszelkie bardzo drobiazgowo opisywane problemy psycho-fizyczne, których kumulacją jest opis pod koniec książki ostatecznego popadania w szaleństwo w opuszczonym domu siostry.

W jednej z przeczytanej kiedyś przeze mnie recenzji ktoś całkiem zgrabnie porównał bohatera książki do skrzyżowania Supermena z Baronem Munchausenem, jako że jego nieprawdopodobne szczęście i tendencja do wychodzenia cało z opresji są momentami niezamierzenie komiczne, automatycznie narzucając czytelnikowi dystans w stosunku do postaci, z którą w innym przypadku, być może momentami (choć bardzo niechętnie) mógłby się on utożsamić.

Niełatwo jest jednoznacznie scharakteryzować "Łaskawe", ani o nich pisać - po pierwsze trzeba mieć naprawdę ogromne samozaparcie i mocne nerwy, żeby sprostać kolejnym, niesamowicie wręcz brutalnym opisom - mordów, gwałtów i stopniowemu zezwierzęceniu kolejnych postaci - jednak po jakimś czasie drastyczność języka Littella zamiast szokować, zaczyna drażnić, a jego epatowanie makabrycznymi detalami wydaje się zbędne - i bez tego ta książka dawałaby mocno "po głowie". Na dobre też wyszło by jej skrócenie o co najmniej połowę - ten nieprzerwany strumień świadomości staje się po kilkudziesięciu (żeby nie powiedzieć - kilkuset) stronach zwyczajnie nużący i sprawia, że zaczynamy zerkać ile jeszcze zostało do końca.

A jednak oprócz wyjątkowo makabrycznych i okrutnych scen, są tam liczne fragmenty dające do myślenia i mocno zapadające w pamięć, jak np historia niemieckiego inżyniera, którego najbardziej boli fakt, że zamiast budować nowe mosty, zgodnie z rozkazami musi wysadzać te już istniejące, aby nie wpadły one w ręce nadchodzących Rosjan; czy też naprawdę dramatyczny opis spotkania z bandą dzikich dzieci, które funkcjonują gdzieś pomiędzy zbliżającymi się Bolszewikami, a wycofującymi się wojskami niemieckimi, mordując z zimną krwią zarówno jednych, jak i drugich, gwałcąc się wzajemnie i stanowiąc koszmarnie wypaczone lustrzane odbicie sąsiedniego świata dorosłych.

Nie potrafię powiedzieć, czy takie książki jak "Łaskawe" są potrzebne - być może sam fakt, że zdołała ona wywołać taką dyskusję na skalę światową świadczy na jej korzyść, odnoszę jednak wrażenie, że w ogólnym rozrachunku nie wnosi ona do tematyki Holokaustu, rozliczania się, czy zbrodni dokonywanych podczas II WŚ nic nowego, może poza pozostawieniem w głowie co wrażliwszych czytelników licznych obrazów, które ja osobiście chętnie bym z niej wyrzuciła.

Książkę wydało Wydawnictwo Literackie.

Tę i inne recenzje można znaleźć także tu: http://mojeopinie.pl

13:00, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (4) »
środa, 24 czerwca 2009
W starym kinie
Choć filmy to zdecydowanie jeden z moich ulubionych sposobów na ucieczkę od rzeczywistości, to za telewizją nie przepadam - jeśli już pojawia się jakiś ciekawy tytuł, to na ogół albo w środku dnia, kiedy większość społeczeństwa zarabia na chleb poza domem, albo w środku nocy, kiedy z kolei dobrze by było podłapać trochę snu. Ale mimo wszystko czasem trafi się i perełka, więc ten wpis ma być zachętą dla tych, którzy do tej pory nie mieli okazji obejrzeć filmu "84 Charing Cross Road" i przy okazji będą mieli wolne półtorej godzinki jutro w ciągu dnia...

A naprawdę warto, bo to moim zdaniem jedna z najbardziej wzruszających historii miłosnych, jaką napisało samo życie...



Opowiada ona o ponad dwudziestoletniej znajomości amerykańskiej pisarki i maniaczki klasycznej literatury brytyjskiej Helene Hanff oraz londyńskiego antykwariusza Franka Doela - znajomości podtrzymywanej wyłącznie listownie, ponieważ ta para nigdy nie spotkała się osobiście.

Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy Helene, zniechęcona bezskutecznym bieganiem po nowojorskich księgarniach w poszukiwaniu angielskich książek, trafia na ogłoszenie londyńskiej księgarni "Marks & Co." - pisze więc do nich pierwszy list z zamówieniem i w ten oto niewinny sposób z upływem czasu i kolejnymi krążącymi nad oceanem notkami i paczkami, rodzi się piękne uczucie, oparte przede wszystkim na obustronnej miłości do książek, a także zgryźliwym i ironicznym poczuciu humoru Helene. Stopniowo staje się ona ważną częścią tej malutkiej antykwarycznej społeczności, korespondując już nie tylko z Frankiem, ale i jego żoną i wszystkimi pracownikami.


Dopiero po 20 latach Helene udało się zrealizować swoje marzenie o wyjeździe do Londynu, ale niestety czarująca księgarnia już nie istniała - zostały tylko listy...


Dla wszystkich moli książkowych jest to pozycja absolutnie obowiązkowa, jako że książki są tu równorzędnym bohaterem, a nastrojowy antykwariat to kwintesencja tego, o czym marzą tacy maniacy jak ja... Ciekawe jest też zestawienie powojennego życia w Londynie i Nowym Jorku (historia rozgrywa się w latach 1949 - 1971) i zachodzących w tym czasie zmian społecznych.
W dzisiejszych czasach ta znajomość polegałaby pewnie na wymianie maili, bez tego gorączkowego czekania na listonosza i romantycznej otoczki papierowej korespondencji (czy ktoś dziś jeszcze pisze tradycyjne listy??) - tak więc jest to także swoisty hołd złożony tej odchodzącej w niepamięć pięknej epistolarnej tradycji...


No i last but not least, duet aktorski Anne Bancroft - Anthony Hopkins jako pary pozornie pochodzącej z dwóch kompletnie różnych światów (ona jest bezpośrednia, otwarta i złośliwa, on natomiast to uosobienie angielskiego gentlemena - uprzejmego, ułożonego i zdystansowanego) jest absolutnie fantastyczny.

Film powstał w 1987 roku i trzeba przyznać, że odrobinę się już zestarzał, poza tym przeniesienie na ekran zbioru listów nie jest prostą sprawą (chociaż jak widać na przykładzie "Niebezpiecznych związków" de Laclosa, nie niemożliwą), to jednak dla mnie ma on tyle staroświeckiego uroku, że polecam go bez mrugnięcia okiem!


I marzę o przeczytaniu książki "84 Charing Cross Road", która niestety nie jest zbyt łatwa do upolowania.


A tak wyglądała rzeczona księgarnia (która dziś jest podobno barem):



Film będzie wyświetlany w najbliższy czwartek, 25 czerwca, w TVP2 o godzinie 15.45.
11:21, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 22 czerwca 2009
Z cyklu - lektury niedokończone
Raczej rzadko zdarza mi się odłożyć nieprzeczytaną do końca książkę, może dlatego, że rzadko sięgam po tytuły całkiem przypadkowe - na ogół wcześniej robię mały "research".

Czasem jednak okazuje się, że to, co w założeniu miało być wciągającą lekturą, jest wyłącznie przereklamowanym większym lub mniejszym gniotem. Kiedyś pewnie zmogłabym i gniota, jako że nie wyobrażałam sobie, że można książkę zacząć i jej nie skończyć, no ale kilka lat wstecz postanowiłam wreszcie zacząć cenić swój czytelniczy czas i teraz bez sentymentów odkładam na bok te tytuły, które nie zdołały mnie wciągnąć przez kilkadziesiąt pierwszych stron (no, może sto parę, w zależności od objętości)...




Do takich ostatnio niedoczytanych przeze mnie książek, należy m.innymi "Katedra w Barcelonie", która skusiła mnie tytułem i być może także opisem na okładce, obiecującym Bóg wie jaką rozrywkę... Cóż, być może dla kogoś, kto nie miał nigdy w ręku "Hrabiego Monte Christo", "Trzech muszkieterów" itp., wspomniana "Katedra" wyda się szczytem literackiego wyrafinowania, ale mnie najzwyczajniej w świecie zaczęła nudzić już po jakichś 40 stronach, a potem było już tylko gorzej...

Autor chwali się swoimi wieloletnimi historycznymi przygotowaniami do pisania tejże powieści, ale szczerze mówiąc chyba lepiej by zrobił poświęcając ten czas na szlifowanie swoich umiejętności pisarskich, bo zarówno styl, jak i język pozostawiają wiele do życzenia, a objętość książki niekoniecznie przekłada się na głębię psychologiczną postaci czy też społecznego tła - oczywiście Ildefonso Falcones zadbał o to, żeby cały czas coś się działo, jednak wszystkie te misterne intrygi przestały mnie bawić już na początku i generalnie w momencie, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że jest mi totalnie obojętne, co się stanie z głównym bohaterem i wszystkimi innymi, postanowiłam odpuścić sobie resztę "Katedry" i zabrać się za cokolwiek innego.

A z historią Hiszpańskiej  Inkwizycji etc. wolę się zapoznawać "u źródeł" (tu akurat automatycznie przychodzi mi do głowy Monty Python ze swoim klasycznym już "nikt nie spodziewa się Hiszpańskiej Inkwizycji" :))
Cóż, bywa i tak.

Na koniec muszę jednak powiedzieć, że mojemu tacie "Katedra..." bardzo się podobała, a jego na pewno nie mogę posądzić o brak lub kiepski gust (Dumas'a też swego czasu czytał), więc jak widać upodobania czytelnicze książkowych moli są nieprzewidywalne. I dobrze!

Ciekawi mnie też, jak wygląda sytuacja u Was - zawsze kończycie rozpoczętą książkę? Ustanawiacie sobie jakieś granice, czy brniecie do końca z nadzieją na odkrycie nawet w nieciekawej lekturze czegoś wartościowego?
12:08, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (10) »
piątek, 19 czerwca 2009
In the Waiting Line
Czerwiec to na ogół mój ulubiony miesiąc, chociaż to właśnie w czerwcu starzeję się o kolejny rok - no, ale wiadomo, że trzeba to sobie jakoś zrekompensować, w związku z czym moja  domowa biblioteka właśnie się wzbogaciła o kilka tytułów :)

Jest to także swoista nagroda pocieszenia, jako że wyczekany prezent główny krąży od kilku tygodni nie wiadomo gdzie i jakoś nie może dotrzeć do adresatki (czyli do mnie), a drugi z kolei bawi się ze mną w kotka i myszkę i w tym tempie to pewnie doczekam się go na kolejne urodziny...

Tak więc póki co, poprawiam sobie humor tradycyjnym już blogowym mini-stosikiem :)




Od dołu leżą:

- "Seryjni zabójcy", Rodney Castleden - bo to jeden z moich czytelniczych "koników" (temat, nie autor :))

- "Szemrane towarzystwo niegdysiejszej Warszawy", Stanisław Milewski - pisałam o tym już wcześniej, poza tym na mojej półce varsavianistycznej nie mogło zabraknąć tego tytułu;

- "Stulecie detektywów", Jurgen Thornwald - patrz powyższa uwaga odnośnie "koników";

- "Sekrety Londynu", Corrado Augias - bo marzę o tej książce odkąd przeczytałam jej recenzję u Padmy i artykuł o autorze w dodatku do "Dziennika" (niekoniecznie w tej kolejności), no i w ogóle mam słabość do tego miasta;

- "Francuska suita", Irene Nemirovsky - ta książka "chodzi" za mną od kilku lat i ciągle o niej zapominam, więc postanowiłam wreszcie dać jej szansę;

- "The Forgotten Garden", Kate Morton - bardzo miło wspominam jej poprzednią powieść, "The House at Riverton" i mam nadzieję, że ta kolejna będzie równie przyjemną lekturą.

11:37, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (12) »
środa, 17 czerwca 2009
Lektury ponure


Gdyby ktoś się mnie spytał, czym się kieruję w doborze swoich lektur, powiem szczerze, że nie potrafiłabym chyba mu odpowiedzieć w żaden sensowny sposób - sama do końca nie rozgryzłam swojego "systemu", jeśli takowy w ogóle posiadam i czasem moje wybory zaskakują także i mnie.

Trzy ostatnie tytuły należą zdecydowanie do grupy "lektur ponurych", żeby nie powiedzieć "depresyjnych", chociaż teoretycznie książka Marka Edelmana w zamierzeniu miała opisywać zjawisko z natury pozytywne, czyli miłość, ale niech potencjalnych czytelników nie zwiedzie ten pozornie optymistyczny tytuł - miłości jest tam zdecydowanie mniej niż śmierci, a suchy, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników język autora dodatkowo potęguje grozę opisywanych scen.

Niektóre z nich są wręcz okrutnie plastyczne i nadal nie mogę np wyrzucić z głowy obrazu zbiorowego gwałtu dokonanego na anonimowej kobiecie w obecności kilkudziesięciu ludzi, którzy stali i przyglądali się bezsilnie, bo nic innego nie mogli zrobić. "Teraz mnie zapytasz, jak przyzwoity mężczyzna powinien się zachować w tej sytuacji. A on tak się zachował, jak mógł. (...) Oczywiście, trzeba było strzelać, tylko trzeba było mieć z czego".

W zbiorze "I była miłość w getcie" są też i piękne i naprawdę poruszające fragmenty, jak ten w tytułowym rozdziale o matce, która oddaje swój numerek życia siedemnastoletniej córce i popełnia samobójstwo; nieśmiała dziewczynka, która zostaje całkiem sama, zakochuje się w chłopcu i mieszka z nim po aryjskiej stronie. "Rozkwitła w tej miłości. (...) Nic innego nie było po niej widać, tylko tę miłość. Każdy bez wyjątku, kto ją wtedy widział, mówił, że promieniała szczęściem. (...) Ciepło, które dawał jej chłopiec, sprawiło, że zapominała o getcie. To szczęście trwało trzy miesiące. Potem - może się skończyły pieniądze - gospodarze wydali ją i jej chłopca".

Bardzo trafnie w swojej przedmowie ujmuje rzecz Jacek Bocheński pisząc:
"Holokaust był losem Żydów, ale śmierć jest losem ludzi, nie tylko Żydów, choć ich wraz ze wszystkimi, oczywiście też. Holokaust był dziełem Niemców, ale zbrodnia jest w ogóle dziełem ludzi. (...) Podobnie miłość jest dobrem ludzi, nie wyłącznie Żydów. Zdaje mi się, że Marek Edelman chce nam koniecznie coś powiedzieć o tym ludzkim, uniwersalnym wymiarze Holokaustu, żebyśmy zrozumieli, wiedzieli i pamiętali".

Mam dla Marka Edelmana ogromną dozę uwielbienia i szacunku - za to co przeżył i o czym od lat niestrudzenie opowiada, ale chyba przede wszystkim chyba za jego życiową postawę, pełną ciepła i otwartości w stosunku do ludzi. A to jest cecha, której, moim zdaniem, bardzo brakuje autorowi kolejnej przeczytanej przeze mnie niedawno książki, czyli Henrykowi Grynbergowi - zawsze w trakcie lektury jego książek jestem poirytowana i odnoszę wrażenie, że ten pisarz nie jest człowiekiem, którego można by łatwo polubić - ilość jadu i zgorzknienia, którymi przesiąknięte są kolejne strony, dobijają mnie. Poza tym naprawdę nie lubię ludzi, którzy uważają się za wieczne ofiary i dopatrują się prześladowania w niemal każdym geście innych. A właśnie takie wrażenie odnosiłam podczas lektury "Ciągu dalszego" - albo więc autor w swoim powojennym życiu miał niebywałego pecha i spotykał na swojej drodze wyłącznie zdeklarowanych antysemitów, którzy za swój cel postawili uprzykrzanie mu życia na każdym niemal kroku, albo mamy tu do czynienia z lekką manią prześladowczą - no sorry, ale o ile w świetnie czytających się "Uchodźcach" było to jakoś bardziej wyważone, to tutaj ta bezkompromisowość, żeby nie powiedzieć antypatyczny upór są naprawdę drażniące. Zarzucając reszcie ludzkości brak tolerancji, Henryk Grynberg zdaje się nie zauważać tego samego u siebie - dlatego właśnie choć opisywana przez niego tematyka jest z pewnością interesująca, to wolę czytać autorów, w stosunku do których nie odczuwam tak silnej prywatnej niechęci...

O trzecim tytule, czyli książce - cegle, będzie za czas jakiś, jako że"Łaskawe" Jonathana Littell'a nie należą do lektur łatwych i przyjemnych, a poza tym przede mną nadal jakieś 150 stron i przed zdaniem relacji z lektury muszę sobie ją najpierw uporządkować we własnej głowie...

15:54, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (2) »
niedziela, 14 czerwca 2009
Słucham


 

Muzycznie kończący się właśnie tydzień sponsoruje piosenka francuska, a konretniej nowy album jednego z moich ulubionych artystów z Francji, czyli pana CALOGERO - płyta nazywa się "L'embellie", po naszemu "przejaśnienie" i na zachętę wklejam mój ulubiony kawałek z tejże, pt. "Nathan", a jako bonus mój ulubiony utwór Calogero w ogóle :)

 

Ech, czasem zapominam jak bardzo uwielbiam ten język, no ale w ciągu kilku ostatnich dni Calogero regularnie mi o tym przypomina - miłego słuchania!


 

i obiecany bonus "Devant toi":

 


piątek, 12 czerwca 2009
Blondynką być...



Na wstępie muszę się przyznać, że nie jestem specjalną fanką MM - zawsze byłam zdania, że ta tleniona blondynka aktorką była średnią (żeby nie powiedzieć wręcz: kiepską), natomiast ciężko byłoby znaleźć kogoś równie fotogenicznego; ta (i inie tylko ta) teza zresztą znajduje potwierdzenie w przeczytanej przeze mnie ostatnio książce (świetnej, notabene) "Marilyn, ostatnie seanse"Michela Schneidera.

Nie jest to (na szczęście!) typowa biografia gwiazdy, na co składa się kilka elementów - przede wszystkim autor (sam będący psychoanalitykiem) skupia się głównie na ciężkim do zdefiniowania, ale z pewnością  mocno toksycznym związku aktorki i jej psychoanalityka, Ralpha/Romeo Greensona; poza tym udało mu się zachować obiektywizm i uniknąć przesady w którąkolwiek stronę - opisując życie Marilyn, opierał się na opublikowanych wcześniej wywiadach, a także nieznanych do tej pory źródłach (takich jak ujawnione kilka lat temu kasety przesłane przed śmiercią przez MM do jej lekarza, czy korespondencja pomiędzy R.G. a Anną Freud) - dzięki temu stworzona (czy też raczej: odtworzona) przez niego historia nabiera wiarygodności i być może dlatego choć czyta się ją jak niezłą powieść, jej wydźwięk jest zdecydowanie tragiczny.

Marilyn wielokrotnie określana jest tutaj jako osobowość skrajnie narcystyczna, ale jednocześnie osoba o bardzo niskim poczuciu własnej wartości - przez całe swoje krótkie życie inni ludzie byli dla niej lustrem, w którym szukała potwierdzenia swojej atrakcyjności, pozwalając im się wykorzystywać i manipulować.

Nie będę tu opisywać jej naprawdę niewesołego życiorysu, bo ten, kto się tą postacią interesuje, już to wszystko wie, a pozostałych pewnie i tak suche fakty nie bardzo by zainteresowały, ale powiem szczerze, że jest to kolejny przykład na to, jak pozornie nieprawdopodobny scenariusz potrafi stworzyć niekiedy samo życie - tak więc, choć jak wspomniałam, stosunek do MM mam raczej obojętny, to książkę Schneidera pochłonęłam niemalże z wypiekami na policzkach, żałując jedynie, że nie ma ona więcej niż 400 stron...
Kolejny plus, a w zasadzie nawet chapeau bas, otrzymuje ode mnie pan Michel za genialnie sportretowany światek Hollywood w latach 40. - 60. ubiegłego wieku, z przewijającymi się w tę i we w tę nazwiskami Clarka Gable'a, Laurence'a Olivier'a, Deana Martina, Franka Sinatry czy też Trumana Capote, Nabokova no i oczywiście Arthura Millera).
20:02, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9