Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
O autorze
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Tu zaglądam
Ulubione wydawnictwa, których książki KUPUJĘ za ciężko zarobione pieniądze :)
Wishlist :)
Zaglądam i tu
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Kategorie: Wszystkie | Dźwięki | Obrazy | Słowa | To i owo
RSS
poniedziałek, 09 lutego 2009
Polecanka


To chyba u Padmy na blogu zetknęłam się pierwszy raz z tym tytułem. I jestem za tę inspirację niezmiernie wdzięczna, bo ostatnio jakoś niezbyt często zdarza mi się trafić na książkę, która przykuje moją uwagę równie intensywnie.

 

Nancy Huston w "Znamieniu", udało się bardzo sprawnie połączyć wciągającą sagę rodzinną z horrorem II Wojny Światowej w tle i przedstawić historię zwykłej na pierwszy rzut oka rodziny amerykańskich Żydów na tyle przewrotnie, że dopiero przy końcowych stronach tej szkatułkowej opowieści, obraz ukazuje nam się jako całość i wtedy dociera do nas prawdziwy dramatyzm tej opowieści.

 

Już sama struktura powieści może wydawać się lekko ryzykowna, ponieważ historia przedstawiona jest tu od końca, au rebours – każdy z czterech, autonomicznych rozdziałów poświęcony jest innemu członkowi rodziny, których poza więziami krwi łączy jeszcze fakt posiadania dość znaczącego znamienia na ciele, a także to, że wszyscy są sześciolatkami. Mamy więc do czynienia z czworgiem mocno nieletnich narratorów, a „akcja” rozpoczyna się w roku 2004 w Kalifornii, aby po zatoczeniu pełnego koła, przenieść się do Niemiec w roku 1945.

 

Jako pierwszego poznajemy Sola, rozpieszczonego i skupionego na sobie do granic możliwości jedynaka, którego zarówno język, jak i sposób myślenia wydają się nieco zbyt wysublimowane jak na poziom sześciolatka (nawet takiego, który uważa się za boga i ma ambicję podbicia świata, a jego zdolności korzystania z komputera i analizowania przyswajanych informacji są iście zatrważające) – ta część książki jest zdecydowanie najsłabsza, choć autorka jednocześnie jakby mimochodem wprowadza nas w świat tej rodziny, której tajemnice będziemy zgłębiać przez kolejne trzysta stron. Operacja usunięcia znamienia sześcioletniego Sola stanie się niejako katalizatorem następnych wydarzeń; ten rozdział kończy się powrotem do przeszłości, którego właściwy wydźwięk dotrze do nas dopiero po zapoznaniu się z częścią opowiedzianą przez prababkę chłopca, występującą w książce odpowiednio jako PB, światowej sławy śpiewaczka Erra, Kristina oraz ostatecznie Klarysa.

 

Wtedy to właśnie odkryjemy prawdziwy dramat, który wcześniej zostaje kilkakrotnie zasygnalizowany – Kristina, wychowywana przez modelową niemiecką rodzinę (i której jedną z ulubionych zabaw było wymyślanie podczas kąpieli z siostrą najzabawniejszego sposobu powiedzenia „Heil Hitler”), niedługo po swoich szóstych urodzinach i śmierci brata Lothara na wojnie, odkrywa, że całe jej dotychczasowe życie oparte było na kłamstwie, w rzeczywistości, bowiem nie jest wcale integralną częścią wychowującej ją rodziny, ale ofiarą programu znanego pod nazwą „germanizacja dzieci” lub „rabunek dzieci”, stworzonego przez Heinricha Himmlera w celu wyrównania niemieckich strat poniesionych w latach wojny. Przyjmuje się, że około 200 tysięcy dzieci, głównie z Polski, terenów Związku Radzieckiego czy Czech zostało uprowadzonych, z których część po pozytywnym przejściu surowej selekcji, oddano takim właśnie „modelowym” niemieckim i austriackim rodzinom, po wcześniejszej zmianie imienia i w wielu przypadkach, skutecznym wyczyszczeniu jakichkolwiek wspomnień.

 

I właśnie ta relacja sześcioletniej dziewczynki, dla której początkowo największym nieszczęściem wydaje się to, że upragnioną lalkę dostała na Gwiazdkę jej starsza siostra, a nie ona, która dowiadując się prawdy (a właściwie półprawdy) o swoim pochodzeniu, z godną podziwu determinacją uczy się „swojego” języka i planuje ucieczkę wraz z nowym „bratem”, ma w „Znamieniu” największą siłę rażenia.

 

Dużym plusem powieści jest fakt, iż to zderzenie dziecięcej narracji i tragicznej historii, dzięki lekkości pióra Nancy Huston, nie sprowadza się do wyciskającego łzy z oczu melodramatu, a powieść mimo nielekkiej tematyki, nie traci swoich walorów rozrywkowych. Dla niektórych być może to pominięte przeze mnie w powyższym opisie rozdziały poświęcone Randallowi i Sadie okażą się najciekawsze, ze względu na poruszaną w nich problematykę poszukiwania swojej żydowskiej tożsamości, podczas gdy inni mogą skoncentrować się wyłącznie na wątku skomplikowanych rodzinnych powiązań – tak czy inaczej, polecam „Znamię” jako niegłupią i naprawdę wciągającą lekturę, z której możemy przy okazji dowiedzieć się czegoś nowego. 

14:40, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (2) »
piątek, 06 lutego 2009
Music is my imaginary friend

Przedstawiam moją najnowszą muzyczną obsesję:

fiński zespół HUSKY RESCUE  - więcej tutaj

a tu mała próbka

 

 

 

 

czwartek, 05 lutego 2009
Śmierć i trochę iluzji w tle

 

Parsifal nie żyje - tak zaczyna się ta książka.

Parsifal był magikiem, przystojnym, czarującym, eleganckim - niemal doskonałym. Sabine, której przyjdzie prowadzić nas przez całą historię, to jego świeżo owdowiała żona i jednocześnie tytułowa wieloletnia asystentka. Trwała przy ukochanym mężczyźnie wiernie także podczas tego ostatniego występu, aż do końca nie mając pojęcia, że życie które wiedli, było jeszcze mniej prawdziwe od pokazywanych przez nich na scenie "magicznych" sztuczek.

Stopniowo odkrywamy w tej pozornie banalnej historii drugie dno - okazuje się, że Sabine i Parsifal nie byli zwykłym małżeństwem, ale od lat tkwili w dość nietypowym uczuciowym trójkącie; kiedy jednak wydaje się, że to już koniec niespodzianek, Ann Patchett wydobywa spod powierzchni kolejny fragment układanki i oto jesteśmy w tym samym miejscu co Sabine - dotykamy rąbka tajemniczej przeszłości jej męża. Z eskluzywnego i słonecznego świata Los Angeles przenosimy się wraz z nią do zapyziałej dziury w Nebrasce, w której Sabine całkiem niespodziewanie odnajdzie coś w rodzaju wewnętrznej równowagi, a nawet sensu życia. 

W takim suchym opisie nie brzmi to jakoś specjalnie intrygująco, ale zapewniam, że z żadnym tandetnym romansidłem ta książka nie ma nic wspólnego - uczucia tam opisywane dotyczą głównie nieżyjącego już Parsifala, a sama fabuła koncentruje się na niepotrafiącej poradzić sobie ze stratą ukochanej osoby Sabine oraz niespodziewanie odnalezionych członków nieznanej jej rodziny.

Z drugiej strony nie jest to żadne arcydzieło, ale też myślę, że Patchett nie miała aż takich ambicji - "Asystentka magika" to po prostu bardzo przyzwoicie napisana powieść obyczajowa, ze świetnie skrojonymi bohaterami (barwna paleta małomiasteczkowej rodziny zetknięta z całym blichtrem i luksusem życia w L.A.) i naprawdę interesującą fabułą z kilkoma niespodziewanymi skokami. Czytało się to bardzo przyjemnie, a jedynymi denerwującymi fragmentami były niby sny Sabine, z niekończącymi się dyskusjami  z również nieżyjącym już Phanem. No, dobrze, w międzyczasie pojawiły mi się też zastrzeżenia co do wiarygodności psychologicznej postaci matki, bo jakoś ciężko mi uwierzyć w to, że kochający rodzic potrafi niemal bez mrugnięcia okiem skreślić swoje dziecko (bez względu na to, czego by nie zrobiło) i przez kilkadziesiąt lat ograniczać się jedynie do oglądania dzień w dzień kasety z jego występem, nie próbując nawiązać z nim realnego kontaktu - no, ale może po prostu pewne problemy przerastają moje możliwości percepcji :)

Tak czy inaczej to całkiem niezła lektura na ciągnący się wieczór. 

22:24, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (2) »