Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
O autorze
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Tu zaglądam
Ulubione wydawnictwa, których książki KUPUJĘ za ciężko zarobione pieniądze :)
Wishlist :)
Zaglądam i tu
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Kategorie: Wszystkie | Dźwięki | Obrazy | Słowa | To i owo
RSS
wtorek, 14 października 2008
Przytargane
Z biblioteki.
 
Zaczęłam od Rotha, bo przed obejrzeniem "Elegii", chciałam zapoznać się z pierwowzorem, zwłaszcza że 130 stron można przeczytać w ciągu godziny / dwóch. Potem pewnie kolejność będzie mniej lub bardziej przypadkowa - przyznam się, że wahałam się przy "Biegnącej z wilkami", no ale swego czasu wyczytałam na różnych blogach entuzjastyczne opinie, więc zaryzykowałam.
 
z biblioteki
 
 
A w ramach bonusa dla kociar, moja osobista blondynka :)
 
Koka
 
16:30, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 13 października 2008
Kamerdyner doskonały
okruchy dnia
 
 
Kiedyś, dosyć dawno temu, obejrzałam film, który zapadł mi w pamięć na długi czas. Anthony Hopkins, grający w nim perfekcyjnego kamerdynera Stevensa, był w swojej roli tak sugestywny, że podczas lektury powieści nie potrafiłam już inaczej wyobrazić sobie tej postaci. Podobnie zresztą rzecz ma się z panną Kenton i wcielającą się w nią Emmą Thompson.
 
A mam na myśli oczywiście powieść (i jej znakomitą ekranizację) pt."Okruchy dnia" Kazuro Ishiguro.
 
Na pierwszy rzut oka mamy tu do czynienia ze wspomnieniami starzejącego się kamerdynera, który spędzając kilkudniowy urlop w podróży przez Anglię, dokonuje jednocześnie podsumowania swojego życia. Stopniowo, krok po kroku, pod uporządkowanym do granic mozliwości i idealnie schynchronizowanym i sztywnym światkiem wiernego lokaja, odkrywamy cały szereg przejmujących ludzkich dramatów. Wielokrotnie pojawia się więc wątek lojalności (zarówno w dużej skali, kiedy okazuje się, że długoletni pracodawca Stevensa, lord Darlington,  został oskarżony i publicznie napiętnowany jako zdrajca i faszystowski kolaborant; a także w odniesieniu do relacji służący-pan), ale motywem przewodnim (rozegranym niezwykle subtelnie) jest skrzętnie ukrywane latami uczucie, jakie rozwinęło się pomiędzy wspomnianym Stevensem, a gospodynią panną Kenton.
 
Cała fabuła przesiąknięta jest nostalgią za bezpowrotnie utraconymi szansami i smutkiem związanym z uświadomieniem sobie przez Stevensa pustki swojego życia oraz niepewnej przyszłości. Ciężko powiedzieć, która część powieści robi większe wrażenie - czy retrospekcje szczegółowo opisujące przedwojenne życie w Darlington Hall wraz z poszczególnymi obowiązkami służby, czy też mistrzowskie zestawienie anachronicznego kamerdynera z dynamicznymi postaciami spotykanymi podczas podróży. Wspaniała jest też scena finalnego spotkania niezwykłej pary głównych postaci po kilkudziesięciu latach i rozmowa prowadzona jednocześnie w tradycyjny sposób, jak i "między słowami".
 
Podsumowując, "Okruchy dnia" to błyskotliwa i smutna opowieść o dokonywaniu wyborów i o konsekwencjach, jakie się z tym wiążą, z rewelacyjnie przedstawioną psychologią bohaterów - Stevens, choć konserwatywny  i zasadniczy niemal "do bólu", wydaje się postacią z krwi i kości - choć mało prawdopodobne żebyśmy zgadzali się z wyznawanymi przez niego poglądami (jak choćby niepodważalne podporządkowanie siebie i całego swojego życia pracodawcy), to nie sposób nie poczuć do niego sympatii (i współczucia), zaś jego rozważania na temat godności człowieka, próba zdefiniowania istoty "wielkości" kamerdynera czy też ćwiczenie ze stoickim spokojem swojego (nieistniejącego!) poczucia humoru są prawdziwymi literackimi perełkami. Kazuo Ishiguro, mimo swojego japońskiego nazwiska i pochodzenia, zawarł w swojej powieści esencję brytyjskości - wraz z jej sentymentem do klasy wyższej, rozległymi wiejskimi posiadłościami, systemem klasowym i uczuciowym dystansem i za to moim skromnym zdaniem należą mu się wielkie brawa. 
 
A dodatkowym bonusem, jak wspomniałam na początku, jest świetna, klasyczna już niemal ekranizacja w  reżyserii Jamesa Ivory'ego - w tym wypadku książka i film idealnie się dopełniają. 
22:43, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 października 2008
Freakowe ruchome obrazki
Wygląda na to, że książkowy freak znowu przeistoczył się we freaka filmowego - najwyraźniej historia skondensowana w +/- dwóch godzinach i przedstawiona za pomocą kolorowych obrazków jakoś chwilowo bardziej do mnie przemawia. Chociaż z książkami też się tradycyjnie nie rozstaję - "Czarodziejska góra" podróżuje ze mną w torebce, a "Okruchy dnia" usypiają mnie wieczorem, ale faktem jest, że wyraźnie zwolniłam swoje tempo czytelnicze, więc póki co będzie opis kolejnego filmu, a nawet dwóch. 
 
To, że lubię kino europejskie i niekomercyjne, nie jest żadną tajemnicą. Z różnych względów jednak (w tym osobisto-rodzinnych) od jakiegoś czasu odkrywam po troszeczku również filmy rosyjskie - kiedyś pisałam już o świetnym "Kierowcy dla Wiery", dziś nadszedł czas na "Euforię" i zapewniam, że to nie jest jeszcze moje ostatnie słowo :) 
 

 Euforia

 

No, ale do rzeczy - w tym filmie wszystko jest większe, bardziej intensywne – jak słońce, to oślepiające, jak obrazy, to piękne aż do granicy kiczu, jak przestrzenie, to zapierające dech w piersiach, a jak namiętności, to przerysowane, na granicy obłędu.

Niemal każda scena urasta tu do rangi symbolu, dialogi ograniczone są do minimum, a wszystko to ma prawdopodobnie służyć ukazaniu nam, ignorantom twardo stąpającym po ziemi, bezmiaru rosyjskiej duszy…Niby sporo, a jednak odrobinę za mało, żeby stworzyć coś więcej niż ciąg poruszająco pięknych obrazków, choć opowiadana przez debiutującego nią na polu filmowym reżysera teatralnego Iwana Wyrypajewa historia wydaje się raczej uniwersalna i dość poruszająca w swojej prostocie.

Otóż na niezmierzonym rosyjskim pustkowiu nad leniwie płynącym Donem żyje sobie Wiera z małą córeczką i mężem Walerym; ten pozorny spokój burzy pojawienie się Pawła - młodego budowniczego łodzi, i niespodziewany wybuch namiętności, który ich połączy wytrącając z równowagi każdą z osób. Już od samego początku, patrząc w smutne i zrezygnowane oczy dziewczyny przeczuwamy, że to historia bez happy-endu, gdzieś w powietrzu czuć czającą się tragedię, ale przyznam się, że sposób jej opowiedzenia kompletnie mnie nie przekonał – przez całe siedemdziesiąt kilka minut czekałam na coś, co sprawi, że poczuję jakąś więź z bohaterami, ale niestety jedynym stworzeniem, którego było mi autentycznie szkoda, okazała się Bogu ducha winna krowa…

Tak, więc dla mnie „Euforia” to zdecydowany przerost formy nad treścią – a szkoda, bo poza tym, że pięknie, mogło być również interesująco. Jedynym, co pozostaje nam w głowie po zakończonym seansie, oprócz naprawdę fantastycznych widoków, jest magnetyzująca muzyka. Niemniej jednak ciekawa jestem dalszych dokonań pana Wyrypajewa i dopisuję go do mojej subiektywnej listy twórców z potencjałem.

O drugim filmie będzie później. 

13:39, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (4) »
sobota, 04 października 2008
La Vie en Noir

La Mome

 

Głosu Edith Piaf się nie zapomina - myślę, że owszem, można nie lubić jej piosenek, ale nie sposób chyba nie podziwiać siły tego głosu i jej emocjonalnego zaangażowania w wyśpiewywane przez siebie historie. Przy "Hymne a l'amour", "Milord", "Padam, padam", "La Vie en Rose" czy też najsłynniejszym "Non, je ne regrette rien", zawsze przechodzą mnie ciarki, choć od ich powstania minęło już ponad pół wieku...

Jej krótkie, nieprawdopodobnie wręcz mroczne i naznaczone bólem życie, było gotowym materiałem na film - genialny talent muzyczny zaklęty w drobniutkim ciałku najprawdziwszego paryskiego dziecka ulicy, który pchnął ją na sam szczyt, żeby potem bezlitośnie pozwolić jej się na tym szczycie spalić. Jej  siłą, ale i największą wadą było to, że nie potrafiła, ani nie chciała zgodzić się na żadne kompromisy - może właśnie dlatego jej nagrania nadal mają taką moc - ciągle słychać w nich tę determinację i emocje. 

Film "La Mome" (o polskim, tradycyjnie już "ulepszonym" tytule, celowo nie wspominam) to film jednej aktorki, Marion Cotillard, która po prostu przeistoczyła się w Edith Piaf tworząc kreację zapierającą dech w piersiach. Sam obraz momentami może wydawać się nużący, siłą rzeczy pewne fakty z życia piosenkarki zostały w nim pominięte (jak choćby słynne romanse z Charlesem Aznavourem czy Yve'm Montand), a obraz Piaf  jako osoby maksymalnie spłycony i krzywdząco sprowadzony do ordynarnej prostaczki obdarzonej  świetnym głosem, ale nie da się ukryć, że jego siła tkwi właśnie w hipnotyzującej Cotillard i oczywiście ścieżce dźwiękowej, złożonej z oryginalnych wykonań najsłynniejszych przebojów francuskiej legendy.

Jako temat do głębszych dyskusji nie bardzo się nadaje, ale myślę, że może stanowić niezły punkt wyjścia dla kogoś, kto dotąd kojarzył Edith Piaf wyłącznie jako małą kobietkę w czerni porywającą tłumy swoimi nieśmiertelnymi interpretacjami.

A żeby nie być gołosłowną, poniżej jeden z najpiękniejszych, moim zdaniem, (i najsmutniejszych) utworów, napisany po tragicznej śmierci mężczyzny jej życia, Marcela Cerdan, czyli "Hymne a l'amour":

 



hmmm - obawiam się, że z jakiegoś powodu Edith nie zaśpiewa - technika mnie przerosła :(
14:30, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (3) »
środa, 01 października 2008
Rodzinna tajemnica
Listy z pudełka
 
O Holokauście powiedziano i napisano już właściwie wszystko. A jednak "Listy z pudełka" nie są po prostu kolejną książką traktującą o zagładzie wielomilionowego narodu, tylko nieprawdopodobną historią przetrwania Sali Garncarz, kroniką pięciu lat, które spędziła w obozach pracy.
 
Przez prawie pięćdziesiąt lat Sala, piękna Żydówka z Sosnowca, trzymała swoją historię w tajemnicy - żadne z jej amerykańskich dzieci nie miało pojęcia, co wydarzyło się w życiu ich matki w latach 1940 - 1945. Dopiero zbliżająca się operacja sprawiła, że jej opowieść ujrzała światło dzienne, wraz z pudełkiem bezcennych listów, zdjęć i notatek, ocalonych z koszmaru.
 
Autorką tej książki jest córka Sali, Anne, która wraz z matką odbyła swoistą podróż w przeszłość, niepewna i przerażona tym, co znajdzie jak tylko poruszy pozornie nieruchomą powierzchnię - do tego zresztą odnosi się cytowane przez nią słynne zdanie Nietzschego "kiedy patrzysz w otchłań, ona również spogląda na ciebie".
 
Jednak Sali udało się ocalić zarówno życie, jak i duszę, choć tak naprawdę tylko ona mogłaby powiedzieć jaką cenę przyszło jej za to zapłacić. Przechowanie wszystkich listów i dokumentów, które otrzymywała przez lata od swojej siostry oraz przyjaciół, choć obarczone ogromnym ryzykiem, stało się jej priorytetem - wiedziała doskonale, że  umożliwi to w przyszłości odtworzenie losów jej rodziny, a także wielu osób, które przeszły podobną drogę.
 
Takie indywidualne historie wydają się często bardziej poruszające od suchych faktów, którymi raczyły nas lekcje historii czy też pozycje para i dokumentalne - dopiero odkrywając w tych nasączonych różnymi emocjami skrawkach papieru małe radości, dramaty i tragedie, a nawet  drobne okruchy szczęścia,  widzimy tych nasto- i dwudziesto-latków, którzy za wszelką cenę starali się zachować choćby minimalne pozory normalności - świętowali więc jak Sala kolejne urodziny wśród przyjaciół, tworząc symboliczny tort z suchych kromek chleba, flirtowali, romansowali i pobierali się. Te listy i historia Sali są zarazem świadectwem życia tysięcy podobnych jej młodych dziewczyn, które trafiły do rozsianych po całej Polsce czy Czechach obozów, głosem tych, którym nie dane było przeżyć, takich jak Ala Gertner - urocza, lekkoduszna i bardzo nowoczesna jak na swoje czasy flirciara, która bez mrugnięcia okiem wykorzystywała wszelkie swoje wpływy żeby pomóc innym, za co zapłaciła najwyższą cenę.
 
Rodzina Sali, choć tragicznie doświadczona przez los, mogła jednak uważać się za względnie szczęśliwą - wojenne błąkanie się po kolejnych obozach przetrwały trzy siostry, których losy połączyła ostatecznie (choć niestety na krótko) Ameryka. Sala Garncarz, w ciągu pięciu lat z trzpiotowatej i znudzonej siedemnastolatki, która raczej wolała pójść do obozu pracy w miejsce swojej starszej siostry, niż tłoczyć się z liczną rodziną w nędznym pokoiku, stała się boleśnie naznaczoną przez los, ale inteligentną i odważną kobietą, która pięćdziesięcioletnim milczeniem odcięła się od przeszłości i postanowiła zacząć wszystko od nowa.
 
"Listy z pudełka" są dla mnie książką wyjątkową - nie tylko piękną i mocno wzruszającą, ale też, a może zwłaszcza, naprawdę ciekawą i nasyconą wieloma cennymi szczegółami dotyczących "zwykłych" obozowych dni i niezwykłych ludzi. 
16:03, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (2) »
Sir Caine Vs Mr Law

Sleuth

 

Trzeba nie lada tupetu i talentu, żeby nakręcić film z zaledwie dwoma aktorami i wyjść z tego obronną ręką.

Niełatwa ta sztuka udała się słynnemu brytyjskiemu specjaliście od ekranizacji głównie Szekspirowskich dramatów, (choć nie tylko), czyli Kennethowi Branagh, który jest reżyserem „Pojedynku” (oryginalny tytuł „Sleuth” nawiązuje do swojego pierwowzoru z w 1972 roku, w polskim tłumaczeniu znanym jako „Detektyw”).

Myślę, że jednaki podziw należy się zarówno reżyserowi, jak i parze aktorów, która przykuwa nas swoją obecnością do ekranu na niemal półtorej godziny i wciąga w toczoną przez siebie przewrotną grę.

A aktorzy to nie byle jacy, lecz stanowiący zdecydowaną wyspiarską czołówkę – duet Michael Caine – Jude Law jest prawdziwie magnetyzujący, a chemii jaka wywiązuje się między ich postaciami, nie powstydziłby się żaden porządny romans…

No, ale do rzeczy – pozornie nieskomplikowana fabuła obraca się wokół dwóch mężczyzn, podstarzałego pisarza i autora poczytnych kryminałów Andrew Wyke’a oraz młodego aroganckiego aktora, Milo Tindle’a,  o aparycji Adonisa, a konkretniej wokół ich rywalizacji o kobietę – będącą jednocześnie żoną Wyke’a i kochanką Tindle’a. Zamiast spodziewanego dramatu obyczajowego jednak, otrzymujemy fantastycznie hipnotyzujący i trzymający w napięciu do samego końca thriller, osadzony w ultranowoczesnych wnętrzach jednego domu. To, co rozpoczyna się jako pozornie niewinna gra, przeistacza się w niebezpieczny pojedynek, gdzie manipulowany staje się manipulującym i odwrotnie.

Nie zamierzam zdradzać zbyt wiele, zwłaszcza, że Branagh zadbał o zaskakujące zwroty akcji, dodam tylko, że gra obu panów zasługuje na prawdziwe oklaski – żaden ani na krok nie ustępuje pola drugiemu (co w przypadku M. Caine’a nie jest żadnym zaskoczeniem, ale może wytrącić oręż z ręki tych krytykantów, którzy dotąd byli skłonni postrzegać Jude’a Law w kategoriach czysto estetycznych), no a w scenach z założenia lekko dwuznacznych, naprawdę daje się odczuć pełne napięcia iskrzenie między nimi.

W ramach związanych z tym tytułem ciekawostek nadmienię jeszcze, że Michael Caine zagrał w pierwotnej wersji „Sleuth” z tym, że oczywiście wtedy został obsadzony w roli Tindle’a (to zresztą kolejny raz, kiedy Jude Law kroczy po jego śladach – wcześniej miało to miejsce w filmie „Alfie”). Obraz Branagha, mimo identycznego (w oryginale!) tytułu i ogólnego zarysu fabuły nie jest jednak wiernym remakiem filmu Josepha L. Mankiewicza i oczywiście można dyskutować na temat ewentualnych porównań, ale moim zdaniem „Sleuth” A.D. 2007 jest rozrywką na bardzo przyzwoitym poziomie dla każdego, kto lubi łamigłówki, intrygi i lekko teatralne klimaty.

 P.S. dla zainteresowanych - tę i więcej interesujących recenzji filmowych można znaleźć TUTAJ. 

 

 

11:32, jeanne_n , Obrazy
Link Dodaj komentarz »