Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
O autorze
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Tu zaglądam
Ulubione wydawnictwa, których książki KUPUJĘ za ciężko zarobione pieniądze :)
Wishlist :)
Zaglądam i tu
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Kategorie: Wszystkie | Dźwięki | Obrazy | Słowa | To i owo
RSS
środa, 03 lutego 2010
Retro freak

Dziś będzie o filmie, który pewnie wszyscy i tak już dawno obejrzeli (ale to, że mam spóźniony zapłon nie oznacza przecież, że nie mogę się podzielić refleksjami po seansie :))

Debiutancki film nagrodzonego tegorocznym Paszportem Polityki Borysa Lankosza jest świetnym dowodem na to, że polskie kino wreszcie złapało wiatr w żagle, co powinno usatysfakcjonować wszystkich kinomanów z choćby szczątkowym zacięciem patriotycznym. Miło jest bowiem obejrzeć dla odmiany bez uczucia zażenowania, a nawet z niejaką dumą bardzo przyzwoicie przedstawioną historię osadzoną w  polskiej rzeczywistości.

Nie zamierzam twierdzić, że „Rewers” jest dziełem wybitnym i nie boli mnie jakoś specjalnie to, że hollywoodzka socjeta nie dopuściła go do wyścigu o tegoroczne Oscary – mnie, jako zwykłemu, choć stosunkowo wymagającemu widzowi w zupełności wystarcza fakt, że opowieść ta zapewniła mi półtoragodzinną godziwą rozrywkę i świadomość, że nie był to czas stracony.

Do rzeczy jednak.

Już sam tytuł filmu sugeruje, że mamy do czynienia ze światem odwróconym, z drugą, zazwyczaj ukrytą stroną – w tym konkretnym przypadku może to dotyczyć zarówno oryginalnego sposobu przedstawienia czasów powojennych (akcja toczy się w latach 50. ub. wieku), zderzenia czarno-białej przeszłości z kolorową współczesnością, czy też naprawdę skrajnego przeciwstawienia sobie dwóch najważniejszych męskich postaci w życiu bohaterki.

Myślę, że jedną z największych zalet „Rewersu” jest to, że niełatwo jest go sklasyfikować – nie przypominam sobie w naszej rodzimej kinematografii chyba żadnego tytułu, który równie zręcznie lawirowałby pomiędzy gatunkami – mamy tu więc i dramat obyczajowy z elementami romansu i kryminał ze sporą dawką czarnego (naprawdę czarnego) humoru.

Postacią centralną, wokół której wszystko się rozgrywa, jest Sabina, niezwykle naturalnie i delikatnie zagrana przez Agatę Buzek – jest ona, podobnie jak w zasadzie wszystkie, nawet drugoplanowe role w tym filmie przerysowana, momentami nawet balansująca na granicy śmieszności (ale jednak nigdy tej granicy nie przekraczająca, co uważam za istotne osiągnięcie reżysera). Sabina jest więc totalną szarą myszką, inteligentną, ale zahukaną, żyjącą niejako pod kloszem stworzonym przez dwie silne kobiety - swoją matkę i babkę (genialny duet Janda – Polony), których z kolei jedyną życiową ambicją wydaje się wydanie najmłodszej przedstawicielki rodu za mąż. Właśnie te swaty, mocno osadzone w szaroburej socjalistycznej rzeczywistości, są najzabawniejszymi fragmentami filmu – urocza i autentycznie śmieszna scena kolacji z barwnym wprawdzie, ale raczej „atrakcyjnym inaczej” potencjalnym kandydatem sprawia, że instynktownie zaczynamy życzyć naiwnej Sabinie lepszego losu.

Dlatego też pojawienie się iście bogartowskiego (łącznie z postawionym kołnierzem prochowca i nieodłącznym papierosem w ustach) amanta o męskiej urodzie Marcina Dorocińskiego wydaje się prawdziwym wybawieniem – Bronisław jest ucieleśnieniem zarówno dziewczęcych marzeń Sabiny, jej matki, jak i każdej kobiety fantazjującej od najmłodszych lat o  rycerzu na białym koniu.

Ale w tym filmie nic nie jest oczywiste – choć więc rozkwitający romans sprawia pozory idealnego, każdy średnio zaprawiony w bojach widz będzie miał przeczucie, że twórcy nie odpuszczą tak łatwo. I słusznie.

Najważniejszego zwrotu akcji nie zamierzam mimo wszystko zdradzać, jako że być może znajdzie się gdzieś jeszcze taki niedobitek jak ja, który zechce przekonać się na własne oczy, jak się ta zabawa kończy, dodam tylko, że mimo pozornego zagmatwania fabuły i pomieszania wątków, aż do końca ogląda się tę historię z zainteresowaniem.

Uprzedzam jednak, że jeśli ktoś lubi historie proste i przejrzyste, bez ironiczno-groteskowego zacięcia (trochę w stylu braci Coen, choć mnie momentami sposób opowiadania kojarzył się raczej z dawnymi obrazami Pedro Almodovara), temu „Rewers” nie przypadnie do gustu – zarówno życiowa postawa, jak i zachowanie głównych bohaterek w kluczowym momencie może wywołać u co wrażliwszych widzów zarówno niesmak, jak i dyskusję o moralności i etyce, ale jeśli ktoś potrafi spojrzeć na to z przymrużeniem oka, tego cała precyzyjnie uknuta przez pisarza i scenarzystę Barta i reżysera Lankosza intryga będzie po prostu bawić.

Jedynym lekkim „zgrzytem” dla mnie osobiście były wątki współczesne, z ucharakteryzowaną na staruszkę Buzek, choć przyznaję, że motyw z przewrotnym wykorzystaniem symbolu socjalistycznej władzy, czyli Pałacu Kultury i Nauki, jest naprawdę wyborny. Podobnie jak scena „konspiracyjnej” radości matki i córki po ogłoszeniu śmierci Stalina, przeciwstawiona wszechobecnej (oficjalnej) rozpaczy.

Mimo wszechobecnej w tej opowieści szarości i w ogólnym rozrachunku wesołości podszytej sporą dawką melancholii, refleksja, jaka pojawia się w głowie pod koniec filmu jest raczej optymistyczna – pokazuje bowiem, że niekiedy ze zła rodzi się coś dobrego, czego przykładem jest syn ubeka, reprezentujący całkiem inny świat i wartości niż ojciec. 

Na koniec mała zachęta dla miłośników jazzu – gwarantuję, że skomponowana przez Włodzimierza Pawlika rewelacyjna ścieżka dźwiękowa zostaje w głowie jeszcze długo po zakończonym seansie.

11:56, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (4) »