Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
O autorze
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Tu zaglądam
Ulubione wydawnictwa, których książki KUPUJĘ za ciężko zarobione pieniądze :)
Wishlist :)
Zaglądam i tu
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Kategorie: Wszystkie | Dźwięki | Obrazy | Słowa | To i owo
RSS
czwartek, 17 września 2009
Prosta historia

Uwielbiam Skandynawów. Wprawdzie temperamentem bliżej mi raczej do południowców, ale mimo to od lat jakoś przekornie odczuwam słabość do skandynawskich filmów, stylu urządzania wnętrz :)) i...książek właśnie. Strinberg, Axelsson, Mankell, Larsson, Patterson - w ich operowaniu językiem jest jakaś chłodna elegancja, dystans, który niekiedy sprawia, że opisywane historie wydają się jeszcze bardziej poruszające i jakieś takie bardziej tragiczne...

Z tego, co pamiętam, przy pierwszej powieści Pettersona "Kradnąc konie", zdania blogowiczów były dość mocno podzielone - niektórzy twierdzili, że książka jest po prostu nudna. Mam wrażenie, że nie inaczej będzie przy "Przeklinam rzekę czasu" - i bynajmniej nie chodzi tu o sprawdzenie jak bardzo wysublimowany jest nasz czytelniczy gust - ot, po prostu - jedni lubią śledzie, a inni bitą śmietanę :)

Do mnie ten styl przemawia i dlatego "Przeklinam rzekę czasu" przeczytałam z niekłamaną przyjemnością, z ulgą odrywając się na kilka chwil od zwariowanego świata za oknem.

To prosta historia, w której tak naprawdę więcej dzieje się "pomiędzy", aniżeli wprost - w tle mamy politycznie przełomowy rok 1989; 37-letni bohater to trochę taki życiowy nieudacznik - jest właśnie w trakcie rozwodu, jego fascynacja komunizmem skończyła się rozczarowaniem i  ogólnie rzecz biorąc nie jest to raczej postać, którą instynktownie darzymy sympatią, głównie ze względu na to, że to jego miotanie w poszukiwaniu diabli wiedzą czego, jest po prostu irytujące.

Swoją podróż do Danii śladem umierającej na raka matki próbuje wykorzystać jako okazję do życiowych podsumowań i rozliczeń, ale obraz, jaki się z tego wyłania nie jest zbyt optymistyczny - Arvid nie potrafi nawiązać, ani tym bardziej utrzymać żadnych bliższych więzi z innymi - ani rodziną, ani tymi, którzy w którymś momencie stanęli na jego drodze, dryfuje po swoim życiu kompletnie bez celu, samotny, smutny i rozczarowany.

A jednak mimo, że z postacią Arvida niełatwo jest się czytelnikowi utożsamić (kto bowiem chciałby być postrzegany jako zgorzkniały nieudacznik?), to Pettersonowi udaje się przykuć naszą uwagę i poprowadzić tę nieskomplikowaną historię z nieczęsto spotykaną subtelnością i poetyką. Całość jest stonowana i mocno metaforyczna, a to, ile z przemyśleń bohatera przyswoimy i jak głęboko, będzie zależało wyłącznie od naszych dotychczasowych życiowych doświadczeń i nastroju.   

13:56, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 września 2009
Informacyjnie i serialowo
Zgadza się, przerwę miałam. Znowu. Długą. Tym razem jednak nie wylądowałam w szpitalu, ani nie porwali mnie kosmici, tylko zaczęłam nową pracę i nagle okazało się, że praca + okrojone życie towarzyskie nie zostawiają zbyt wiele miejsca na inne aktywności, takie jak prowadzenie bloga na przykład. Ot i cała tajemnica, gdyby ktoś przypadkiem się nad tym zastanawiał...

Żyję więc i miewam się dobrze, ale jestem w okresie przystosowywania się do funkcjonowania w społeczeństwie jak normalny człowiek, a nie pałętam się gdzieś na jego obrzeżach, jak to miało miejsce w ciągu ostatnich trzech lat. Bądźmy szczerzy - w moim przypadku to już coś, tzn zdecydowany krok naprzód. Jeszcze trochę i przestanę się czuć wśród ludzi jak E.T., marzący o powrocie na swoją planetę.

Ale żeby nie było za lekko, to moje życie intelektualne chwilowo zostało zahibernowane, a mój kontakt z "kulturą" ogranicza się do oglądania dwóch seriali, w które, do czego przyznaję się z ręką na sercu, wciągnęłam się bez reszty. Słowo pisane w jakiejś tam postaci jeździ sobie ze mną metrem w torebce i nawet czasem udaje mi się poświęcić mu chwilę uwagi, ale póki co, w kategoriach czytelniczych, nie bardzo mam się czym pochwalić, bo albo trafiam jak kulą w płot i rzucam rozpoczętą książkę po 30 stronach, albo czytam o seryjnych zabójcach, czyli generalnie nihil novi.

A wracając do tytułów, o których wspomniałam powyżej, to są to dwie całkiem różne bajki i to dosłownie pod każdym względem, no ale do rzeczy:

- MAD MEN to raj dla oczu dla kogoś, kto ma choć odrobinę sentymentu do lat 50. czy 60. ubiegłego wieku i mody retro, ale z całą pewnością warto go obejrzeć nie tylko dla pięknych sukienek i rewelacyjnej scenografii. Fabuła skupia się wokół niewielkiej, ale nieźle prosperującej amerykańskiej agencji reklamowej i gronie pracujących w niej osób, wśród których centralną postacią jest Don Draper. Wszystko kręci się na ogół wokół niego, jednak "Mad Men" to przede wszystkim genialny (naprawdę GENIALNY) scenariusz i mnóstwo cholernie celnych obyczajowych obserwacji - właściwie krok po kroku możemy sobie obejrzeć całą obyczajową ewolucję i zobaczyć dokładnie, jak zmienił się świat od czasów naszych rodziców, choć na dobrą sprawę w relacjach międzyludzkich nie posunęliśmy się aż tak daleko do przodu...





Uwielbiam ten serial i uwielbiam Dona Drapera, który mimo dość typowego dla swoich czasów męskiego szowinizmu, jest dla mnie uosobieniem mężczyzny prawie idealnego.



O ile "Mad Men" jest obyczajowym dramatem, zgrabnie lawirującym pomiędzy życiem uczuciowo - intymnym i zawodowym, to drugi tytuł z pewnością jest moim antidotum na wszelkie smutki i potencjalną jesienną chandrę. Jeśli ktoś lubi "Przyjaciół" (a czy w ogóle istnieje ktoś, kto ich NIE lubi?) i brytyjski humor, to ma szansę zakochać się w "COUPLING" . Uprzedzam jednak, że to nie jest żadna angielska wersja tego słynnego serialu, tylko coś w rodzaju jej zwariowanego europejskiego odpowiednika, przyprawionego sporą szczyptą seksu i niecenzuralnych dialogów - życiowe komentarze bohaterów na temat związków i płci przeciwnej (zwłaszcza w wykonaniu Jeffa) są po prostu bezcenne.
Dodatkowym bonusem w moim przypadku jest główna rola Jacka Davenporta.