Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
O autorze
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Tu zaglądam
Ulubione wydawnictwa, których książki KUPUJĘ za ciężko zarobione pieniądze :)
Wishlist :)
Zaglądam i tu
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Kategorie: Wszystkie | Dźwięki | Obrazy | Słowa | To i owo
RSS
sobota, 30 sierpnia 2008
Holly Dżi & Me

breakfast

 

Sobota zaczęła się całkiem przyjemnie, jako że śniadałam dziś u Tiffany'ego, w towarzystwie Holly G. 
 
Przeczucie mnie nie myliło podpowiadając, że to niepozorne opowiadanko mnie zauroczy, podobnie zresztą jak wiadomy film z wiadomo kim w roli głównej...Trochę żałuję tylko, że u pana Capote nie było happy-endu, a słynna scena z pocałunkiem w deszczu to jedynie wymysł scenarzysty, no ale cóż - książka zakończyła się bardziej życiowo, no bo komu niby zdarzają się takie filmowe zakończenia? Poza tym w sumie chyba i tak nie spodziewałam się po autorze "Z zimną krwią" zakończenia w stylu "i żyli długo i szczęśliwie"...

Z ciekawostek a'propos ekranizacji, to przypomniało mi się jeszcze jak czytałam gdzieś, że Truman Capote podobno koniecznie chciał obsadzić w roli Holly Marilyn Monroe - mimo całej mojej sympatii w stosunku do tej pani, cieszę się z całego serca, że agent zdołał jej to wyperswadować, bo niewątpliwie film, który by powstał, byłby całkiem innnym filmem niż ten, który znamy i kochamy, a moja ulubiona bohaterka utraciłaby cały swój niewinny wdzięk, który dla mnie trzyma całą historię w tzw. kupie...

 No to żeby utrzymać się w klimacie:

 

 

12:41, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (3) »
piątek, 29 sierpnia 2008
Laura Lippman "Co wiedzą zmarli"

Laura Lippman

 

Przez czysty przypadek w moje ręce trafiły ostatnio dwie książki należące wprawdzie do dwóch całkiem różnych kategorii, ale poruszające podobny temat – pytania o tożsamość oraz dramatycznych wydarzeń z przeszłości. Każda z nich dotyka tego problemu w inny sposób – opisywana niedawno przeze mnie Jodi Picoult skupia się raczej na dramacie rodzinno-społecznym, podczas gdy Laura Lippman trochę bardziej zagłębia się w psychologię i opisanie fatalnych konsekwencji pozornie banalnie rozpoczętego ciągu zdarzeń.

 „Co wiedzą zmarli” to na pierwszy rzut oka dość typowy kryminał, z niewyjaśnioną tajemnicą sprzed lat w tle – dwie nastoletnie siostry – Sunny i Heather Bethany jadą do centrum handlowego, po czym ślad po nich urywa się na trzydzieści lat – nie ma ciał ani żadnych konkretnych informacji co mogło się z nimi stać, a nierozwiązana sprawa powoli odchodzi w zapomnienie, kładąc się cieniem na karierze przydzielonego do niej detektywa.

Niespodziewany przełom następuje 30 lat po zaginięciu sióstr, kiedy na horyzoncie pojawia się przez przypadek tajemnicza kobieta utrzymująca, że jest jedną z nich – przy tym zna zaskakująco wiele szczegółów z życia dziewczynek, ale jej dziwna niechęć do wyjawienia wszystkiego, co wie i nieścisłości w zeznaniach sprawiają, że wszystko wydaje się być misternie utkaną, ale mistyfikacją – oczywiście nie zamierzam zdradzać tego, kim naprawdę okaże się tajemnicza kobieta, ale powiem, że cała intryga jest opisana tak, żeby maksymalnie wciągnąć czytelnika w tę swoistą zabawę pt. „kto jest kim” i tak zamotać mu w głowie, żeby nie dać mu szansy ani czasu na rozpatrywanie prawdopodobieństwa całej historii, która momentami jest naprawdę naciągana. Mimo to ogólnie rzecz biorąc, to bardzo przyzwoicie napisany kryminał, po którym przy okazji z ciekawością sięgnę po opisywaną na innych blogach inną książkę Laury Lippman, czyli „To, co ukryte”.

 Na koniec napiszę jeszcze tylko o jednej rzeczy, która potwornie działała mi na nerwy w trakcie lektury – a mianowicie postać głównej, jak by nie było, bohaterki – autorka wyposażyła ją w tyle wkurzających cech, że momentami miałam ochotę wyrzucić książkę przez okno, nie mogąc już znieść infantylno-narcystyczno-aroganckiej pozy tej kobiety, choć tłumaczyłam sobie, że może miało to dodać wiarygodności całej historii…

 

16:02, jeanne_n , Słowa
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 sierpnia 2008

Wyznanie - nie jestem fanką tzw. literatury specjalnie dla kobiet - tych wszystkich serii na obcasach, z miotłą, sukienką w różowe groszki, kapeluszem czy deską do prasowania etc. etc.

Po pierwsze czuję się odrobinę (a może nawet więcej niż tylko odrobinę) urażona, że wydawcy nie wierzą w to, że potrafię dobierać sobie lektury samodzielnie i naprawdę niezbędna jest mi lista książek, które przeznaczone są właśnie dla mnie (akurat!); po drugie już samo określenie "książka dla kobiet" (tak samo jak "książka, która zmieni twoje życie") włącza mi w głowie światełko alarmowe - bo niby czemu coś co z definicji powinno być "unisex" nagle zaczyna sugerować tym zdradzieckim "dla kobiet" treści bardziej trywialne i nie wymagające zbyt wiele skupienia - bo przecież na coś takiego na ogół nie złapie się ani ktoś szukający ciekawej (i niegłupiej) lektury ani mężczyzna (a to domyślne postawienie znaku = w tym miejscu naprawdę mnie denerwuje). 

Niekiedy oczywiście okazuje się, że jest to błędne założenie i w ten sposób można ominąć parę naprawdę wartościowych tytułów, niemniej jednak krecia robota została wykonana, a potencjalni czytelnicy tacy jak ja, skutecznie odstraszeni. Dlatego więc zdecydowanie wolę polegać na własnej intuicji i umiejętnościach wyłowienia z literackiego chaosu rzeczy interesujących; zdarzają się też rzetelne i w miarę obiektywne recenzje, od czego też są fora i blogi książkowe czy czytający przyjaciele? 

A powyższa refleksja nasunęła mi się po rzuceniu okiem na rozpiskę wewnątrz ostatniej powieści M. Axelsson (wydanej właśnie w jednej z tych niefortunnych moim zdaniem serii) - męskiego nazwiska tam nie uświadczysz i w związku z tym zaintrygowało mnie wedle jakiego klucza dobiera się te tytuły? 

 

Ale żeby nie było, że jestem z natury jakąś straszną zrzędą, jako weselszy akcent zamieszczam piosenkę, która dosłownie łazi za mną wszędzie od kilku tygodni i nie mogę się jej pozbyć - może więc w ten sposób odczynię urok...Kawałek to Toni Childs "Dreamer".

 

 

 

11:57, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (3) »
"Zagubiona przeszłość" Jodi Picoult

 Jodi Picoult

"Zagubiona przeszłość" to druga książka Jodi Picoult, którą miałam okazję przeczytać - pierwszą była "Bez mojej zgody" - czyli historia, która totalnie rozbiła mnie psychicznie i nerwowo na kilka dni, więc jeśli mam być całkiem szczera, to przyznam się, że podchodzę do tej autorki z niejakim dystansem, zwłaszcza że jest ona dość znana z odważnego obyczajowo dobierania tematów na swoje powieści i grania na emocjach czytelnika (czy też raczej -czki). 

Tym razem mamy do czynienia z blisko trzydziestoletnią grą pozorów, grą, w którą jak się okazuje, grają wszyscy bohaterowie - główna intryga oparta jest na pytaniu o naszą prawdziwą tożsamość, na pytaniu "co byś zrobił, gdyby się okazało, że świat, który znasz i w którym żyjesz sobie spokojnie od lat opiera się na jednym wielkim kłamstwie, a ty nie jesteś wcale tym, kim ci się wydaje?". To właśnie spotyka pewnego dnia Delię, która od tego momentu będzie zmuszona do postawienia sobie i swoim bliskim jeszcze wielu trudnych pytań, a gra pozorów, o której wspomniałam okaże się mieć siłę huraganu zmiatającego po drodze wszystkich, którzy znajdą się nieopatrznie w jego zasięgu...

 

Jeśli chodzi o moje subiektywne odczucia względem tej książki to przyznaję, że wątek główny (czyli uprowadzenie sprzed lat) najbardziej przypadł mi do gustu, ale już całe poboczne poplątanie przyjacielsko-romansowo-alkoholowe z dodatkowo wplecionym jeszcze nie wiadomo w jakim celu wątkiem samobójczym było dla mnie już zbyt pretensjonalne i wydumane. Mimo to książkę czyta się dobrze, a przeskakiwanie narracji od postaci do postaci jakoś dodatkowo urozmaica tę historię i dodaje jej wiarygodności. 

11:17, jeanne_n , Słowa
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 sierpnia 2008
Uhhh
Ok - oficjalnie stwierdzam, że nie jest łatwo  - jako że kompletnie nie mam doświadczenia w prowadzeniu bloga, na razie pogrążam się w totalnym chaosie z nadzieją, że w końcu jakoś nad nim zapanuję...
15:47, jeanne_n
Link Dodaj komentarz »
Here we go...

 Stało się…Długo biłam się z myślami i tłumaczyłam samej sobie, że nie jestem typem bloggerki, że nie przepadam za publicznym opisywaniem tego, co siedzi w mojej głowie, że wolę sobie cichutko notować to i owo w tradycyjny sposób, czyli piórem na papierze… Jednocześnie gdzieś głęboko wiedziałam, że prędzej czy później się złamię, choć sama jestem ciekawa jak długo blogosfera podtrzyma mój słomiany często zapał…

 

 Patrząc na to z czysto egoistycznego punktu widzenia, liczę na to, że zamieszczanie tu notek o przeczytanych przeze mnie książkach czy obejrzanych filmach, będzie miało zbawienny wpływ na moją prawdziwie kurzą pamięć – cierpię bowiem na galopującą sklerozę, która sprawia, że choćbym nie wiem jak bardzo się starała, treści książek czy filmów (a nawet niektóre przeżycia) umykają mi po jakimś czasie pozostawiając po sobie jedynie ulotne wspomnienie – obraz, kolor, zapach, czy też ogólny nastrój. Tak więc może ten blog sprawi, że moje kolejne odkrycia literackie pozostawią po sobie coś więcej – tego sobie życzę na dzień dobry.

 

A żeby nie było tak całkiem nie na temat, pierwszym rzutem na taśmę leci książka, o której marzyłam od dawna, a która właśnie zawitała w moje progi – mowa o:

 Truman Capote

  Nie wiem jak to się stało, że do tej pory nie miałam okazji tego przeczytać, zwłaszcza że w tej książce jest wszystko, co uwielbiam, czyli Nowy Jork, romans, kot i cudownie niedopasowana do współczesnego świata bohaterka, a niezapomnianą ekranizację z Audrey Hepburn pokochałam oczywiście od pierwszego wejrzenia. Teraz więc nie pozostaje mi nic innego jak zabrać się za zaległą lekturę, bo mam przeczucie, że stanie się ona dla mnie ważna.

15:12, jeanne_n , Słowa
Link Dodaj komentarz »