Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
O autorze
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Tu zaglądam
Ulubione wydawnictwa, których książki KUPUJĘ za ciężko zarobione pieniądze :)
Wishlist :)
Zaglądam i tu
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Kategorie: Wszystkie | Dźwięki | Obrazy | Słowa | To i owo
RSS
czwartek, 14 stycznia 2010
Sir, my name is Eyre, Jane Eyre

Miało być o książkach, ale co ja na to poradzę, że w międzyczasie obejrzałam film, który w mojej osobistej klasyfikacji zekranizowanej klasyki uplasował się automatycznie w pierwszej trójce, tuż obok kultowej już „Dumy i Uprzedzenia” (rzecz jasna mam na myśli serial z Colinem Firth’em i Jennifer Ehle) i nie mniej kultowej dla mnie „Północy – Południe”.

Tym, co wzbudziło we mnie taką ekscytację, przykuło mnie do kanapy na cztery bite godziny  i wywołało u mnie niemalże ślinotok, jest cztero- (lub dwu – w zależności od wersji) częściowy miniserial BBC „Dziwne losy Jane Eyre” z 2006 roku. Od razu mówię – każda z poprzednich wersji niech się przy tej schowa, bo naprawdę już dawno nie widziałam tak rewelacyjnie dobranej pary głównych aktorów, jak tutaj!

Odtwarzana przez Ruth Wilson Jane Eyre, która notabene jest jedną z moich ulubionych postaci literackich (tuż obok Elizabeth Bennet, z którą zresztą, zaryzykowałabym stwierdzenie, mogłyby przypaść sobie do gustu) jest wreszcie kobietą z krwi i kości, zgodnie z zamierzeniem Charlotte Bronte, a nie jakąś cierpiętniczą ciapą – jest cudownie złośliwa i choć momentami drażni mnie jej widzenie świata wyłącznie w czerni lub bieli, bez żadnych odcieni pośrednich, to polubiłam ją od pierwszych minut. Być może jedynym „zarzutem”, jaki mogłabym jej postawić, jest nadmierna uroda aktorki, która, choć bezlitośnie tłamszona przez większość filmu, niekiedy wyrywa się na wolność i wtedy możemy być w szoku, że ta nieładna Jane jest w rzeczywistości ładna i to bardzo…

W filmie nie zabrakło także jednego z moich ulubionych fragmentów, czyli rozmowy młodziutkiej Jane (rewelacyjna Georgie Henley) z dyrektorem szkoły (niestety chwilowo nie mam pod ręką tłumaczenia, więc cytuję oryginał):

“Do you know where the wicked go after death?"

"They go to hell," was my ready and orthodox answer.

"And what is hell?  Can you tell me that?"

"A pit full of fire."

"And should you like to fall into that pit, and to be burning there for ever?"

"No, sir."

"What must you do to avoid it?"

I deliberated a moment; my answer, when it did come, was objectionable:  

 "I must keep in good health, and not die."

Zapewniam, że dalej jest tylko lepiej…

Co do pana Rochestera natomiast, to Toby Stephens zasługuje na oddzielny wpis – on jest dla mnie żywą definicją słowa „charyzma”, a to, jak zagrał tego namiętnego i inteligentnego brzydala rozkochując w sobie zarówno Jane Eyre, jak i chyba wszystkie oglądające tę ekranizację panie w dowolnym wieku, jest dla mnie mistrzostwem świata. Oczywiście wiem, że to jest świetny aktor i to nie była przecież jego pierwsza rola, ale życzyłabym każdemu, żeby każdy miał szansę stworzenia postaci tego formatu.

 

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że mój poziom ekscytacji tym mini-serialem może się wydać mocno przesadzony, a dodam tylko, że oglądałam go już kilka tygodni temu, więc przez ten czas moje emocje i tak się ostudziły, ale jeśli ktoś:

a)     lubi klasykę, bez względu na to czy czytał czy nie „Dziwne losy Jane Eyre”

b)    lubi filmy kostiumowe

c)     wie, co znaczy adaptacja spod znaku BBC

d)    kocha Toby’ego Stephensa

e)     ma duszę romantycznej pensjonarki, choćby ukrytą głęboko pod warstwą nowoczesnej asertywności i przebojowości

f)      odczuwa nieodpartą wewnętrzną potrzebę zgrzytania z zazdrości na widok niesamowitej chemii na ekranie, która tak rzadko ma miejsce w prawdziwym życiu

to lepiej niech się od razu zabiera do szukania tego filmu :), a raczej nie pożałuje tych kilku godzin, spędzonych w Thornfield Hall.

 

10:40, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (5) »
środa, 13 stycznia 2010
freakowe wishful thinking

Połowa stycznia już praktycznie za plecami, więc i na życzenia noworoczne, czy też podsumowania minionego roku trochę już za późno. Zresztą tyle tego przewija się na sąsiednich blogach, że można sobie te bliźniacze podsumowania przeglądać do woli / znudzenia.

Postanowień tradycyjnie staram się nie robić, żeby z kolejnymi miesiącami nie pluć sobie w brodę i nie krzywić z niezadowoleniem na widok listy stającej się coraz to większym wyrzutem sumienia.

Jako że jednak od wszystkiego są wyjątki, życzyłabym sobie i podobnym mnie maniakom, żeby ten rok okazał się, jeśli nie lepszy, to przynajmniej nie gorszy pod względem literackich odkryć. I (to już tzw. życzenia mobilizujące) może także większej samodyscypliny w zamieszczaniu notek o lekturach, którymi zdecyduję się podzielić z innymi freakami.

Wreszcie last but not least, chciałabym utrzymać wysoką w miarę możliwości selektywność moich lektur - tzn unikać wciskającego się nachalnie zewsząd chłamu z pierwszych list bestsellerów, a pozwolić sobie raczej na refleksyjny i niespieszny powrót do klasyki i poznawanie autorów czy dzieł, które są tego warte. Najzwyczajniej w świecie szkoda mi czasu na kiepskie książki, więc głupawym czytadłom mówię zdecydowane NIE - już raczej wolę poprzeglądać sobie słownik :)

Od dłuższego czasu staram się ograniczać kupowanie książek i tego też będę się trzymać - odkryłam już kiedyś, że istnieje zasadnicza różnica pomiędzy "chcę to przeczytać", a "koniecznie muszę to mieć", bo pomijając lektury wybitne / klasykę czy też opracowania para- i naukowe, do ktorych się wraca, gros tego, co przewija się przez moje ręce i mieszkanie to lektury jednorazowe. A co za tym idzie - zbieracze kurzu i tyle. Tak więc czytanie jak najbardziej, kupowanie też, ale z włączoną opcją zdroworozsądkową.

So be it.

A o styczniowych lekturach jeszcze porozmawiamy :)

wtorek, 24 listopada 2009
Diabeł z pudełka

Znów długo mnie nie było… Właściwie nie mam żadnego sensownego wytłumaczenia, ot po prostu tak mi się życie ułożyło, że ten wirtualny zakątek, który sobie stworzyłam jakiś czas temu, ustąpił tzw. „realowi” – w zasadzie powinnam się cieszyć, bo oznacza to ni mniej ni więcej, że wróciłam do świata żywych i zaczęłam znowu funkcjonować w społeczeństwie, ale oczywiście wiąże się z tym i ciemna strona mocy, czyli permanentny brak czasu na cokolwiek, co nie jest pracą, lub też szykowaniem się i drogą do i z niej.

Ale radzę sobie jak potrafię, głównie odwiedzając zaprzyjaźnioną bibliotekę (która okazała się niespodziewanym bonusem mojej przeprowadzki) i gromadząc zapasy książkowo-filmowe (bo czymże byłby książkowy freak bez zalegających po wszystkich kątach tomów i tomiszczy?) na lepsze czasy… Zaczynam też nabierać biegłości w autobusowej czytelniczej ekwilibrystyce, jako że na samą myśl o cennych 30 minutach (w jedną stronę), zmarnowanych na bezmyślnym gapieniu się przez okno lub w zacięte twarze dookoła, żal mi ściska nie tylko moje własne cztery litery, ale i parę innych fragmentów ciała.  

A w międzyczasie nadrabiam zaległości w podczytywaniu blogowych sąsiadów i zacieram ręce na te długie jesienno-zimowe wieczory (których jakoś na razie nie udało mi się odpowiednio wykorzystać), kiedy to będę mogła wreszcie zasiąść w starym fotelu przy nowym oknie i zanurzyć się spokojnie i bez wyrzutów sumienia w świat czyjejś wyobraźni.

 

Tak więc jeśli kogoś jeszcze czasem tu zawiewa, sygnalizuję, że to nie jest moje ostatnie słowo i postaram się dawać głos, no powiedzmy, raz na kwartał :)

czwartek, 17 września 2009
Prosta historia

Uwielbiam Skandynawów. Wprawdzie temperamentem bliżej mi raczej do południowców, ale mimo to od lat jakoś przekornie odczuwam słabość do skandynawskich filmów, stylu urządzania wnętrz :)) i...książek właśnie. Strinberg, Axelsson, Mankell, Larsson, Patterson - w ich operowaniu językiem jest jakaś chłodna elegancja, dystans, który niekiedy sprawia, że opisywane historie wydają się jeszcze bardziej poruszające i jakieś takie bardziej tragiczne...

Z tego, co pamiętam, przy pierwszej powieści Pettersona "Kradnąc konie", zdania blogowiczów były dość mocno podzielone - niektórzy twierdzili, że książka jest po prostu nudna. Mam wrażenie, że nie inaczej będzie przy "Przeklinam rzekę czasu" - i bynajmniej nie chodzi tu o sprawdzenie jak bardzo wysublimowany jest nasz czytelniczy gust - ot, po prostu - jedni lubią śledzie, a inni bitą śmietanę :)

Do mnie ten styl przemawia i dlatego "Przeklinam rzekę czasu" przeczytałam z niekłamaną przyjemnością, z ulgą odrywając się na kilka chwil od zwariowanego świata za oknem.

To prosta historia, w której tak naprawdę więcej dzieje się "pomiędzy", aniżeli wprost - w tle mamy politycznie przełomowy rok 1989; 37-letni bohater to trochę taki życiowy nieudacznik - jest właśnie w trakcie rozwodu, jego fascynacja komunizmem skończyła się rozczarowaniem i  ogólnie rzecz biorąc nie jest to raczej postać, którą instynktownie darzymy sympatią, głównie ze względu na to, że to jego miotanie w poszukiwaniu diabli wiedzą czego, jest po prostu irytujące.

Swoją podróż do Danii śladem umierającej na raka matki próbuje wykorzystać jako okazję do życiowych podsumowań i rozliczeń, ale obraz, jaki się z tego wyłania nie jest zbyt optymistyczny - Arvid nie potrafi nawiązać, ani tym bardziej utrzymać żadnych bliższych więzi z innymi - ani rodziną, ani tymi, którzy w którymś momencie stanęli na jego drodze, dryfuje po swoim życiu kompletnie bez celu, samotny, smutny i rozczarowany.

A jednak mimo, że z postacią Arvida niełatwo jest się czytelnikowi utożsamić (kto bowiem chciałby być postrzegany jako zgorzkniały nieudacznik?), to Pettersonowi udaje się przykuć naszą uwagę i poprowadzić tę nieskomplikowaną historię z nieczęsto spotykaną subtelnością i poetyką. Całość jest stonowana i mocno metaforyczna, a to, ile z przemyśleń bohatera przyswoimy i jak głęboko, będzie zależało wyłącznie od naszych dotychczasowych życiowych doświadczeń i nastroju.   

13:56, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 września 2009
Informacyjnie i serialowo
Zgadza się, przerwę miałam. Znowu. Długą. Tym razem jednak nie wylądowałam w szpitalu, ani nie porwali mnie kosmici, tylko zaczęłam nową pracę i nagle okazało się, że praca + okrojone życie towarzyskie nie zostawiają zbyt wiele miejsca na inne aktywności, takie jak prowadzenie bloga na przykład. Ot i cała tajemnica, gdyby ktoś przypadkiem się nad tym zastanawiał...

Żyję więc i miewam się dobrze, ale jestem w okresie przystosowywania się do funkcjonowania w społeczeństwie jak normalny człowiek, a nie pałętam się gdzieś na jego obrzeżach, jak to miało miejsce w ciągu ostatnich trzech lat. Bądźmy szczerzy - w moim przypadku to już coś, tzn zdecydowany krok naprzód. Jeszcze trochę i przestanę się czuć wśród ludzi jak E.T., marzący o powrocie na swoją planetę.

Ale żeby nie było za lekko, to moje życie intelektualne chwilowo zostało zahibernowane, a mój kontakt z "kulturą" ogranicza się do oglądania dwóch seriali, w które, do czego przyznaję się z ręką na sercu, wciągnęłam się bez reszty. Słowo pisane w jakiejś tam postaci jeździ sobie ze mną metrem w torebce i nawet czasem udaje mi się poświęcić mu chwilę uwagi, ale póki co, w kategoriach czytelniczych, nie bardzo mam się czym pochwalić, bo albo trafiam jak kulą w płot i rzucam rozpoczętą książkę po 30 stronach, albo czytam o seryjnych zabójcach, czyli generalnie nihil novi.

A wracając do tytułów, o których wspomniałam powyżej, to są to dwie całkiem różne bajki i to dosłownie pod każdym względem, no ale do rzeczy:

- MAD MEN to raj dla oczu dla kogoś, kto ma choć odrobinę sentymentu do lat 50. czy 60. ubiegłego wieku i mody retro, ale z całą pewnością warto go obejrzeć nie tylko dla pięknych sukienek i rewelacyjnej scenografii. Fabuła skupia się wokół niewielkiej, ale nieźle prosperującej amerykańskiej agencji reklamowej i gronie pracujących w niej osób, wśród których centralną postacią jest Don Draper. Wszystko kręci się na ogół wokół niego, jednak "Mad Men" to przede wszystkim genialny (naprawdę GENIALNY) scenariusz i mnóstwo cholernie celnych obyczajowych obserwacji - właściwie krok po kroku możemy sobie obejrzeć całą obyczajową ewolucję i zobaczyć dokładnie, jak zmienił się świat od czasów naszych rodziców, choć na dobrą sprawę w relacjach międzyludzkich nie posunęliśmy się aż tak daleko do przodu...





Uwielbiam ten serial i uwielbiam Dona Drapera, który mimo dość typowego dla swoich czasów męskiego szowinizmu, jest dla mnie uosobieniem mężczyzny prawie idealnego.



O ile "Mad Men" jest obyczajowym dramatem, zgrabnie lawirującym pomiędzy życiem uczuciowo - intymnym i zawodowym, to drugi tytuł z pewnością jest moim antidotum na wszelkie smutki i potencjalną jesienną chandrę. Jeśli ktoś lubi "Przyjaciół" (a czy w ogóle istnieje ktoś, kto ich NIE lubi?) i brytyjski humor, to ma szansę zakochać się w "COUPLING" . Uprzedzam jednak, że to nie jest żadna angielska wersja tego słynnego serialu, tylko coś w rodzaju jej zwariowanego europejskiego odpowiednika, przyprawionego sporą szczyptą seksu i niecenzuralnych dialogów - życiowe komentarze bohaterów na temat związków i płci przeciwnej (zwłaszcza w wykonaniu Jeffa) są po prostu bezcenne.
Dodatkowym bonusem w moim przypadku jest główna rola Jacka Davenporta.




czwartek, 30 lipca 2009
Lektura niebanalna


Dawno już nie trafiłam na książkę, która równie dobrze mogłaby być gotowym scenariuszem - właściwie podczas całej lektury "Belcanto" Ann Patchett miałam przed oczami stworzone przez nią postaci. Do sięgnięcia po ten tytuł zachęcała kiedyś recenzja Padmy i chwała jej za to, bo myślę, że ta nieszczęsna okładka skutecznie odstrasza wiele osób, które mogłyby się tą opowieścią zachwycić (jak niżej podpisana na przykład). Ale też wbrew pozorom nie jest to książka specjalnie lekka, poza tym niespiesznie rozwijająca się akcja, "zmusza" czytelnika do delektowania się kolejnymi stronami i leniwego zagłębiania się w opisywany przez Patchett świat, a nie każdemu odpowiada takie tempo...

Pomysł powieści został oparty na autentycznej tragedii z  1996 roku, kiedy ambasada Japonii w Limie została zaatakowana przez grupę terrorystów, a kilkuset dyplomatów, polityków i biznesmenów uczestniczących w przyjęciu na cześć japońskiego cesarza wzięto za zakładników. Byli oni przetrzymywani przez 126 dni, a następnie uwolnieni przez wojsko, ale podczas ataku zginął jeden z zakładników i wszyscy terroryści. Patchett do tego stopnia zafascynowały artykuły dotyczące tego wydarzenia, opisujące podręcznikowy wręcz przykład syndromu sztokholmskiego (kiedy porywacze spędzali czas między innymi na grze z zakładnikami w szachy czy piłkę nożną),  że postanowiła skorzystać z gotowej inspiracji.

Punktem wyjścia "Belcanto" są uroczyście świętowane urodziny japońskiego biznesmena, pana Hosokawy, organizowane w domu wiceprezydenta anonimowego południowoamerykańskiego państwa. Główną atrakcją przyjęcia jest występ słynnej amerykańskiej śpiewaczki operowej, Roxanne Coss, której wielbicielem jest Japończyk. Pod koniec koncertu dom zostaje niespodziewanie zaatakowany przez grupę uzbrojonych mężczyzn, których celem jest prezydent kraju. Kiedy jednak okazuje się, że mimo wcześniejszych zapowiedzi, prezydent nie pojawił się na przyjęciu, sytuacja staje się trochę niezręczna, jako że zakładników jest wielu, a terrorystów zaledwie kilkunastu.
Ostatecznie po dokonaniu selekcji, w domu pozostaje grupa kilkudziesięciu mężczyzn uznanych za najbardziej wpływowych, a także śpiewaczka.

Taki jest w skrócie główny rys fabularny powieści.

Niech jednak nikogo nie zwiedzie ten pozornie sensacyjny wątek, bowiem Patchett po mistrzowsku koncentruje się całkiem na czym innym i już niemal do samego końca obserwujemy i analizujemy wraz z autorką przeróżne emocjonalne konfiguracje, rodzące się z upływem czasu pomiędzy kolejnymi uczestnikami dramatu.
Odcięci prawie całkowicie od świata zewnętrznego, zarówno zakładnicy jak i terroryści stopniowo organizują sobie coś w rodzaju alternatywnej rzeczywistości, przyjmując kolejne role i odnajdując się często w czynnościach wydawałoby się całkiem im obcych.

Centralną osią, wokół której wszystko się koncentruje, są uczuciowe zawirowania z udziałem czwórki bohaterów - japońskiego jubilata i miłośnika opery Hosokawy, jego tłumacza nieśmiałego Gena, który z racji swoich lingwistycznych talentów awansuje na jedną z najważniejszych osób w grupie, śpiewaczki Roxanne Coss oraz młodziutkiej terrorystki, Carmen. Jednak także postaci drugoplanowe są niezwykle wyraziste i uważam, że to jest najmocniejsza strona tej powieści - Ann Patchett udało się tak realistycznie przedstawić całą grupę bohaterów i w zasadzie każdemu z nich nadać jakiś indywidualny i charakterystyczny rys, że w pewnym momencie nie sposób się z nimi  nie utożsamić. Kilkakrotnie w trakcie czytania łapałam się na tym, że zaczynam myśleć jak zakładnicy - z jednej strony wiem doskonale, że taki status quo nie może trwać w nieskończoność i prędzej czy później musi się coś wydarzyć, ale jednocześnie miałam nadzieję, że ten surrealistycznie sielankowy światek przetrwa w jakiś magiczny sposób.
Mając w pamięci zakończenie autentycznej historii, wiemy już, że nie ma co liczyć na happy end, chociaż oczywiście aż do końca nie wiadomo tak naprawdę czego się spodziewać, a już sam finał powieści jest totalną woltą i powiem szczerze, że mimo pozornie logicznego wytłumaczenia, nie do końca potrafię go zaakceptować i cały czas jakoś mi on "zgrzyta".

A jednak sama książka robi wrażenie - tak jak napisałam wyżej, wyraziste postaci i bardzo realistycznie opisane ewoluowanie ich zachowań sprawiają, że można ją czytać trochę jak podręcznik socjologii opisujący zachowania ludzi warunkach izolacji. Oczywiście nie wszystkie osoby wydają się równie autentyczne (najwięcej zastrzeżeń można mieć chyba do postaci Roxanne Coss, której brakuje trochę spójności, chociaż z drugiej strony może wynika to po prostu z faktu, że jako operowa diwa łączy w sobie wiele sprzecznych cech), no i to dyskusyjne zakończenie - niemniej jednak w trakcie dziesięciu powolnie rozwijających się rozdziałów autorka sprytnie angażuje czytelnika emocjonalnie do tego stopnia, że końcówką dostajemy po głowie niczym obuchem.

Wyczytałam gdzieś, że podczas pisania "Belcanto" Patchett inspirowała się także "Czarodziejską górą" T.Manna i chciała stworzyć w swojej powieści podobnie baśniowy świat ludzi odciętych od rzeczywistości, funkcjonujących według utworzonych przez siebie zasad. Moim zdaniem udało się jej to znakomicie.

Wprawdzie nie jestem ani znawczynią ani miłośniczką opery, więc nie potrafię ocenić licznych fragmentów poświęconych muzyce, ale sugestywność opisów sprawiała, że prawie słyszałam w głowie kolejne arie...

Dla mnie to naprawdę niesamowita książka, którą po kilku dniach nadal mam w głowie.
14:30, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (4) »
środa, 29 lipca 2009
Kinowo cz.2
Zapowiedziany c.d. wybranych tytułów z lipcowego Lata Filmów.
Na początek "DeUsynlige"  ("Troubled Water") - norwesko-duński zdobywca głównej nagrody w konkursie na film z najlepszym scenariuszem. Moim skromnym zdaniem jak najbardziej zasłużenie, bo to taki film, o którym po prostu nie sposób nie myśleć po seansie - zostaje w głowie i zmusza do zadania sobie co najmniej kilku fundamentalnych pytań...



„DeUsynlige” to poruszająca historia o próbie odkupienia, miłości i wybaczaniu.
Czteroletni chłopiec zostaje porwany i najprawdopodobniej zamordowany przez dwóch nastolatków – nie wiemy, dlaczego tak się dzieje, ponieważ kolejne elementy tej układanki poznajemy na bieżąco w trakcie filmu, dopiero pod sam koniec otrzymując dramatyczny obraz całości. Osiem lat później jeden ze skazanych, Jan Thomas, zostaje zwolniony z więzienia i dostaje szansę rozpoczęcia normalnego życia, – jako że jest utalentowanym organistą, znajduje zatrudnienie w kościele, przewodzonym przez pastora Annę.
Anna z kolei jest matką samotnie wychowującą synka (zarówno wiekowo, jak i z wyglądu do złudzenia przypominającego zmarłe przed laty dziecko) – kiedy więc między nią a Janem Thomasem z czasem dochodzi do zacieśnienia więzi, chłopak decyduje się zachować swoją przeszłość w tajemnicy.

Jednak ona nie daje o sobie tak łatwo zapomnieć, ponieważ równolegle poznajemy Agnes, nauczycielkę i matkę zabitego chłopca, która mimo upływu lat nadal nie potrafi dojść do siebie po tragedii, obwiniając siebie za chwilę nieuwagi, która kosztowała jej dziecko życie, a także nie mogąc pojąć motywów człowieka, który teraz wydaje się być kimś całkiem innym. Kieruje nią nienawiść i determinacja, aby wymusić na Janie Thomasie przyznanie się do winy, a także uniemożliwić mu funkcjonowanie w społeczeństwie na równych prawach.

Czując narastające emocjonalne napięcie pomiędzy bohaterami tej historii, wiemy już, że musi dojść do jakiegoś przełomu – że stanie się coś, co wydobędzie na wierzch wszelkie skrywane dotąd uczucia i żale – tak też dzieje się, kiedy Jan Thomas odbierając z przedszkola synka Anny zostaje nagle cofnięty do przeszłości i postawiony po przeciwnej stronie – chłopiec bowiem niespodziewanie znika.

Choć fabuła „DeUsynlige” pozornie może wydawać się nieco zagmatwana, tak naprawdę najważniejsze w niej wydają się prowokujące pytania, zadawane Annie przez Jana Thomasa –  nie potrafi on bowiem zrozumieć jak można wierzyć w bezgraniczną dobroć Boga, który obok dobra stworzył także zło – pyta więc, jaki był Jego cel, a także czy możliwe jest pełne wybaczenie komuś, kto wyrządził nam jakąś ogromną krzywdę.

Na mnie osobiście najmocniejsze wrażenie, poza niewiarygodną grą dwójki głównych postaci (Jana Thomasa, granego przez Pala Sverre Valheima Hagena oraz Agnes, w której rolę wcieliła się Trine Dyrholm) i przejmującą muzyką, zrobiło uświadomienie sobie przez Annę pod koniec filmu jak wielka przepaść jest pomiędzy jej naiwną teoretyczną wiarą, a faktycznymi życiowymi wyborami – jakże łatwo jest głosić pięknie brzmiące hasła, ale kiedy zostajemy postawieni przed konkretnym wyborem, wtedy wybaczenie nie przychodzi już tak łatwo.


***



Inny z pokazywanych podczas festiwalu filmów, fińsko-niemiecki „Czarny lód” jest zdecydowanie trudniejszy do sklasyfikowania – reżyser Petri Kotwica z różnym skutkiem lawiruje pomiędzy motywami hitchcockowskiego thrillera, czarnego humoru i skandynawskiego melodramatu, tworząc ze swojego obrazu specyficzny kolaż, który na pewno nie wszystkim przypadnie do gustu. Główny rys fabuły jest banalny – ot, małżeństwo w średnim wieku, które przeżywa kryzys – ona odkrywa w swoje czterdzieste urodziny, że mąż – architekt i wykładowca zdradza ją ze swoją studentką. Postanawia się zemścić na nieświadomej niczego dziewczynie i niewiernym małżonku – dotąd wszystko idzie pozornie normalnym, niespecjalnie zaskakującym torem. Nie łudźmy się jednak, że potrwa to długo, ponieważ od tego momentu czeka nas podróż pełna niespodziewanych zakrętów i zwrotów akcji tak dziwnych, że chwilami niebezpiecznie ocierających się o groteskę. Saara tworzy sobie bowiem nową osobowość, wcielając się w psycholog Cristę i coraz bardziej osaczając młodziutką Tuuli – zapisuje się na prowadzone przez nią zajęcia, towarzyszy jej podczas wypadów do klubów, stopniowo stając się kimś w rodzaju przyjaciółki i powiernicy swojej rywalki.
W tym filmie nic nie jest jednak ani takie, jak się wydaje, nie oczekujmy też prostego zakończenia, – choć teoretycznie w trakcie filmu otrzymujemy pewne sygnały świadczące o tym, co może się wydarzyć pomiędzy tą trójką, samo rozwiązanie jest dosyć zaskakujące.
Choć można Kotwicy zarzucić pewną przesadę i pretensjonalność (myślę, że nieco więcej prostoty wyszłoby temu obrazowi zdecydowanie na dobre), to jednak „Czarny lód” ogląda się z zaciekawieniem – choćby tylko po to, aby się przekonać, czym jeszcze reżyser nas zaskoczy.


Mój subiektywny ranking opisanych filmów wygląda następująco:
1. Zdecydowanie "DeUsynlige"
2. "Mucha", ale tuż za nią
3. "Kiedyś w sierpniu"
no i sporo dalej "Czarny lód"


12:55, jeanne_n , Obrazy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lipca 2009
Kinowo
To będzie skrótowe podsumowanie kilku filmów obejrzanych podczas lipcowego Lata Filmów, o którym wspominałam jakiś czas temu -  nie jestem pewna, czy wejdą one do normalnej dystrybucji, ale jeśli ktoś natknie się gdzieś przez przypadek na któryś z opisanych przeze mnie tytułów, a lubi przy tym kino niebanalne i raczej niekomercyjne, to zachęcam do zapoznania się z tymi obrazami, bo moim zdaniem warto.

Na początek jeden obraz niemiecki i jeden rosyjski:



„Kiedyś w sierpniu” to jeden z ciekawszych obejrzanych przeze mnie w trakcie festiwalu obrazów, choć z pewnością nie jest to film dla każdego, jako że pozornie niewiele się w nim dzieje. Oto mamy młode małżeństwo – Hannę i Thomasa, którzy właśnie kupili dom na niemieckiej prowincji i planują spędzić lato na wykończeniu i doprowadzeniu go do stanu używalności – są pełni zapału, podekscytowani i szczęśliwi, spędzając dni na szpachlowaniu, malowaniu, wynoszeniu i paleniu starych mebli i cieszeniu się chwilą. Ich plan będzie jednak wymagał zmodyfikowania, kiedy pojawią się dosyć niespodziewani goście – poturbowany przez życie brat Thomasa, który próbuje się pozbierać po utracie pracy, żony i dzieci, a także młodziutka Augustine, chrześnica Hanny, która okazuje się nieco mniej niewinna niż mogłoby się wydawać.

W tym momencie wiadomo już, że wśród tej czwórki musi prędzej czy później dojść do jakiegoś emocjonalnego przesilenia – pozornie nic nie znaczące szczegóły, jak nocna kąpiel w jeziorze, wspólny spacer, czy wypita herbata nagle stają się katalizatorem i doprowadzają do wybuchu – reżyser Sebastian Schipper bawi się tą historią z niezwykłą wręcz subtelnością, pozwalając jej rozwijać się we własnym, leniwym tempie – trochę przypomina to obrazy spod znaku Dogmy, trochę filmy Bergmana, jednak tym, co utrzymuje ten film na jednakowo wysokim poziomie są rewelacyjnie dobrani i poprowadzeni aktorzy – momentami wrażenie podglądania prawdziwych życiowych dramatów naszych sąsiadów jest niezwykle silne. I to stanowi najmocniejszą stronę tego obrazu.


***



„Mucha” Władymira Kotta to kino rosyjskie w najlepszym wydaniu – to mieszanka gatunkowa, po której tak naprawdę do końca nie wiadomo, czego się spodziewać. Początek sugeruje prosty dramat obyczajowy, być może z lekkim zabarwieniem komediowym – kiedy poznajemy Fiodora Mukhina, kochliwego kierowcę ciężarówki, który po otrzymaniu dość enigmatycznego telegramu wyrusza do małej mieściny na spotkanie być może kobiety swojego życia, a zamiast niej znajduje szesnastoletnią niepokorną córkę Wierę, o istnieniu której nie miał dotąd pojęcia. To niespodziewane spotkanie diametralnie odmieni życie obojga, choć może niekoniecznie w sposób, o jakim by marzyli. Kott po mistrzowsku prowadzi dwa równoległe wątki tytułowej Muchy, którą jest i zbuntowana nastolatka, próbująca poradzić sobie na własną rękę ze stratą matki i za wszelką cenę udowadniająca wszystkim wokół swoją siłę i Fiodor Iwanowicz, który jak się okazuje, pod pozorami błaznowatego flirciarza skrywa tęsknotę za posiadaniem prawdziwej rodziny i ustatkowaniem się.

Oprócz wciągającej i chwilami zaskakującej fabuły, na szczególną uwagę obok dwojga głównych bohaterów zasługuje także cała plejada barwnych postaci drugoplanowych, z których niemal każda tworzy zapadającą w pamięć kreację – mamy więc zrozpaczoną urzędniczkę pocztową, czekającą na list od walczącego nie wiadomo gdzie syna, która regularnie niszczy nadchodzące karty poborowe, pozwalając innym matkom uniknąć jej losu; lokalnego mafiosa – masarza, który przemienił swoją obsesyjną miłość do kobiety, która odrzuciła jego zaloty wraz z oferowanym jej majątkiem i szansą na wyzdrowienie na równie obsesyjną nienawiść skierowaną zarówno na jej córkę oraz wyidealizowanego przez nią Mukhina; mamy też wreszcie nauczycielkę matematyki, nocami dorabiającą w jedynym miejscowym barze, desperacko poszukującą mężczyzny, z którym mogłaby się związać.

„Mucha” jest filmem momentami zabawnym i groteskowym, choć przez większą część jest to  obraz raczej gorzki, ale zestawienie dwóch równoległych światów – dorosłych i nastolatków na tle rosyjskiej prowincji sprawia, że ogląda się go z niemalejącym zainteresowaniem do samego końca.


c.d.n.

Aktualnie skręca mnie trochę, że wrocławskie ENH obywają się beze mnie, no ale może  prędzej czy później będę miała szansę zobaczyć przynajmniej kilka pokazywanych tam filmów... A w międzyczasie pozostaje mi zadowolić się tym, co mam na tzw. "składzie"...
12:42, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (2) »
piątek, 24 lipca 2009
Letnie czytanie


Wpis będzie nie za długi, jako że i opisywana książka do szczególnie pokaźnych nie należy - ma niecałe 200 stron, ale napisana jest świetnym językiem i jak dla mnie plasuje się całkiem wysoko w kategorii "niegłupich współczesnych powieści obyczajowych". Niektórzy mogą skojarzyć Zoe Heller jako autorkę "Notatek o skandalu", których niestety jeszcze nie miałam okazji przeczytać, chociaż film (bardzo dobry notabene) widziałam jakiś czas temu.

Choć fabuła "Wszystkiego, o czym wiesz" na pierwszy rzut oka może wydawać się nieco zagmatwana, tak naprawdę nie chodzi tu wcale o poziom pozornego skomplikowania - bohaterem jest Willy Muller, podstarzały pisarzyna, który aktualnie zarabia na życie pomagając mniej lub bardziej sławnym ludziom w tworzeniu ich autobiografii - zajęcie jest więc raczej mało chwalebne, choć dosyć opłacalne. Willy znany jest jednak przede wszystkim jako bohater skandalu sprzed lat, skazany (a potem uniewinniony) za zamordowanie swojej żony, co opisał później w książce, która stała się bestsellerem. W konsekwencji tego jego dwie córki zerwały z nim kontakt, mając mu za złe zarabianie na rodzinnej tragedii. W międzyczasie pozbawione zarówno matki jak i ojca, obie zdołały zejść na złą drogę, pogrążając się w narkotykach, alkoholu, przygodnym seksie i podejrzanym towarzystwie, co jedną z nich doprowadziło ostatecznie do samobójstwa i osierocenia nieślubnej córki.

Pewnego dnia żyjący sobie dosyć beztrosko i egoistycznie Willy otrzymuje tajemniczą paczkę, w której, jak się okazuje, są pamiętniki nieżyjącej już córki - dopiero z ich lektury dowiaduje się, co naprawdę działo się w jej życiu i co spowodowało tę tragedię.

A jednak wbrew wszelkim pozorom "Wszystko, o czym wiesz" nie jest żadnym łzawym melodramatem o rozpadającej się rodzinie, tylko napisaną bardzo barwnym językiem opowieścią o wyborach, jakich dokonujemy i o ich konsekwencjach, o ludziach wikłających się w różne dziwne układy, o starzeniu się i robieniu podsumowań, o wybaczaniu i wielu innych rzeczach.

To, co Zoe Heller udało się wyśmienicie, to połączenie dosyć ciężkiej wydawałoby się tematyki z dużą dawką humoru i naprawdę zabawnymi opisami, co sprawia, że tę powieść czyta się po pierwsze błyskawicznie, a po drugie z niekłamaną przyjemnością - jeśli ktoś lubi brytyjskie klimaty (chociaż Willy z pochodzenia jest Niemcem, a mieszka w L.A.), to szczerze polecam, bo to świetna i niegłupia książka w sam raz na wakacje.

Powtarzam się zapewne, ale styl i język Heller jest tak cudny, że nie mogę się powstrzymać od przytoczenia choćby małego fragmenciku:

"Angielska bohema. Wreszcie!
Jej ojciec, Paul, który nam otworzył drzwi ("Witamwitamwitamwitam!"), miał siwe włosy i wyglądał zatrważająco chudo w przeżartej przez mole sztruksowej marynarce i rozepchanych spodniach, jakie noszą staruszkowie. Bił od niego zapach ubrań ze sklepów z używaną odzieżą - zatęchłej wełny i starego potu - i ku mojemu przerażeniu przywitał się z Ooną, całując ją w usta. W salonie (niskim, śmierdzącym i pełnym książek) Sibella, zgięta wpół, karmiła ogromną bandę drących się kotów. Była rumiana, gruba i miała na sobie obszerną sukienkę w wiejskim stylu, która wyglądała tak, jakby przypadkowo na nią opadła podczas gwałtownej wichury. (...) Nie mogłem się nadziwić, że kobieta tak piękna jak Oona wyszła z łona tego starego kartofla."

11:56, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (1) »
sobota, 11 lipca 2009
Back in Your Head
Soundtrack mijającego tygodnia to dwie kanadyjskie siostry - TEGAN and SARA



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9