Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
O autorze
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Tu zaglądam
Ulubione wydawnictwa, których książki KUPUJĘ za ciężko zarobione pieniądze :)
Wishlist :)
Zaglądam i tu
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Kategorie: Wszystkie | Dźwięki | Obrazy | Słowa | To i owo
RSS
niedziela, 24 stycznia 2010
Gargulec
Jakimś dziwnym trafem w ubiegłym roku ominął mnie szum związany z ukazaniem się "Gargulca" Andrew Davidsona - a może nie zwracałam na tę książkę uwagi, głęboko przekonana ("dzięki" mylącej okładce), że to jakieś "dziełko" z kategorii s-f, czyli chyba jedynej, z którą jakoś kompletnie mi nie po drodze.



Tymczasem okazało się, że ta debiutancka powieść młodego Kanadyjczyka jest mocno nieortodoksyjną wprawdzie, ale wciągającą opowieścią o miłości (chociaż dla mnie osobiście, i jak podejrzewam, nie jestem w swoim odczuciu odosobniona, zamieszczony w dobrej wierze "zachęcający" napis na okładce:  "O miłości wiecznej jak czas, silniejszej niż śmierć" kwalifikuje się do miana "pocałunku śmierci" dla opatrzonej nim książki).

No, ale do rzeczy - bezimiennego do końca bohatera poznajemy w szpitalu, kiedy dochodzi do siebie po wypadku samochodowym, w którym niemal spłonął żywcem i przyznam się, że na tym etapie, po niezwykle szczegółowych, bardzo realistycznych (i drastycznych!) opisach jego urazów i sposobów ich leczenia w zasadzie chyba bardziej współczułam mu, że nie dana była mu łaska nieświadomej śmierci w płomieniach...

Prawdziwą ironią losu jest jednak to, że mężczyzna przed wypadkiem był gwiazdorem porno, o aparycji młodego Adonisa, więc jak można się domyślić, przeistoczenie się w zniekształconego potwora automatycznie nasuwa na myśl perfidną karę za grzechy. A jednak kiedy bohater skupia całą swoją energię na doprowadzeniu się do stanu względnej używalności i opracowuje misterny i wyszukany plan popełnienia samobójstwa (jak tylko zostanie wypuszczony ze szpitala i "przywrócony" na łono społeczeństwa), nagle na scenie pojawia się Marianne Engel i cały ten wyszukany plan bierze w łeb.

Z pewnością nie mamy tu do czynienia z typową parą w powieści miłosnej - trąci to raczej duetami typu "piękna i bestia" czy "upiór w operze - Christine", z tą drobną różnicą, że Marianne również daleko do ideału - wszystko wskazuje, że cierpi ona na zaawansowaną chorobę psychiczną - jest uroczą i diabelsko utalentowaną, a także obdarzoną niezwykłą charyzmą schizofreniczką, co z kolei sugeruje nam dosyć jednoznacznie, że ta historia nie będzie miała happy endu - no bo niby jak?

Tak czy inaczej, przez 500 stron czytamy w zasadzie trzy książki - pierwsza i zasadnicza to ta, rozgrywająca się współcześnie - w której bohater mozolnie powraca do zdrowia, głównie dzięki oddaniu i bezgranicznej pomocy ekscentrycznej rzeźbiarki oraz kilku zaprzyjaźnionych osób; równocześnie Marianne stopniowo odkrywa nam historię sprzed 700 lat - historię tragicznego, ale wzruszającego i namiętnego uczucia, jakie połączyło młodą mniszkę i najemnika - w obu tych opowieściach pewne elementy splatają się ze sobą jakby w potwierdzeniu szalonej teorii Marianne, że współczesna historia jest tylko lustrzanym odzwierciedleniem tamtej wcześniejszej i jej dopełnieniem.

Trzecia wreszcie część to "seria podróżnicza", w której przenosimy się z Islandii, do Japonii, Włoch,  czy Anglii, poznając kolejne barwne postaci i ich tragiczne losy (moimi ulubionymi były zdecydowanie ta o wikingu - kryptogeju i Vicky, niestrudzenie wypatrującej zaginionego męża). W opinii większości te wtręty to najsłabsza część powieści, której zarzucano zbytni sentymentalizm, a momentami ocieranie się  wręcz o styl porównywalny z Coelho - ja jednak nie zgadzam się z tym zdaniem - owszem, te historie były może łzawe, ale jednocześnie stanowiły chwilę oddechu od przytłaczającej chwilami historii Marianne i jej ukochanego.

Reasumując, ja "Gargulca" dosłownie pochłonęłam, choć wiele wskazywało na to, że ta książka nie przypadnie mi do gustu - uwielbiam takie niespodzianki! I mimo, że nie uważam tej powieści za arcydzieło (chociaż z drugiej strony życzyłabym każdemu debiutantowi stworzenia podobnego "niearcydzieła"), mam przeczucie, że coś z tej historii zostanie w głowie na dłużej, pomijając już fakt, że być może dzięki A. Davidsonowi wróci moda na czytanie Dantego :) W zasadzie "Gargulec" i "Boska komedia" powinny być od razu sprzedawane w jakimś dwupaku...


15:08, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Ktoś we mnie
W zasadzie po tej wyczerpującej podwójnej recenzji nie zostaje wiele do dodania na temat "Kogoś we mnie" Sary Waters - zresztą pewnie ci, którzy lubią tę autorkę i / lub powieści paragotyckie, z tzw. klimatem i akcją osadzoną na angielskiej prowincji, w nawiedzonym dworze, pewnie już mają tę lekturę dawno za sobą, lub też wcale nie potrzebują dodatkowej zachęty by po nią sięgnąć.



Rozpoczynając tę lekturę, miałam mieszane uczucia, bojąc się trochę przegadania czy też przekombinowania w którąkolwiek stronę - a jednak od pierwszych stron wciągnęła mnie ta snuta leniwie przez wiejskiego lekarza opowieść o zubożałej rodzinie, której z dawnych czasów świetności pozostał powoli i nieubłaganie chylący się ku upadkowi dom.

Podobała mi się postać nieatrakcyjnej Caroline, młodej kobiety z determinacją walczącej o utrzymanie status quo i starającej się za wszelką cenę zachować resztki godności i zdrowego rozsądku. Natomiast od samego początku drażnił mnie niepomiernie narrator, czyli doktor Faraday, początkowo sprawiający wrażenie obiektywnego obserwatora, ale z każdą kolejną stroną coraz mocniej i głębiej wikłającego się w życie rodziny Ayresów - nie podobało mi się jego skrywane, ale wszechobecne poczucie niższości, momentami przypominające raczej zawiść w stosunku do lepiej urodzonych, nie podobała mi się też ta jego pozorna uczciwość i chęć niesienia pomocy, o którą tak naprawdę nikt go nie prosił. Nie będę zdradzać zakończenia, które zresztą jest faktycznie na tyle otwarte, że dopuszcza pewną dowolność interpretacji, aczkolwiek mocno skłaniam się ku wersji opisanej przez ewenement .


Tak czy inaczej cieszy mnie niezmiernie, że są jeszcze współcześni pisarze, którzy nie pożegnali się z tradycyjną powieścią na dobre i raz na jakiś czas umożliwiają czytelnikom spędzenie kilku godzin z książką, która nie przypomina żadnych językowych ani stylistycznych eksperymentów, tylko pozwala na zanurzenie się w ciekawie opowiedzianej historii.


13:04, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (8) »
piątek, 15 stycznia 2010
Czytelniczka znakomita

Nie, nie - tytuł wpisu nie jest uderzającym skromnością opisem mojej osoby :)                                                                     

       

Literacko rok zaczął mi się sympatycznie – oby tylko ta szlachetna tendencja zechciała się utrzymać (i rozszerzyć na inne kategorie życiowe)…

Jednym z pierwszych przeczytanych przeze mnie tytułów, była „Czytelniczka znakomita” (w oryginale „The Uncommon Reader”) Alana Bennetta, czyli książka, na którą polowałam od dłuższego już czasu, święcie przekonana, że raczej nie doczekam się polskiego tłumaczenia – jakaż więc była moja radość, kiedy odwiedzając niedawno zaprzyjaźnioną bibliotekę, natknęłam się na to wśród nowości!

 

Sama książeczka jest niewielka i do „połknięcia” w jeden wieczór, ale zapewniam, że niewymuszone poczucie humoru i bezpretensjonalny język autora sprawią, że będzie to bardzo miło spędzony wieczór. W dodatku któż z nas nie miałby ochotę na identyfikowanie się z samą królową angielską, bo to ona jest ową tytułową znakomitością. Oto mamy starzejącą się królową, która przypadkowo odkrywa w sobie czytelniczy zapał. Zamiast więc skupić się na swoich dotychczasowych zajęciach (o dużej wadze państwowej oczywiście), zaczyna pochłaniać kolejne dzieła literackie, wszystko inne odsuwając stopniowo na boczny tor – piękna jest scena jazdy karocą na jakąś uroczystość państwową, kiedy królowa macha ręką przez okno do poddanych, nie roniąc jednocześnie ani słowa z czytanej ukradkiem książki.   

Jednak to nie fabuła jest tu najważniejsza – dziełko Bennetta jest po prostu peanem na cześć czytelnictwa, a w poszczególnych nawykach odkrywanych stopniowo przez królową, odnajdzie się zapewne większość z moli książkowych. Mamy tu np. opisany precedens, kiedy to królowa, będąca prawdziwym okazem zdrowia, nagle tajemniczo „zaniemogła” i postanowiła zostać w łóżku, oficjalnie lecząc katar, podczas gdy tak naprawdę nie chciała po prostu rozstawać się z wciągającą lekturą – brzmi znajomo? :) Takich perełek jest tu co niemiara, a ciepło i sympatia (choć nie pozbawiona złośliwości), z jakimi autor opisuje perypetie tej niezwykłej czytelniczki sprawiły, że z moich ust przez całą lekturę nie znikał uśmiech.                          

 

Szczerze polecam.                                                          

Dodam tylko, że w Polsce tytuł ten ukazał się nakładem wydawnictwa "Media Rodzina".

 

10:17, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (3) »
czwartek, 14 stycznia 2010
Sir, my name is Eyre, Jane Eyre

Miało być o książkach, ale co ja na to poradzę, że w międzyczasie obejrzałam film, który w mojej osobistej klasyfikacji zekranizowanej klasyki uplasował się automatycznie w pierwszej trójce, tuż obok kultowej już „Dumy i Uprzedzenia” (rzecz jasna mam na myśli serial z Colinem Firth’em i Jennifer Ehle) i nie mniej kultowej dla mnie „Północy – Południe”.

Tym, co wzbudziło we mnie taką ekscytację, przykuło mnie do kanapy na cztery bite godziny  i wywołało u mnie niemalże ślinotok, jest cztero- (lub dwu – w zależności od wersji) częściowy miniserial BBC „Dziwne losy Jane Eyre” z 2006 roku. Od razu mówię – każda z poprzednich wersji niech się przy tej schowa, bo naprawdę już dawno nie widziałam tak rewelacyjnie dobranej pary głównych aktorów, jak tutaj!

Odtwarzana przez Ruth Wilson Jane Eyre, która notabene jest jedną z moich ulubionych postaci literackich (tuż obok Elizabeth Bennet, z którą zresztą, zaryzykowałabym stwierdzenie, mogłyby przypaść sobie do gustu) jest wreszcie kobietą z krwi i kości, zgodnie z zamierzeniem Charlotte Bronte, a nie jakąś cierpiętniczą ciapą – jest cudownie złośliwa i choć momentami drażni mnie jej widzenie świata wyłącznie w czerni lub bieli, bez żadnych odcieni pośrednich, to polubiłam ją od pierwszych minut. Być może jedynym „zarzutem”, jaki mogłabym jej postawić, jest nadmierna uroda aktorki, która, choć bezlitośnie tłamszona przez większość filmu, niekiedy wyrywa się na wolność i wtedy możemy być w szoku, że ta nieładna Jane jest w rzeczywistości ładna i to bardzo…

W filmie nie zabrakło także jednego z moich ulubionych fragmentów, czyli rozmowy młodziutkiej Jane (rewelacyjna Georgie Henley) z dyrektorem szkoły (niestety chwilowo nie mam pod ręką tłumaczenia, więc cytuję oryginał):

“Do you know where the wicked go after death?"

"They go to hell," was my ready and orthodox answer.

"And what is hell?  Can you tell me that?"

"A pit full of fire."

"And should you like to fall into that pit, and to be burning there for ever?"

"No, sir."

"What must you do to avoid it?"

I deliberated a moment; my answer, when it did come, was objectionable:  

 "I must keep in good health, and not die."

Zapewniam, że dalej jest tylko lepiej…

Co do pana Rochestera natomiast, to Toby Stephens zasługuje na oddzielny wpis – on jest dla mnie żywą definicją słowa „charyzma”, a to, jak zagrał tego namiętnego i inteligentnego brzydala rozkochując w sobie zarówno Jane Eyre, jak i chyba wszystkie oglądające tę ekranizację panie w dowolnym wieku, jest dla mnie mistrzostwem świata. Oczywiście wiem, że to jest świetny aktor i to nie była przecież jego pierwsza rola, ale życzyłabym każdemu, żeby każdy miał szansę stworzenia postaci tego formatu.

 

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że mój poziom ekscytacji tym mini-serialem może się wydać mocno przesadzony, a dodam tylko, że oglądałam go już kilka tygodni temu, więc przez ten czas moje emocje i tak się ostudziły, ale jeśli ktoś:

a)     lubi klasykę, bez względu na to czy czytał czy nie „Dziwne losy Jane Eyre”

b)    lubi filmy kostiumowe

c)     wie, co znaczy adaptacja spod znaku BBC

d)    kocha Toby’ego Stephensa

e)     ma duszę romantycznej pensjonarki, choćby ukrytą głęboko pod warstwą nowoczesnej asertywności i przebojowości

f)      odczuwa nieodpartą wewnętrzną potrzebę zgrzytania z zazdrości na widok niesamowitej chemii na ekranie, która tak rzadko ma miejsce w prawdziwym życiu

to lepiej niech się od razu zabiera do szukania tego filmu :), a raczej nie pożałuje tych kilku godzin, spędzonych w Thornfield Hall.

 

10:40, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (5) »
środa, 13 stycznia 2010
freakowe wishful thinking

Połowa stycznia już praktycznie za plecami, więc i na życzenia noworoczne, czy też podsumowania minionego roku trochę już za późno. Zresztą tyle tego przewija się na sąsiednich blogach, że można sobie te bliźniacze podsumowania przeglądać do woli / znudzenia.

Postanowień tradycyjnie staram się nie robić, żeby z kolejnymi miesiącami nie pluć sobie w brodę i nie krzywić z niezadowoleniem na widok listy stającej się coraz to większym wyrzutem sumienia.

Jako że jednak od wszystkiego są wyjątki, życzyłabym sobie i podobnym mnie maniakom, żeby ten rok okazał się, jeśli nie lepszy, to przynajmniej nie gorszy pod względem literackich odkryć. I (to już tzw. życzenia mobilizujące) może także większej samodyscypliny w zamieszczaniu notek o lekturach, którymi zdecyduję się podzielić z innymi freakami.

Wreszcie last but not least, chciałabym utrzymać wysoką w miarę możliwości selektywność moich lektur - tzn unikać wciskającego się nachalnie zewsząd chłamu z pierwszych list bestsellerów, a pozwolić sobie raczej na refleksyjny i niespieszny powrót do klasyki i poznawanie autorów czy dzieł, które są tego warte. Najzwyczajniej w świecie szkoda mi czasu na kiepskie książki, więc głupawym czytadłom mówię zdecydowane NIE - już raczej wolę poprzeglądać sobie słownik :)

Od dłuższego czasu staram się ograniczać kupowanie książek i tego też będę się trzymać - odkryłam już kiedyś, że istnieje zasadnicza różnica pomiędzy "chcę to przeczytać", a "koniecznie muszę to mieć", bo pomijając lektury wybitne / klasykę czy też opracowania para- i naukowe, do ktorych się wraca, gros tego, co przewija się przez moje ręce i mieszkanie to lektury jednorazowe. A co za tym idzie - zbieracze kurzu i tyle. Tak więc czytanie jak najbardziej, kupowanie też, ale z włączoną opcją zdroworozsądkową.

So be it.

A o styczniowych lekturach jeszcze porozmawiamy :)