Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
O autorze
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Tu zaglądam
Zaglądam i tu
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Kategorie: Wszystkie | Dźwięki | Obrazy | Słowa | To i owo
RSS
środa, 03 lutego 2010
Retro freak

Dziś będzie o filmie, który pewnie wszyscy i tak już dawno obejrzeli (ale to, że mam spóźniony zapłon nie oznacza przecież, że nie mogę się podzielić refleksjami po seansie :))

Debiutancki film nagrodzonego tegorocznym Paszportem Polityki Borysa Lankosza jest świetnym dowodem na to, że polskie kino wreszcie złapało wiatr w żagle, co powinno usatysfakcjonować wszystkich kinomanów z choćby szczątkowym zacięciem patriotycznym. Miło jest bowiem obejrzeć dla odmiany bez uczucia zażenowania, a nawet z niejaką dumą bardzo przyzwoicie przedstawioną historię osadzoną w  polskiej rzeczywistości.

Nie zamierzam twierdzić, że „Rewers” jest dziełem wybitnym i nie boli mnie jakoś specjalnie to, że hollywoodzka socjeta nie dopuściła go do wyścigu o tegoroczne Oscary – mnie, jako zwykłemu, choć stosunkowo wymagającemu widzowi w zupełności wystarcza fakt, że opowieść ta zapewniła mi półtoragodzinną godziwą rozrywkę i świadomość, że nie był to czas stracony.

Do rzeczy jednak.

Już sam tytuł filmu sugeruje, że mamy do czynienia ze światem odwróconym, z drugą, zazwyczaj ukrytą stroną – w tym konkretnym przypadku może to dotyczyć zarówno oryginalnego sposobu przedstawienia czasów powojennych (akcja toczy się w latach 50. ub. wieku), zderzenia czarno-białej przeszłości z kolorową współczesnością, czy też naprawdę skrajnego przeciwstawienia sobie dwóch najważniejszych męskich postaci w życiu bohaterki.

Myślę, że jedną z największych zalet „Rewersu” jest to, że niełatwo jest go sklasyfikować – nie przypominam sobie w naszej rodzimej kinematografii chyba żadnego tytułu, który równie zręcznie lawirowałby pomiędzy gatunkami – mamy tu więc i dramat obyczajowy z elementami romansu i kryminał ze sporą dawką czarnego (naprawdę czarnego) humoru.

Postacią centralną, wokół której wszystko się rozgrywa, jest Sabina, niezwykle naturalnie i delikatnie zagrana przez Agatę Buzek – jest ona, podobnie jak w zasadzie wszystkie, nawet drugoplanowe role w tym filmie przerysowana, momentami nawet balansująca na granicy śmieszności (ale jednak nigdy tej granicy nie przekraczająca, co uważam za istotne osiągnięcie reżysera). Sabina jest więc totalną szarą myszką, inteligentną, ale zahukaną, żyjącą niejako pod kloszem stworzonym przez dwie silne kobiety - swoją matkę i babkę (genialny duet Janda – Polony), których z kolei jedyną życiową ambicją wydaje się wydanie najmłodszej przedstawicielki rodu za mąż. Właśnie te swaty, mocno osadzone w szaroburej socjalistycznej rzeczywistości, są najzabawniejszymi fragmentami filmu – urocza i autentycznie śmieszna scena kolacji z barwnym wprawdzie, ale raczej „atrakcyjnym inaczej” potencjalnym kandydatem sprawia, że instynktownie zaczynamy życzyć naiwnej Sabinie lepszego losu.

Dlatego też pojawienie się iście bogartowskiego (łącznie z postawionym kołnierzem prochowca i nieodłącznym papierosem w ustach) amanta o męskiej urodzie Marcina Dorocińskiego wydaje się prawdziwym wybawieniem – Bronisław jest ucieleśnieniem zarówno dziewczęcych marzeń Sabiny, jej matki, jak i każdej kobiety fantazjującej od najmłodszych lat o  rycerzu na białym koniu.

Ale w tym filmie nic nie jest oczywiste – choć więc rozkwitający romans sprawia pozory idealnego, każdy średnio zaprawiony w bojach widz będzie miał przeczucie, że twórcy nie odpuszczą tak łatwo. I słusznie.

Najważniejszego zwrotu akcji nie zamierzam mimo wszystko zdradzać, jako że być może znajdzie się gdzieś jeszcze taki niedobitek jak ja, który zechce przekonać się na własne oczy, jak się ta zabawa kończy, dodam tylko, że mimo pozornego zagmatwania fabuły i pomieszania wątków, aż do końca ogląda się tę historię z zainteresowaniem.

Uprzedzam jednak, że jeśli ktoś lubi historie proste i przejrzyste, bez ironiczno-groteskowego zacięcia (trochę w stylu braci Coen, choć mnie momentami sposób opowiadania kojarzył się raczej z dawnymi obrazami Pedro Almodovara), temu „Rewers” nie przypadnie do gustu – zarówno życiowa postawa, jak i zachowanie głównych bohaterek w kluczowym momencie może wywołać u co wrażliwszych widzów zarówno niesmak, jak i dyskusję o moralności i etyce, ale jeśli ktoś potrafi spojrzeć na to z przymrużeniem oka, tego cała precyzyjnie uknuta przez pisarza i scenarzystę Barta i reżysera Lankosza intryga będzie po prostu bawić.

Jedynym lekkim „zgrzytem” dla mnie osobiście były wątki współczesne, z ucharakteryzowaną na staruszkę Buzek, choć przyznaję, że motyw z przewrotnym wykorzystaniem symbolu socjalistycznej władzy, czyli Pałacu Kultury i Nauki, jest naprawdę wyborny. Podobnie jak scena „konspiracyjnej” radości matki i córki po ogłoszeniu śmierci Stalina, przeciwstawiona wszechobecnej (oficjalnej) rozpaczy.

Mimo wszechobecnej w tej opowieści szarości i w ogólnym rozrachunku wesołości podszytej sporą dawką melancholii, refleksja, jaka pojawia się w głowie pod koniec filmu jest raczej optymistyczna – pokazuje bowiem, że niekiedy ze zła rodzi się coś dobrego, czego przykładem jest syn ubeka, reprezentujący całkiem inny świat i wartości niż ojciec. 

Na koniec mała zachęta dla miłośników jazzu – gwarantuję, że skomponowana przez Włodzimierza Pawlika rewelacyjna ścieżka dźwiękowa zostaje w głowie jeszcze długo po zakończonym seansie.

11:56, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (2) »
niedziela, 24 stycznia 2010
Gargulec
Jakimś dziwnym trafem w ubiegłym roku ominął mnie szum związany z ukazaniem się "Gargulca" Andrew Davidsona - a może nie zwracałam na tę książkę uwagi, głęboko przekonana ("dzięki" mylącej okładce), że to jakieś "dziełko" z kategorii s-f, czyli chyba jedynej, z którą jakoś kompletnie mi nie po drodze.



Tymczasem okazało się, że ta debiutancka powieść młodego Kanadyjczyka jest mocno nieortodoksyjną wprawdzie, ale wciągającą opowieścią o miłości (chociaż dla mnie osobiście, i jak podejrzewam, nie jestem w swoim odczuciu odosobniona, zamieszczony w dobrej wierze "zachęcający" napis na okładce:  "O miłości wiecznej jak czas, silniejszej niż śmierć" kwalifikuje się do miana "pocałunku śmierci" dla opatrzonej nim książki).

No, ale do rzeczy - bezimiennego do końca bohatera poznajemy w szpitalu, kiedy dochodzi do siebie po wypadku samochodowym, w którym niemal spłonął żywcem i przyznam się, że na tym etapie, po niezwykle szczegółowych, bardzo realistycznych (i drastycznych!) opisach jego urazów i sposobów ich leczenia w zasadzie chyba bardziej współczułam mu, że nie dana była mu łaska nieświadomej śmierci w płomieniach...

Prawdziwą ironią losu jest jednak to, że mężczyzna przed wypadkiem był gwiazdorem porno, o aparycji młodego Adonisa, więc jak można się domyślić, przeistoczenie się w zniekształconego potwora automatycznie nasuwa na myśl perfidną karę za grzechy. A jednak kiedy bohater skupia całą swoją energię na doprowadzeniu się do stanu względnej używalności i opracowuje misterny i wyszukany plan popełnienia samobójstwa (jak tylko zostanie wypuszczony ze szpitala i "przywrócony" na łono społeczeństwa), nagle na scenie pojawia się Marianne Engel i cały ten wyszukany plan bierze w łeb.

Z pewnością nie mamy tu do czynienia z typową parą w powieści miłosnej - trąci to raczej duetami typu "piękna i bestia" czy "upiór w operze - Christine", z tą drobną różnicą, że Marianne również daleko do ideału - wszystko wskazuje, że cierpi ona na zaawansowaną chorobę psychiczną - jest uroczą i diabelsko utalentowaną, a także obdarzoną niezwykłą charyzmą schizofreniczką, co z kolei sugeruje nam dosyć jednoznacznie, że ta historia nie będzie miała happy endu - no bo niby jak?

Tak czy inaczej, przez 500 stron czytamy w zasadzie trzy książki - pierwsza i zasadnicza to ta, rozgrywająca się współcześnie - w której bohater mozolnie powraca do zdrowia, głównie dzięki oddaniu i bezgranicznej pomocy ekscentrycznej rzeźbiarki oraz kilku zaprzyjaźnionych osób; równocześnie Marianne stopniowo odkrywa nam historię sprzed 700 lat - historię tragicznego, ale wzruszającego i namiętnego uczucia, jakie połączyło młodą mniszkę i najemnika - w obu tych opowieściach pewne elementy splatają się ze sobą jakby w potwierdzeniu szalonej teorii Marianne, że współczesna historia jest tylko lustrzanym odzwierciedleniem tamtej wcześniejszej i jej dopełnieniem.

Trzecia wreszcie część to "seria podróżnicza", w której przenosimy się z Islandii, do Japonii, Włoch,  czy Anglii, poznając kolejne barwne postaci i ich tragiczne losy (moimi ulubionymi były zdecydowanie ta o wikingu - kryptogeju i Vicky, niestrudzenie wypatrującej zaginionego męża). W opinii większości te wtręty to najsłabsza część powieści, której zarzucano zbytni sentymentalizm, a momentami ocieranie się  wręcz o styl porównywalny z Coelho - ja jednak nie zgadzam się z tym zdaniem - owszem, te historie były może łzawe, ale jednocześnie stanowiły chwilę oddechu od przytłaczającej chwilami historii Marianne i jej ukochanego.

Reasumując, ja "Gargulca" dosłownie pochłonęłam, choć wiele wskazywało na to, że ta książka nie przypadnie mi do gustu - uwielbiam takie niespodzianki! I mimo, że nie uważam tej powieści za arcydzieło (chociaż z drugiej strony życzyłabym każdemu debiutantowi stworzenia podobnego "niearcydzieła"), mam przeczucie, że coś z tej historii zostanie w głowie na dłużej, pomijając już fakt, że być może dzięki A. Davidsonowi wróci moda na czytanie Dantego :) W zasadzie "Gargulec" i "Boska komedia" powinny być od razu sprzedawane w jakimś dwupaku...


15:08, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Ktoś we mnie
W zasadzie po tej wyczerpującej podwójnej recenzji nie zostaje wiele do dodania na temat "Kogoś we mnie" Sary Waters - zresztą pewnie ci, którzy lubią tę autorkę i / lub powieści paragotyckie, z tzw. klimatem i akcją osadzoną na angielskiej prowincji, w nawiedzonym dworze, pewnie już mają tę lekturę dawno za sobą, lub też wcale nie potrzebują dodatkowej zachęty by po nią sięgnąć.



Rozpoczynając tę lekturę, miałam mieszane uczucia, bojąc się trochę przegadania czy też przekombinowania w którąkolwiek stronę - a jednak od pierwszych stron wciągnęła mnie ta snuta leniwie przez wiejskiego lekarza opowieść o zubożałej rodzinie, której z dawnych czasów świetności pozostał powoli i nieubłaganie chylący się ku upadkowi dom.

Podobała mi się postać nieatrakcyjnej Caroline, młodej kobiety z determinacją walczącej o utrzymanie status quo i starającej się za wszelką cenę zachować resztki godności i zdrowego rozsądku. Natomiast od samego początku drażnił mnie niepomiernie narrator, czyli doktor Faraday, początkowo sprawiający wrażenie obiektywnego obserwatora, ale z każdą kolejną stroną coraz mocniej i głębiej wikłającego się w życie rodziny Ayresów - nie podobało mi się jego skrywane, ale wszechobecne poczucie niższości, momentami przypominające raczej zawiść w stosunku do lepiej urodzonych, nie podobała mi się też ta jego pozorna uczciwość i chęć niesienia pomocy, o którą tak naprawdę nikt go nie prosił. Nie będę zdradzać zakończenia, które zresztą jest faktycznie na tyle otwarte, że dopuszcza pewną dowolność interpretacji, aczkolwiek mocno skłaniam się ku wersji opisanej przez ewenement .


Tak czy inaczej cieszy mnie niezmiernie, że są jeszcze współcześni pisarze, którzy nie pożegnali się z tradycyjną powieścią na dobre i raz na jakiś czas umożliwiają czytelnikom spędzenie kilku godzin z książką, która nie przypomina żadnych językowych ani stylistycznych eksperymentów, tylko pozwala na zanurzenie się w ciekawie opowiedzianej historii.


13:04, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (8) »
piątek, 15 stycznia 2010
Czytelniczka znakomita

Nie, nie - tytuł wpisu nie jest uderzającym skromnością opisem mojej osoby :)                                                                     

       

Literacko rok zaczął mi się sympatycznie – oby tylko ta szlachetna tendencja zechciała się utrzymać (i rozszerzyć na inne kategorie życiowe)…

Jednym z pierwszych przeczytanych przeze mnie tytułów, była „Czytelniczka znakomita” (w oryginale „The Uncommon Reader”) Alana Bennetta, czyli książka, na którą polowałam od dłuższego już czasu, święcie przekonana, że raczej nie doczekam się polskiego tłumaczenia – jakaż więc była moja radość, kiedy odwiedzając niedawno zaprzyjaźnioną bibliotekę, natknęłam się na to wśród nowości!

 

Sama książeczka jest niewielka i do „połknięcia” w jeden wieczór, ale zapewniam, że niewymuszone poczucie humoru i bezpretensjonalny język autora sprawią, że będzie to bardzo miło spędzony wieczór. W dodatku któż z nas nie miałby ochotę na identyfikowanie się z samą królową angielską, bo to ona jest ową tytułową znakomitością. Oto mamy starzejącą się królową, która przypadkowo odkrywa w sobie czytelniczy zapał. Zamiast więc skupić się na swoich dotychczasowych zajęciach (o dużej wadze państwowej oczywiście), zaczyna pochłaniać kolejne dzieła literackie, wszystko inne odsuwając stopniowo na boczny tor – piękna jest scena jazdy karocą na jakąś uroczystość państwową, kiedy królowa macha ręką przez okno do poddanych, nie roniąc jednocześnie ani słowa z czytanej ukradkiem książki.   

Jednak to nie fabuła jest tu najważniejsza – dziełko Bennetta jest po prostu peanem na cześć czytelnictwa, a w poszczególnych nawykach odkrywanych stopniowo przez królową, odnajdzie się zapewne większość z moli książkowych. Mamy tu np. opisany precedens, kiedy to królowa, będąca prawdziwym okazem zdrowia, nagle tajemniczo „zaniemogła” i postanowiła zostać w łóżku, oficjalnie lecząc katar, podczas gdy tak naprawdę nie chciała po prostu rozstawać się z wciągającą lekturą – brzmi znajomo? :) Takich perełek jest tu co niemiara, a ciepło i sympatia (choć nie pozbawiona złośliwości), z jakimi autor opisuje perypetie tej niezwykłej czytelniczki sprawiły, że z moich ust przez całą lekturę nie znikał uśmiech.                          

 

Szczerze polecam.                                                          

Dodam tylko, że w Polsce tytuł ten ukazał się nakładem wydawnictwa "Media Rodzina".

 

10:17, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (3) »
czwartek, 14 stycznia 2010
Sir, my name is Eyre, Jane Eyre

Miało być o książkach, ale co ja na to poradzę, że w międzyczasie obejrzałam film, który w mojej osobistej klasyfikacji zekranizowanej klasyki uplasował się automatycznie w pierwszej trójce, tuż obok kultowej już „Dumy i Uprzedzenia” (rzecz jasna mam na myśli serial z Colinem Firth’em i Jennifer Ehle) i nie mniej kultowej dla mnie „Północy – Południe”.

Tym, co wzbudziło we mnie taką ekscytację, przykuło mnie do kanapy na cztery bite godziny  i wywołało u mnie niemalże ślinotok, jest cztero- (lub dwu – w zależności od wersji) częściowy miniserial BBC „Dziwne losy Jane Eyre” z 2006 roku. Od razu mówię – każda z poprzednich wersji niech się przy tej schowa, bo naprawdę już dawno nie widziałam tak rewelacyjnie dobranej pary głównych aktorów, jak tutaj!

Odtwarzana przez Ruth Wilson Jane Eyre, która notabene jest jedną z moich ulubionych postaci literackich (tuż obok Elizabeth Bennet, z którą zresztą, zaryzykowałabym stwierdzenie, mogłyby przypaść sobie do gustu) jest wreszcie kobietą z krwi i kości, zgodnie z zamierzeniem Charlotte Bronte, a nie jakąś cierpiętniczą ciapą – jest cudownie złośliwa i choć momentami drażni mnie jej widzenie świata wyłącznie w czerni lub bieli, bez żadnych odcieni pośrednich, to polubiłam ją od pierwszych minut. Być może jedynym „zarzutem”, jaki mogłabym jej postawić, jest nadmierna uroda aktorki, która, choć bezlitośnie tłamszona przez większość filmu, niekiedy wyrywa się na wolność i wtedy możemy być w szoku, że ta nieładna Jane jest w rzeczywistości ładna i to bardzo…

W filmie nie zabrakło także jednego z moich ulubionych fragmentów, czyli rozmowy młodziutkiej Jane (rewelacyjna Georgie Henley) z dyrektorem szkoły (niestety chwilowo nie mam pod ręką tłumaczenia, więc cytuję oryginał):

“Do you know where the wicked go after death?"

"They go to hell," was my ready and orthodox answer.

"And what is hell?  Can you tell me that?"

"A pit full of fire."

"And should you like to fall into that pit, and to be burning there for ever?"

"No, sir."

"What must you do to avoid it?"

I deliberated a moment; my answer, when it did come, was objectionable:  

 "I must keep in good health, and not die."

Zapewniam, że dalej jest tylko lepiej…

Co do pana Rochestera natomiast, to Toby Stephens zasługuje na oddzielny wpis – on jest dla mnie żywą definicją słowa „charyzma”, a to, jak zagrał tego namiętnego i inteligentnego brzydala rozkochując w sobie zarówno Jane Eyre, jak i chyba wszystkie oglądające tę ekranizację panie w dowolnym wieku, jest dla mnie mistrzostwem świata. Oczywiście wiem, że to jest świetny aktor i to nie była przecież jego pierwsza rola, ale życzyłabym każdemu, żeby każdy miał szansę stworzenia postaci tego formatu.

 

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że mój poziom ekscytacji tym mini-serialem może się wydać mocno przesadzony, a dodam tylko, że oglądałam go już kilka tygodni temu, więc przez ten czas moje emocje i tak się ostudziły, ale jeśli ktoś:

a)     lubi klasykę, bez względu na to czy czytał czy nie „Dziwne losy Jane Eyre”

b)    lubi filmy kostiumowe

c)     wie, co znaczy adaptacja spod znaku BBC

d)    kocha Toby’ego Stephensa

e)     ma duszę romantycznej pensjonarki, choćby ukrytą głęboko pod warstwą nowoczesnej asertywności i przebojowości

f)      odczuwa nieodpartą wewnętrzną potrzebę zgrzytania z zazdrości na widok niesamowitej chemii na ekranie, która tak rzadko ma miejsce w prawdziwym życiu

to lepiej niech się od razu zabiera do szukania tego filmu :), a raczej nie pożałuje tych kilku godzin, spędzonych w Thornfield Hall.

 

10:40, jeanne_n , Obrazy
Link Komentarze (3) »
środa, 13 stycznia 2010
freakowe wishful thinking

Połowa stycznia już praktycznie za plecami, więc i na życzenia noworoczne, czy też podsumowania minionego roku trochę już za późno. Zresztą tyle tego przewija się na sąsiednich blogach, że można sobie te bliźniacze podsumowania przeglądać do woli / znudzenia.

Postanowień tradycyjnie staram się nie robić, żeby z kolejnymi miesiącami nie pluć sobie w brodę i nie krzywić z niezadowoleniem na widok listy stającej się coraz to większym wyrzutem sumienia.

Jako że jednak od wszystkiego są wyjątki, życzyłabym sobie i podobnym mnie maniakom, żeby ten rok okazał się, jeśli nie lepszy, to przynajmniej nie gorszy pod względem literackich odkryć. I (to już tzw. życzenia mobilizujące) może także większej samodyscypliny w zamieszczaniu notek o lekturach, którymi zdecyduję się podzielić z innymi freakami.

Wreszcie last but not least, chciałabym utrzymać wysoką w miarę możliwości selektywność moich lektur - tzn unikać wciskającego się nachalnie zewsząd chłamu z pierwszych list bestsellerów, a pozwolić sobie raczej na refleksyjny i niespieszny powrót do klasyki i poznawanie autorów czy dzieł, które są tego warte. Najzwyczajniej w świecie szkoda mi czasu na kiepskie książki, więc głupawym czytadłom mówię zdecydowane NIE - już raczej wolę poprzeglądać sobie słownik :)

Od dłuższego czasu staram się ograniczać kupowanie książek i tego też będę się trzymać - odkryłam już kiedyś, że istnieje zasadnicza różnica pomiędzy "chcę to przeczytać", a "koniecznie muszę to mieć", bo pomijając lektury wybitne / klasykę czy też opracowania para- i naukowe, do ktorych się wraca, gros tego, co przewija się przez moje ręce i mieszkanie to lektury jednorazowe. A co za tym idzie - zbieracze kurzu i tyle. Tak więc czytanie jak najbardziej, kupowanie też, ale z włączoną opcją zdroworozsądkową.

So be it.

A o styczniowych lekturach jeszcze porozmawiamy :)

wtorek, 24 listopada 2009
Diabeł z pudełka

Znów długo mnie nie było… Właściwie nie mam żadnego sensownego wytłumaczenia, ot po prostu tak mi się życie ułożyło, że ten wirtualny zakątek, który sobie stworzyłam jakiś czas temu, ustąpił tzw. „realowi” – w zasadzie powinnam się cieszyć, bo oznacza to ni mniej ni więcej, że wróciłam do świata żywych i zaczęłam znowu funkcjonować w społeczeństwie, ale oczywiście wiąże się z tym i ciemna strona mocy, czyli permanentny brak czasu na cokolwiek, co nie jest pracą, lub też szykowaniem się i drogą do i z niej.

Ale radzę sobie jak potrafię, głównie odwiedzając zaprzyjaźnioną bibliotekę (która okazała się niespodziewanym bonusem mojej przeprowadzki) i gromadząc zapasy książkowo-filmowe (bo czymże byłby książkowy freak bez zalegających po wszystkich kątach tomów i tomiszczy?) na lepsze czasy… Zaczynam też nabierać biegłości w autobusowej czytelniczej ekwilibrystyce, jako że na samą myśl o cennych 30 minutach (w jedną stronę), zmarnowanych na bezmyślnym gapieniu się przez okno lub w zacięte twarze dookoła, żal mi ściska nie tylko moje własne cztery litery, ale i parę innych fragmentów ciała.  

A w międzyczasie nadrabiam zaległości w podczytywaniu blogowych sąsiadów i zacieram ręce na te długie jesienno-zimowe wieczory (których jakoś na razie nie udało mi się odpowiednio wykorzystać), kiedy to będę mogła wreszcie zasiąść w starym fotelu przy nowym oknie i zanurzyć się spokojnie i bez wyrzutów sumienia w świat czyjejś wyobraźni.

 

Tak więc jeśli kogoś jeszcze czasem tu zawiewa, sygnalizuję, że to nie jest moje ostatnie słowo i postaram się dawać głos, no powiedzmy, raz na kwartał :)

czwartek, 17 września 2009
Prosta historia

Uwielbiam Skandynawów. Wprawdzie temperamentem bliżej mi raczej do południowców, ale mimo to od lat jakoś przekornie odczuwam słabość do skandynawskich filmów, stylu urządzania wnętrz :)) i...książek właśnie. Strinberg, Axelsson, Mankell, Larsson, Patterson - w ich operowaniu językiem jest jakaś chłodna elegancja, dystans, który niekiedy sprawia, że opisywane historie wydają się jeszcze bardziej poruszające i jakieś takie bardziej tragiczne...

Z tego, co pamiętam, przy pierwszej powieści Pettersona "Kradnąc konie", zdania blogowiczów były dość mocno podzielone - niektórzy twierdzili, że książka jest po prostu nudna. Mam wrażenie, że nie inaczej będzie przy "Przeklinam rzekę czasu" - i bynajmniej nie chodzi tu o sprawdzenie jak bardzo wysublimowany jest nasz czytelniczy gust - ot, po prostu - jedni lubią śledzie, a inni bitą śmietanę :)

Do mnie ten styl przemawia i dlatego "Przeklinam rzekę czasu" przeczytałam z niekłamaną przyjemnością, z ulgą odrywając się na kilka chwil od zwariowanego świata za oknem.

To prosta historia, w której tak naprawdę więcej dzieje się "pomiędzy", aniżeli wprost - w tle mamy politycznie przełomowy rok 1989; 37-letni bohater to trochę taki życiowy nieudacznik - jest właśnie w trakcie rozwodu, jego fascynacja komunizmem skończyła się rozczarowaniem i  ogólnie rzecz biorąc nie jest to raczej postać, którą instynktownie darzymy sympatią, głównie ze względu na to, że to jego miotanie w poszukiwaniu diabli wiedzą czego, jest po prostu irytujące.

Swoją podróż do Danii śladem umierającej na raka matki próbuje wykorzystać jako okazję do życiowych podsumowań i rozliczeń, ale obraz, jaki się z tego wyłania nie jest zbyt optymistyczny - Arvid nie potrafi nawiązać, ani tym bardziej utrzymać żadnych bliższych więzi z innymi - ani rodziną, ani tymi, którzy w którymś momencie stanęli na jego drodze, dryfuje po swoim życiu kompletnie bez celu, samotny, smutny i rozczarowany.

A jednak mimo, że z postacią Arvida niełatwo jest się czytelnikowi utożsamić (kto bowiem chciałby być postrzegany jako zgorzkniały nieudacznik?), to Pettersonowi udaje się przykuć naszą uwagę i poprowadzić tę nieskomplikowaną historię z nieczęsto spotykaną subtelnością i poetyką. Całość jest stonowana i mocno metaforyczna, a to, ile z przemyśleń bohatera przyswoimy i jak głęboko, będzie zależało wyłącznie od naszych dotychczasowych życiowych doświadczeń i nastroju.   

13:56, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 września 2009
Informacyjnie i serialowo
Zgadza się, przerwę miałam. Znowu. Długą. Tym razem jednak nie wylądowałam w szpitalu, ani nie porwali mnie kosmici, tylko zaczęłam nową pracę i nagle okazało się, że praca + okrojone życie towarzyskie nie zostawiają zbyt wiele miejsca na inne aktywności, takie jak prowadzenie bloga na przykład. Ot i cała tajemnica, gdyby ktoś przypadkiem się nad tym zastanawiał...

Żyję więc i miewam się dobrze, ale jestem w okresie przystosowywania się do funkcjonowania w społeczeństwie jak normalny człowiek, a nie pałętam się gdzieś na jego obrzeżach, jak to miało miejsce w ciągu ostatnich trzech lat. Bądźmy szczerzy - w moim przypadku to już coś, tzn zdecydowany krok naprzód. Jeszcze trochę i przestanę się czuć wśród ludzi jak E.T., marzący o powrocie na swoją planetę.

Ale żeby nie było za lekko, to moje życie intelektualne chwilowo zostało zahibernowane, a mój kontakt z "kulturą" ogranicza się do oglądania dwóch seriali, w które, do czego przyznaję się z ręką na sercu, wciągnęłam się bez reszty. Słowo pisane w jakiejś tam postaci jeździ sobie ze mną metrem w torebce i nawet czasem udaje mi się poświęcić mu chwilę uwagi, ale póki co, w kategoriach czytelniczych, nie bardzo mam się czym pochwalić, bo albo trafiam jak kulą w płot i rzucam rozpoczętą książkę po 30 stronach, albo czytam o seryjnych zabójcach, czyli generalnie nihil novi.

A wracając do tytułów, o których wspomniałam powyżej, to są to dwie całkiem różne bajki i to dosłownie pod każdym względem, no ale do rzeczy:

- MAD MEN to raj dla oczu dla kogoś, kto ma choć odrobinę sentymentu do lat 50. czy 60. ubiegłego wieku i mody retro, ale z całą pewnością warto go obejrzeć nie tylko dla pięknych sukienek i rewelacyjnej scenografii. Fabuła skupia się wokół niewielkiej, ale nieźle prosperującej amerykańskiej agencji reklamowej i gronie pracujących w niej osób, wśród których centralną postacią jest Don Draper. Wszystko kręci się na ogół wokół niego, jednak "Mad Men" to przede wszystkim genialny (naprawdę GENIALNY) scenariusz i mnóstwo cholernie celnych obyczajowych obserwacji - właściwie krok po kroku możemy sobie obejrzeć całą obyczajową ewolucję i zobaczyć dokładnie, jak zmienił się świat od czasów naszych rodziców, choć na dobrą sprawę w relacjach międzyludzkich nie posunęliśmy się aż tak daleko do przodu...





Uwielbiam ten serial i uwielbiam Dona Drapera, który mimo dość typowego dla swoich czasów męskiego szowinizmu, jest dla mnie uosobieniem mężczyzny prawie idealnego.



O ile "Mad Men" jest obyczajowym dramatem, zgrabnie lawirującym pomiędzy życiem uczuciowo - intymnym i zawodowym, to drugi tytuł z pewnością jest moim antidotum na wszelkie smutki i potencjalną jesienną chandrę. Jeśli ktoś lubi "Przyjaciół" (a czy w ogóle istnieje ktoś, kto ich NIE lubi?) i brytyjski humor, to ma szansę zakochać się w "COUPLING" . Uprzedzam jednak, że to nie jest żadna angielska wersja tego słynnego serialu, tylko coś w rodzaju jej zwariowanego europejskiego odpowiednika, przyprawionego sporą szczyptą seksu i niecenzuralnych dialogów - życiowe komentarze bohaterów na temat związków i płci przeciwnej (zwłaszcza w wykonaniu Jeffa) są po prostu bezcenne.
Dodatkowym bonusem w moim przypadku jest główna rola Jacka Davenporta.




czwartek, 30 lipca 2009
Lektura niebanalna


Dawno już nie trafiłam na książkę, która równie dobrze mogłaby być gotowym scenariuszem - właściwie podczas całej lektury "Belcanto" Ann Patchett miałam przed oczami stworzone przez nią postaci. Do sięgnięcia po ten tytuł zachęcała kiedyś recenzja Padmy i chwała jej za to, bo myślę, że ta nieszczęsna okładka skutecznie odstrasza wiele osób, które mogłyby się tą opowieścią zachwycić (jak niżej podpisana na przykład). Ale też wbrew pozorom nie jest to książka specjalnie lekka, poza tym niespiesznie rozwijająca się akcja, "zmusza" czytelnika do delektowania się kolejnymi stronami i leniwego zagłębiania się w opisywany przez Patchett świat, a nie każdemu odpowiada takie tempo...

Pomysł powieści został oparty na autentycznej tragedii z  1996 roku, kiedy ambasada Japonii w Limie została zaatakowana przez grupę terrorystów, a kilkuset dyplomatów, polityków i biznesmenów uczestniczących w przyjęciu na cześć japońskiego cesarza wzięto za zakładników. Byli oni przetrzymywani przez 126 dni, a następnie uwolnieni przez wojsko, ale podczas ataku zginął jeden z zakładników i wszyscy terroryści. Patchett do tego stopnia zafascynowały artykuły dotyczące tego wydarzenia, opisujące podręcznikowy wręcz przykład syndromu sztokholmskiego (kiedy porywacze spędzali czas między innymi na grze z zakładnikami w szachy czy piłkę nożną),  że postanowiła skorzystać z gotowej inspiracji.

Punktem wyjścia "Belcanto" są uroczyście świętowane urodziny japońskiego biznesmena, pana Hosokawy, organizowane w domu wiceprezydenta anonimowego południowoamerykańskiego państwa. Główną atrakcją przyjęcia jest występ słynnej amerykańskiej śpiewaczki operowej, Roxanne Coss, której wielbicielem jest Japończyk. Pod koniec koncertu dom zostaje niespodziewanie zaatakowany przez grupę uzbrojonych mężczyzn, których celem jest prezydent kraju. Kiedy jednak okazuje się, że mimo wcześniejszych zapowiedzi, prezydent nie pojawił się na przyjęciu, sytuacja staje się trochę niezręczna, jako że zakładników jest wielu, a terrorystów zaledwie kilkunastu.
Ostatecznie po dokonaniu selekcji, w domu pozostaje grupa kilkudziesięciu mężczyzn uznanych za najbardziej wpływowych, a także śpiewaczka.

Taki jest w skrócie główny rys fabularny powieści.

Niech jednak nikogo nie zwiedzie ten pozornie sensacyjny wątek, bowiem Patchett po mistrzowsku koncentruje się całkiem na czym innym i już niemal do samego końca obserwujemy i analizujemy wraz z autorką przeróżne emocjonalne konfiguracje, rodzące się z upływem czasu pomiędzy kolejnymi uczestnikami dramatu.
Odcięci prawie całkowicie od świata zewnętrznego, zarówno zakładnicy jak i terroryści stopniowo organizują sobie coś w rodzaju alternatywnej rzeczywistości, przyjmując kolejne role i odnajdując się często w czynnościach wydawałoby się całkiem im obcych.

Centralną osią, wokół której wszystko się koncentruje, są uczuciowe zawirowania z udziałem czwórki bohaterów - japońskiego jubilata i miłośnika opery Hosokawy, jego tłumacza nieśmiałego Gena, który z racji swoich lingwistycznych talentów awansuje na jedną z najważniejszych osób w grupie, śpiewaczki Roxanne Coss oraz młodziutkiej terrorystki, Carmen. Jednak także postaci drugoplanowe są niezwykle wyraziste i uważam, że to jest najmocniejsza strona tej powieści - Ann Patchett udało się tak realistycznie przedstawić całą grupę bohaterów i w zasadzie każdemu z nich nadać jakiś indywidualny i charakterystyczny rys, że w pewnym momencie nie sposób się z nimi  nie utożsamić. Kilkakrotnie w trakcie czytania łapałam się na tym, że zaczynam myśleć jak zakładnicy - z jednej strony wiem doskonale, że taki status quo nie może trwać w nieskończoność i prędzej czy później musi się coś wydarzyć, ale jednocześnie miałam nadzieję, że ten surrealistycznie sielankowy światek przetrwa w jakiś magiczny sposób.
Mając w pamięci zakończenie autentycznej historii, wiemy już, że nie ma co liczyć na happy end, chociaż oczywiście aż do końca nie wiadomo tak naprawdę czego się spodziewać, a już sam finał powieści jest totalną woltą i powiem szczerze, że mimo pozornie logicznego wytłumaczenia, nie do końca potrafię go zaakceptować i cały czas jakoś mi on "zgrzyta".

A jednak sama książka robi wrażenie - tak jak napisałam wyżej, wyraziste postaci i bardzo realistycznie opisane ewoluowanie ich zachowań sprawiają, że można ją czytać trochę jak podręcznik socjologii opisujący zachowania ludzi warunkach izolacji. Oczywiście nie wszystkie osoby wydają się równie autentyczne (najwięcej zastrzeżeń można mieć chyba do postaci Roxanne Coss, której brakuje trochę spójności, chociaż z drugiej strony może wynika to po prostu z faktu, że jako operowa diwa łączy w sobie wiele sprzecznych cech), no i to dyskusyjne zakończenie - niemniej jednak w trakcie dziesięciu powolnie rozwijających się rozdziałów autorka sprytnie angażuje czytelnika emocjonalnie do tego stopnia, że końcówką dostajemy po głowie niczym obuchem.

Wyczytałam gdzieś, że podczas pisania "Belcanto" Patchett inspirowała się także "Czarodziejską górą" T.Manna i chciała stworzyć w swojej powieści podobnie baśniowy świat ludzi odciętych od rzeczywistości, funkcjonujących według utworzonych przez siebie zasad. Moim zdaniem udało się jej to znakomicie.

Wprawdzie nie jestem ani znawczynią ani miłośniczką opery, więc nie potrafię ocenić licznych fragmentów poświęconych muzyce, ale sugestywność opisów sprawiała, że prawie słyszałam w głowie kolejne arie...

Dla mnie to naprawdę niesamowita książka, którą po kilku dniach nadal mam w głowie.
14:30, jeanne_n , Słowa
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8