Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
O autorze
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Tu zaglądam
Ulubione wydawnictwa, których książki KUPUJĘ za ciężko zarobione pieniądze :)
Wishlist :)
Zaglądam i tu
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Kategorie: Wszystkie | Dźwięki | Obrazy | Słowa | To i owo
RSS
wtorek, 26 maja 2009
Let's Misbehave!
Pozostając ciągle w klimatach ubiegłowiecznego dwudziestolecia międzywojennego, wszystkim tym, którym marzy się podróż w czasie, polecam  uroczy film, będący prawdziwą ucztą dla oka i innych zmysłów i przy okazji niezłą rozrywką.

"Easy Virtue" to całkiem niegłupia i mistrzowsko zagrana komedia obyczajowa, o pewnej konserwatywnej angielskiej rodzinie, która pewnego dnia musi zmierzyć się z nie lada wyzwaniem, jakie stanowi na wskroś nowoczesna żona ukochanego syna, która nie dość, że już kiedyś była mężatką, ściga się samochodem z mężczyznami, to jeszcze jest...Amerykanką!



Dla mnie powodów do obejrzenia tego filmu jest całkiem sporo, ale te najważniejsze to zdecydowanie:

1) stroje, wnętrza i muzyka, odtworzone z taką precyzją i dbałością o szczegóły, że aż się chce westchnąć z żałością...








2) ironiczno-gorzkie komentarze pana Whittakera, z których numerem jeden jest mini dialog pomiędzy nim a córką: (cytuję z pamięci)

Smile, Marion
- I don't feel like smiling
- Oh, you're English, fake it!

3) obsada, ze szczególnym uwzględnieniem duetu Kristin Scott Thomas - Colin Firth, ale także Krisa Marshalla w cudnej roli lokaja :) Pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie Jessica Biel, w roli ultra kobiecej, charakternej, ale i tragicznej Larity - która poza tym wygląda tak, że nie sposób oderwać od niej oczu...





4) jedna z ostatnich scen, w której Larita tańczy tango z panem Wittakerem





Podsumowując, "Easy Virtue" to świetne lekarstwo na kiepski humor, pod warunkiem oczywiście, że lubi się wszystkie wymienione wyżej elementy :)




12:34, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (7) »
piątek, 22 maja 2009
Nieczuły Fitzgerald


Zupełnie nie wiem czemu, ale sięgając po "Czuła jest noc" Francisa Scotta Fitzgeralda, byłam przekonana, że czeka mnie lekka i przyjemna podróż w przeszłość, coś na kształt kontynuacji "Wielkiego Gatsby'ego", z cudownie sportretowanymi latami 20. ubiegłego wieku i stylowymi postaciami z wyższych sfer. W sumie nie tak bardzo się pomyliłam (no, może pomijając określenia "przyjemna" i "lekka"). Nie spodziewałam się natomiast, że jako swoisty "bonus" otrzymam jeszcze okrutny i bardzo realistyczny portret stopniowego rozkładu miłości i małżeństwa, a także choroby psychicznej.

Nie wiem, na ile historia Dicka i Nicole Diverów została oparta na osobistych doświadczeniach autora (który przez wiele lat zmagał się z chorobą psychiczną swojej ukochanej żony Zeldy, a także z własnym alkoholizmem), ale tak czy inaczej obserwowanie przez trzysta stron jak ta piękna i pozornie idealna para stopniowo się przeobraża, aby ostatecznie stać się dla siebie wyłącznie ciężarem, było naprawdę poruszające. 

Ale ta książka to nie tylko dramat tej dwójki - Fitzgerald genialnie sportretował po raz kolejny przedstawicieli barwnej klasy uprzywilejowanej, a także tych, którzy chcieliby do niej należeć - mamy tu więc i niezrealizowanego pisarza, który wraz z osiągniętym wreszcie przez siebie sukcesem ewoluuje w kierunku napuszonego snobizmu, czy też młodą aktoreczkę, która półświadomie przyczynia się do emocjonalnego zamętu w życiu małżeństwa Diverów.

Oprócz tych wszystkich mniej lub bardziej sympatycznych postaci (dla mnie wieczną zagadką pozostaną słodkie idiotki w rodzaju Rosemary, dla których tracą głowę po kolei wszyscy wydawałoby się inteligentni mężczyźni - w "Wielkim Gatsbym" odpowiednikiem Rosemary była oczywiście Daisy, która wzbudzała we mnie identyczną irytację), mamy także oczywiście klimat swingujących lat 20., a także amerykański stosunek do Europy, który chyba najlepiej oddaje angielski zwrot "love-hate relationship". 

Ja osobiście zdecydowanie większym sentymentem darzę "Wielkiego Gatsby'ego", no właśnie ze względu na tytułową postać :)) Chociaż, tak jak wspomniałam wyżej, nie jestem w stanie pojąć jego uczucia do Daisy (grrr), co nie zmienia jednakże faktu, że samą książkę bardzo lubię. "Czuła jest noc" jak dla mnie była nieco za bardzo "poszatkowana" i miejscami chaotyczna - przeskoki chronologiczne i miejscowe trochę mnie drażniły, podobnie jak bezlitosne odzieranie przez autora po kolei każdej z postaci z cech, które na początku sprawiły, że je polubiłam - w efekcie tego pod koniec było mi już w zasadzie wszystko jedno, co się z kim stanie, bo nawet uroczy Dick przeistoczył się w kogoś, kim chciałoby się co najwyżej szarpnąć żeby się opamiętał. Tak czy owak miło było dać się wchłonąć przez "pełnokrwistą" powieść, jakich dzisiaj zdecydowanie mi brakuje...

 

13:20, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (1) »
środa, 20 maja 2009
Music is my boyfriend

A to jest aktualnie najczęściej towarzyszący mi zespół - WHITE LIES, czyli brytyjskie trio, od którego nie mogę się odczepić od kilku dni:

 

 

Niepokorna staruszka



"Józefina i ja"
, Hansa Magnusa Enzensbergera to niepozorna, ale urocza i bezpretensjonalna książeczka o przedstawicielach dwóch, wydawałoby się nie mających wiele ze sobą wspólnego światów i pokoleń. Pewnego dnia los stawia na drodze trzydziestoletniego Joachima staroświecką starszą panią, z jej wyszywaną perełkami równie staroświecką torebką - i od tego oto niewinnego spotkania, rozpoczynają się ich cotygodniowe wtorkowe rozmowy przy herbacie, okraszone mocno niekonwencjonalnym stylem tytułowej Józefiny.

Ta słynna ongiś śpiewaczka operowa raczy Joachima, a równocześnie i nas, czytelników swoimi raczej nieortodoksyjnymi i bezkompromisowymi poglądami na życie i współczesny świat, za nic mając wszechobecną polityczną poprawność - jest ona jednocześnie naiwnie dziecinna i prowokująca, ale i złośliwa i momentami irytująca, choć stopniowo wszystko to okazuje się zaledwie fasadą, skrywającą coś więcej.

"Józefina i ja" kojarzy mi się z moim ulubionym kinem skandynawskim, w którym często pozornie nie za wiele się dzieje i które czasem sprawia wrażenie "przegadanego", ale jego prawdziwy urok polega głównie na możliwości obserwowania bohaterów i uczestniczeniu w ich małych radościach i tragediach, odkrywając z każdą chwilą drugie dno banalnych na pierwszy rzut oka historii.

Jeśli ktoś lubi takie nostalgiczne opowieści o świecie, którego ostatni przedstawiciele powoli odchodzą w niebyt, to dzięki tej książce ma szansę na spędzenie kilku przyjemnych godzin w towarzystwie tej niepokornej i temperamentnej starszej pani oraz jej tajemniczej służącej Frydy...

p.s. A zapominalskim Warszawiakom przypominam o zbliżających się
Międzynarodowych Targach Książki - to już w najbliższy weekend! (choć otwarcie jest jutro) - więcej szczegółów tutaj

Ja niestety ze względów kondycyjno-finansowych w tym roku będę musiała prawdopodobnie obejść się smakiem i ograniczyć do pozazdroszczenia tym, którzy na targi się wybiorą, ale mam przeczucie, że te dwie nowości prędzej czy później trafią na moją półkę:

 

- Eustachy Rylski "Po śniadaniu" - to kolejna z tzw. "książek o książkach", czyli jakże lubianego przez wiele osób rodzaju - to zbiór esejów świetnego polskiego pisarza o jego lekturach - jest tam i Iwaszkiewicz, i Capote, Camus, Turgieniew i kilka innych znakomitości, tak więc zapowiada się interesująco - wydał to Świat Książki;

- drugi tytuł to "Szemrane towarzystwo niegdysiejszej Warszawy" Stanisława Milewskiego, czyli kontynuacja wcześniejszego "Intymnego życia niegdysiejszej Warszawy", wydane przez moje ukochane Iskry - no po prostu ja nie potrafię się oprzeć temu tytułowi :))




11:48, jeanne_n , Słowa
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 maja 2009
Retroklimat :)
Na wstępie muszę się przyznać, że mam słabość do biografii ciekawych ludzi - w jakimś poprzednim wcieleniu musiałam być wiejską (albo i miejską, któż to może wiedzieć) plotkarką, wścibiającą nos w życie innych - no i najwyraźniej coś z tego mi zostało do dziś...

Konikiem, na którego najchętniej wsiadam, są oczywiście biografie i dzienniki pisarzy albo ludzi związanych choćby pobocznie z literaturą, ale jako miłośniczka niemal wszystkiego, co zawiera w sobie słowo "retro", pochłaniam też wspomnienia mniej lub bardziej anonimowych autorów, jeśli tylko napisane są ładnym językiem i osadzone w ciekawych czasach.

Aktualnie siedzę zagrzebana po same uszy w ziemiańskim majątku Marianny Jasieckiej, bohaterki fantastycznej książki "Marianna i róże", której rewelacyjny opis można znaleźć u Padmy (z którym nawet nie zamierzam stawać w konkury), marząc o własnym dworku, służbie i pięknych strojach...

A tytułem (tym niekryminalnym dla odmiany), o którym wspominałam w poprzednim wpisie jest ni mniej ni więcej, a "Stuhrowie. Historie rodzinne" autorstwa Jerzego Stuhra, czyli naprawdę miłe zaskoczenie, jako że podchodziłam do tej książki jak przysłowiowy pies do jeża - zaczęło się od nieśmiałego oglądania licznych zdjęć, po czym najwyraźniej dojrzałam wewnętrznie do całej reszty.
No i tak jak napisałam wyżej - miła niespodzianka, jako że to bardzo przyjemna lektura, zwłaszcza w części opisującej koleje losów austriacko-polskich przodków p. Stuhra na przełomie XIX i XX wieku, bolesne początki pradziadków po przenosinach do Krakowa, rozdarcie między lojalnością względem cesarza a coraz wyraźniej rysującą się polskością, a także (lub może przede wszystkim) liczne zawikłania uczuciowe i finansowe, rodzinne tragedie i radości. Jerzy Stuhr opisuje historię swojej rodziny ze swadą, dowcipem i ogromną czułością, wczuwając się w kolejne postaci i w ten sposób tworząc ich żywy obraz, wraz z ich obawami i refleksjami - dzięki temu czyta się tę książkę błyskawicznie, niemal mając wrażenie, że oto siedzimy sobie wygodnie słuchając opowieści o kimś nam dobrze znanym i bliskim.
Część współczesna tej opowieści też jest ciekawa, jako że rodzina państwa Stuhrów raczej nie bywa na okładkach pism plotkarskich, a co za tym idzie, ich życie prywatne pozostaje...prywatne właśnie - tak więc dzięki "Historiom rodzinnym" mamy szansę zajrzeć niejako "do środka". To, co mnie dodatkowo ujęło, to spora dawka samokrytyki sławnego autora, w odniesieniu do swoich stosunków z dziećmi - podoba mi się szczerość, z jaką wyznaje on, że być może ze względu na wykonywany przez siebie zawód, zawsze miał problem z okazywaniem uczuć w prawdziwym życiu, co z kolei odbiło się na jego relacjach rodzinnych. Ogólnie powiem tak - cieszę się, że trafiła do mnie ta książka, bo spędziłam dzięki niej kilka bardzo przyjemnych godzin, bez  nieprzyjemnego poczucia ładowania się z butami w czyjeś życie intymne - nie ma tu ani wyciągania brudów, ani pikantnych plotek z filmowego światka, tylko opowieść o sympatycznej rodzinie, przywiązanej do swoich korzeni - każdemu życzyłabym żeby potrafił mówić o swoich bliskich z podobną klasą. HOWGH :)


13:48, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (6) »