O autorze
Ostatnie notki
Zakładki:
A to czytam i tu pisuję :)
Czytam
Poczekalnia
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Tu zaglądam
Zaglądam i tu
|
czwartek, 17 września 2009
Prosta historia
Uwielbiam Skandynawów. Wprawdzie temperamentem bliżej mi raczej do południowców, ale mimo to od lat jakoś przekornie odczuwam słabość do skandynawskich filmów, stylu urządzania wnętrz :)) i...książek właśnie. Strinberg, Axelsson, Mankell, Larsson, Patterson - w ich operowaniu językiem jest jakaś chłodna elegancja, dystans, który niekiedy sprawia, że opisywane historie wydają się jeszcze bardziej poruszające i jakieś takie bardziej tragiczne... Z tego, co pamiętam, przy pierwszej powieści Pettersona "Kradnąc konie", zdania blogowiczów były dość mocno podzielone - niektórzy twierdzili, że książka jest po prostu nudna. Mam wrażenie, że nie inaczej będzie przy "Przeklinam rzekę czasu" - i bynajmniej nie chodzi tu o sprawdzenie jak bardzo wysublimowany jest nasz czytelniczy gust - ot, po prostu - jedni lubią śledzie, a inni bitą śmietanę :) Do mnie ten styl przemawia i dlatego "Przeklinam rzekę czasu" przeczytałam z niekłamaną przyjemnością, z ulgą odrywając się na kilka chwil od zwariowanego świata za oknem. To prosta historia, w której tak naprawdę więcej dzieje się "pomiędzy", aniżeli wprost - w tle mamy politycznie przełomowy rok 1989; 37-letni bohater to trochę taki życiowy nieudacznik - jest właśnie w trakcie rozwodu, jego fascynacja komunizmem skończyła się rozczarowaniem i ogólnie rzecz biorąc nie jest to raczej postać, którą instynktownie darzymy sympatią, głównie ze względu na to, że to jego miotanie w poszukiwaniu diabli wiedzą czego, jest po prostu irytujące. Swoją podróż do Danii śladem umierającej na raka matki próbuje wykorzystać jako okazję do życiowych podsumowań i rozliczeń, ale obraz, jaki się z tego wyłania nie jest zbyt optymistyczny - Arvid nie potrafi nawiązać, ani tym bardziej utrzymać żadnych bliższych więzi z innymi - ani rodziną, ani tymi, którzy w którymś momencie stanęli na jego drodze, dryfuje po swoim życiu kompletnie bez celu, samotny, smutny i rozczarowany. A jednak mimo, że z postacią Arvida niełatwo jest się czytelnikowi utożsamić (kto bowiem chciałby być postrzegany jako zgorzkniały nieudacznik?), to Pettersonowi udaje się przykuć naszą uwagę i poprowadzić tę nieskomplikowaną historię z nieczęsto spotykaną subtelnością i poetyką. Całość jest stonowana i mocno metaforyczna, a to, ile z przemyśleń bohatera przyswoimy i jak głęboko, będzie zależało wyłącznie od naszych dotychczasowych życiowych doświadczeń i nastroju.
niedziela, 06 września 2009
Informacyjnie i serialowo
Zgadza się, przerwę miałam. Znowu. Długą. Tym razem jednak nie wylądowałam w szpitalu, ani nie porwali mnie kosmici, tylko zaczęłam nową pracę i nagle okazało się, że praca + okrojone życie towarzyskie nie zostawiają zbyt wiele miejsca na inne aktywności, takie jak prowadzenie bloga na przykład. Ot i cała tajemnica, gdyby ktoś przypadkiem się nad tym zastanawiał...
Żyję więc i miewam się dobrze, ale jestem w okresie przystosowywania się do funkcjonowania w społeczeństwie jak normalny człowiek, a nie pałętam się gdzieś na jego obrzeżach, jak to miało miejsce w ciągu ostatnich trzech lat. Bądźmy szczerzy - w moim przypadku to już coś, tzn zdecydowany krok naprzód. Jeszcze trochę i przestanę się czuć wśród ludzi jak E.T., marzący o powrocie na swoją planetę. Ale żeby nie było za lekko, to moje życie intelektualne chwilowo zostało zahibernowane, a mój kontakt z "kulturą" ogranicza się do oglądania dwóch seriali, w które, do czego przyznaję się z ręką na sercu, wciągnęłam się bez reszty. Słowo pisane w jakiejś tam postaci jeździ sobie ze mną metrem w torebce i nawet czasem udaje mi się poświęcić mu chwilę uwagi, ale póki co, w kategoriach czytelniczych, nie bardzo mam się czym pochwalić, bo albo trafiam jak kulą w płot i rzucam rozpoczętą książkę po 30 stronach, albo czytam o seryjnych zabójcach, czyli generalnie nihil novi. A wracając do tytułów, o których wspomniałam powyżej, to są to dwie całkiem różne bajki i to dosłownie pod każdym względem, no ale do rzeczy: - MAD MEN to raj dla oczu dla kogoś, kto ma choć odrobinę sentymentu do lat 50. czy 60. ubiegłego wieku i mody retro, ale z całą pewnością warto go obejrzeć nie tylko dla pięknych sukienek i rewelacyjnej scenografii. Fabuła skupia się wokół niewielkiej, ale nieźle prosperującej amerykańskiej agencji reklamowej i gronie pracujących w niej osób, wśród których centralną postacią jest Don Draper. Wszystko kręci się na ogół wokół niego, jednak "Mad Men" to przede wszystkim genialny (naprawdę GENIALNY) scenariusz i mnóstwo cholernie celnych obyczajowych obserwacji - właściwie krok po kroku możemy sobie obejrzeć całą obyczajową ewolucję i zobaczyć dokładnie, jak zmienił się świat od czasów naszych rodziców, choć na dobrą sprawę w relacjach międzyludzkich nie posunęliśmy się aż tak daleko do przodu... ![]() ![]() Uwielbiam ten serial i uwielbiam Dona Drapera, który mimo dość typowego dla swoich czasów męskiego szowinizmu, jest dla mnie uosobieniem mężczyzny prawie idealnego. ![]() O ile "Mad Men" jest obyczajowym dramatem, zgrabnie lawirującym pomiędzy życiem uczuciowo - intymnym i zawodowym, to drugi tytuł z pewnością jest moim antidotum na wszelkie smutki i potencjalną jesienną chandrę. Jeśli ktoś lubi "Przyjaciół" (a czy w ogóle istnieje ktoś, kto ich NIE lubi?) i brytyjski humor, to ma szansę zakochać się w "COUPLING" . Uprzedzam jednak, że to nie jest żadna angielska wersja tego słynnego serialu, tylko coś w rodzaju jej zwariowanego europejskiego odpowiednika, przyprawionego sporą szczyptą seksu i niecenzuralnych dialogów - życiowe komentarze bohaterów na temat związków i płci przeciwnej (zwłaszcza w wykonaniu Jeffa) są po prostu bezcenne. Dodatkowym bonusem w moim przypadku jest główna rola Jacka Davenporta. ![]()
czwartek, 30 lipca 2009
Lektura niebanalna
![]() Dawno już nie trafiłam na książkę, która równie dobrze mogłaby być gotowym scenariuszem - właściwie podczas całej lektury "Belcanto" Ann Patchett miałam przed oczami stworzone przez nią postaci. Do sięgnięcia po ten tytuł zachęcała kiedyś recenzja Padmy i chwała jej za to, bo myślę, że ta nieszczęsna okładka skutecznie odstrasza wiele osób, które mogłyby się tą opowieścią zachwycić (jak niżej podpisana na przykład). Ale też wbrew pozorom nie jest to książka specjalnie lekka, poza tym niespiesznie rozwijająca się akcja, "zmusza" czytelnika do delektowania się kolejnymi stronami i leniwego zagłębiania się w opisywany przez Patchett świat, a nie każdemu odpowiada takie tempo...
Pomysł powieści został oparty na autentycznej tragedii z 1996 roku, kiedy ambasada Japonii w Limie została zaatakowana przez grupę terrorystów, a kilkuset dyplomatów, polityków i biznesmenów uczestniczących w przyjęciu na cześć japońskiego cesarza wzięto za zakładników. Byli oni przetrzymywani przez 126 dni, a następnie uwolnieni przez wojsko, ale podczas ataku zginął jeden z zakładników i wszyscy terroryści. Patchett do tego stopnia zafascynowały artykuły dotyczące tego wydarzenia, opisujące podręcznikowy wręcz przykład syndromu sztokholmskiego (kiedy porywacze spędzali czas między innymi na grze z zakładnikami w szachy czy piłkę nożną), że postanowiła skorzystać z gotowej inspiracji. Punktem wyjścia "Belcanto" są uroczyście świętowane urodziny japońskiego biznesmena, pana Hosokawy, organizowane w domu wiceprezydenta anonimowego południowoamerykańskiego państwa. Główną atrakcją przyjęcia jest występ słynnej amerykańskiej śpiewaczki operowej, Roxanne Coss, której wielbicielem jest Japończyk. Pod koniec koncertu dom zostaje niespodziewanie zaatakowany przez grupę uzbrojonych mężczyzn, których celem jest prezydent kraju. Kiedy jednak okazuje się, że mimo wcześniejszych zapowiedzi, prezydent nie pojawił się na przyjęciu, sytuacja staje się trochę niezręczna, jako że zakładników jest wielu, a terrorystów zaledwie kilkunastu. Ostatecznie po dokonaniu selekcji, w domu pozostaje grupa kilkudziesięciu mężczyzn uznanych za najbardziej wpływowych, a także śpiewaczka. Taki jest w skrócie główny rys fabularny powieści. Niech jednak nikogo nie zwiedzie ten pozornie sensacyjny wątek, bowiem Patchett po mistrzowsku koncentruje się całkiem na czym innym i już niemal do samego końca obserwujemy i analizujemy wraz z autorką przeróżne emocjonalne konfiguracje, rodzące się z upływem czasu pomiędzy kolejnymi uczestnikami dramatu. Odcięci prawie całkowicie od świata zewnętrznego, zarówno zakładnicy jak i terroryści stopniowo organizują sobie coś w rodzaju alternatywnej rzeczywistości, przyjmując kolejne role i odnajdując się często w czynnościach wydawałoby się całkiem im obcych. Centralną osią, wokół której wszystko się koncentruje, są uczuciowe zawirowania z udziałem czwórki bohaterów - japońskiego jubilata i miłośnika opery Hosokawy, jego tłumacza nieśmiałego Gena, który z racji swoich lingwistycznych talentów awansuje na jedną z najważniejszych osób w grupie, śpiewaczki Roxanne Coss oraz młodziutkiej terrorystki, Carmen. Jednak także postaci drugoplanowe są niezwykle wyraziste i uważam, że to jest najmocniejsza strona tej powieści - Ann Patchett udało się tak realistycznie przedstawić całą grupę bohaterów i w zasadzie każdemu z nich nadać jakiś indywidualny i charakterystyczny rys, że w pewnym momencie nie sposób się z nimi nie utożsamić. Kilkakrotnie w trakcie czytania łapałam się na tym, że zaczynam myśleć jak zakładnicy - z jednej strony wiem doskonale, że taki status quo nie może trwać w nieskończoność i prędzej czy później musi się coś wydarzyć, ale jednocześnie miałam nadzieję, że ten surrealistycznie sielankowy światek przetrwa w jakiś magiczny sposób. Mając w pamięci zakończenie autentycznej historii, wiemy już, że nie ma co liczyć na happy end, chociaż oczywiście aż do końca nie wiadomo tak naprawdę czego się spodziewać, a już sam finał powieści jest totalną woltą i powiem szczerze, że mimo pozornie logicznego wytłumaczenia, nie do końca potrafię go zaakceptować i cały czas jakoś mi on "zgrzyta". A jednak sama książka robi wrażenie - tak jak napisałam wyżej, wyraziste postaci i bardzo realistycznie opisane ewoluowanie ich zachowań sprawiają, że można ją czytać trochę jak podręcznik socjologii opisujący zachowania ludzi warunkach izolacji. Oczywiście nie wszystkie osoby wydają się równie autentyczne (najwięcej zastrzeżeń można mieć chyba do postaci Roxanne Coss, której brakuje trochę spójności, chociaż z drugiej strony może wynika to po prostu z faktu, że jako operowa diwa łączy w sobie wiele sprzecznych cech), no i to dyskusyjne zakończenie - niemniej jednak w trakcie dziesięciu powolnie rozwijających się rozdziałów autorka sprytnie angażuje czytelnika emocjonalnie do tego stopnia, że końcówką dostajemy po głowie niczym obuchem. Wyczytałam gdzieś, że podczas pisania "Belcanto" Patchett inspirowała się także "Czarodziejską górą" T.Manna i chciała stworzyć w swojej powieści podobnie baśniowy świat ludzi odciętych od rzeczywistości, funkcjonujących według utworzonych przez siebie zasad. Moim zdaniem udało się jej to znakomicie. Wprawdzie nie jestem ani znawczynią ani miłośniczką opery, więc nie potrafię ocenić licznych fragmentów poświęconych muzyce, ale sugestywność opisów sprawiała, że prawie słyszałam w głowie kolejne arie... Dla mnie to naprawdę niesamowita książka, którą po kilku dniach nadal mam w głowie.
środa, 29 lipca 2009
Kinowo cz.2
Zapowiedziany c.d. wybranych tytułów z lipcowego Lata Filmów.
Na początek "DeUsynlige" ("Troubled Water") - norwesko-duński zdobywca głównej nagrody w konkursie na film z najlepszym scenariuszem. Moim skromnym zdaniem jak najbardziej zasłużenie, bo to taki film, o którym po prostu nie sposób nie myśleć po seansie - zostaje w głowie i zmusza do zadania sobie co najmniej kilku fundamentalnych pytań... ![]() „DeUsynlige” to poruszająca historia o próbie odkupienia, miłości i wybaczaniu. Czteroletni chłopiec zostaje porwany i najprawdopodobniej zamordowany przez dwóch nastolatków – nie wiemy, dlaczego tak się dzieje, ponieważ kolejne elementy tej układanki poznajemy na bieżąco w trakcie filmu, dopiero pod sam koniec otrzymując dramatyczny obraz całości. Osiem lat później jeden ze skazanych, Jan Thomas, zostaje zwolniony z więzienia i dostaje szansę rozpoczęcia normalnego życia, – jako że jest utalentowanym organistą, znajduje zatrudnienie w kościele, przewodzonym przez pastora Annę. Anna z kolei jest matką samotnie wychowującą synka (zarówno wiekowo, jak i z wyglądu do złudzenia przypominającego zmarłe przed laty dziecko) – kiedy więc między nią a Janem Thomasem z czasem dochodzi do zacieśnienia więzi, chłopak decyduje się zachować swoją przeszłość w tajemnicy. Jednak ona nie daje o sobie tak łatwo zapomnieć,
ponieważ równolegle poznajemy Agnes, nauczycielkę i matkę zabitego chłopca,
która mimo upływu lat nadal nie potrafi dojść do siebie po tragedii, obwiniając
siebie za chwilę nieuwagi, która kosztowała jej dziecko życie, a także nie
mogąc pojąć motywów człowieka, który teraz wydaje się być kimś całkiem innym. Kieruje
nią nienawiść i determinacja, aby wymusić na Janie Thomasie przyznanie się do
winy, a także uniemożliwić mu funkcjonowanie w społeczeństwie na równych
prawach. Czując narastające emocjonalne napięcie pomiędzy bohaterami tej historii, wiemy już, że musi dojść do jakiegoś przełomu – że stanie się coś, co wydobędzie na wierzch wszelkie skrywane dotąd uczucia i żale – tak też dzieje się, kiedy Jan Thomas odbierając z przedszkola synka Anny zostaje nagle cofnięty do przeszłości i postawiony po przeciwnej stronie – chłopiec bowiem niespodziewanie znika. Choć fabuła
„DeUsynlige” pozornie może wydawać się nieco zagmatwana, tak naprawdę
najważniejsze w niej wydają się prowokujące pytania, zadawane Annie przez Jana
Thomasa – nie potrafi on bowiem zrozumieć
jak można wierzyć w bezgraniczną dobroć Boga, który obok dobra stworzył także
zło – pyta więc, jaki był Jego cel, a także czy możliwe jest pełne wybaczenie
komuś, kto wyrządził nam jakąś ogromną krzywdę. Na mnie osobiście najmocniejsze
wrażenie, poza niewiarygodną grą dwójki głównych postaci (Jana Thomasa, granego
przez Pala Sverre Valheima Hagena oraz Agnes, w której rolę wcieliła się Trine
Dyrholm) i przejmującą muzyką, zrobiło uświadomienie sobie przez Annę pod
koniec filmu jak wielka przepaść jest pomiędzy jej naiwną teoretyczną wiarą, a faktycznymi
życiowymi wyborami – jakże łatwo jest głosić pięknie brzmiące hasła, ale kiedy
zostajemy postawieni przed konkretnym wyborem, wtedy wybaczenie nie przychodzi
już tak łatwo. ***
W tym filmie nic nie jest jednak ani takie, jak się wydaje, nie oczekujmy też prostego zakończenia, – choć teoretycznie w trakcie filmu otrzymujemy pewne sygnały świadczące o tym, co może się wydarzyć pomiędzy tą trójką, samo rozwiązanie jest dosyć zaskakujące. Choć można Kotwicy zarzucić pewną przesadę i pretensjonalność (myślę, że nieco więcej prostoty wyszłoby temu obrazowi zdecydowanie na dobre), to jednak „Czarny lód” ogląda się z zaciekawieniem – choćby tylko po to, aby się przekonać, czym jeszcze reżyser nas zaskoczy. Mój subiektywny ranking opisanych filmów wygląda następująco: 1. Zdecydowanie "DeUsynlige" 2. "Mucha", ale tuż za nią 3. "Kiedyś w sierpniu" no i sporo dalej "Czarny lód"
niedziela, 26 lipca 2009
Kinowo
To będzie skrótowe podsumowanie kilku filmów obejrzanych podczas lipcowego Lata Filmów, o którym wspominałam jakiś czas temu - nie jestem pewna, czy wejdą one do normalnej dystrybucji, ale jeśli ktoś natknie się gdzieś przez przypadek na któryś z opisanych przeze mnie tytułów, a lubi przy tym kino niebanalne i raczej niekomercyjne, to zachęcam do zapoznania się z tymi obrazami, bo moim zdaniem warto.
Na początek jeden obraz niemiecki i jeden rosyjski: ![]() „Kiedyś w sierpniu” to jeden z ciekawszych obejrzanych przeze mnie w trakcie festiwalu obrazów, choć z pewnością nie jest to film dla każdego, jako że pozornie niewiele się w nim dzieje. Oto mamy młode małżeństwo – Hannę i Thomasa, którzy właśnie kupili dom na niemieckiej prowincji i planują spędzić lato na wykończeniu i doprowadzeniu go do stanu używalności – są pełni zapału, podekscytowani i szczęśliwi, spędzając dni na szpachlowaniu, malowaniu, wynoszeniu i paleniu starych mebli i cieszeniu się chwilą. Ich plan będzie jednak wymagał zmodyfikowania, kiedy pojawią się dosyć niespodziewani goście – poturbowany przez życie brat Thomasa, który próbuje się pozbierać po utracie pracy, żony i dzieci, a także młodziutka Augustine, chrześnica Hanny, która okazuje się nieco mniej niewinna niż mogłoby się wydawać. W tym momencie
wiadomo już, że wśród tej czwórki musi prędzej czy później dojść do jakiegoś
emocjonalnego przesilenia – pozornie nic nie znaczące szczegóły, jak nocna
kąpiel w jeziorze, wspólny spacer, czy wypita herbata nagle stają się
katalizatorem i doprowadzają do wybuchu – reżyser Sebastian Schipper bawi się tą
historią z niezwykłą wręcz subtelnością, pozwalając jej rozwijać się we
własnym, leniwym tempie – trochę przypomina to obrazy spod znaku Dogmy, trochę
filmy Bergmana, jednak tym, co utrzymuje ten film na jednakowo wysokim poziomie
są rewelacyjnie dobrani i poprowadzeni aktorzy – momentami wrażenie podglądania
prawdziwych życiowych dramatów naszych sąsiadów jest niezwykle silne. I to
stanowi najmocniejszą stronę tego obrazu. ***
„Mucha” Władymira Kotta to kino rosyjskie w najlepszym wydaniu – to mieszanka gatunkowa, po której tak naprawdę do końca nie wiadomo, czego się spodziewać. Początek sugeruje prosty dramat obyczajowy, być może z lekkim zabarwieniem komediowym – kiedy poznajemy Fiodora Mukhina, kochliwego kierowcę ciężarówki, który po otrzymaniu dość enigmatycznego telegramu wyrusza do małej mieściny na spotkanie być może kobiety swojego życia, a zamiast niej znajduje szesnastoletnią niepokorną córkę Wierę, o istnieniu której nie miał dotąd pojęcia. To niespodziewane spotkanie diametralnie odmieni życie obojga, choć może niekoniecznie w sposób, o jakim by marzyli. Kott po mistrzowsku prowadzi dwa równoległe wątki tytułowej Muchy, którą jest i zbuntowana nastolatka, próbująca poradzić sobie na własną rękę ze stratą matki i za wszelką cenę udowadniająca wszystkim wokół swoją siłę i Fiodor Iwanowicz, który jak się okazuje, pod pozorami błaznowatego flirciarza skrywa tęsknotę za posiadaniem prawdziwej rodziny i ustatkowaniem się. Oprócz wciągającej i chwilami zaskakującej fabuły, na szczególną uwagę obok dwojga głównych bohaterów zasługuje także cała plejada barwnych postaci drugoplanowych, z których niemal każda tworzy zapadającą w pamięć kreację – mamy więc zrozpaczoną urzędniczkę pocztową, czekającą na list od walczącego nie wiadomo gdzie syna, która regularnie niszczy nadchodzące karty poborowe, pozwalając innym matkom uniknąć jej losu; lokalnego mafiosa – masarza, który przemienił swoją obsesyjną miłość do kobiety, która odrzuciła jego zaloty wraz z oferowanym jej majątkiem i szansą na wyzdrowienie na równie obsesyjną nienawiść skierowaną zarówno na jej córkę oraz wyidealizowanego przez nią Mukhina; mamy też wreszcie nauczycielkę matematyki, nocami dorabiającą w jedynym miejscowym barze, desperacko poszukującą mężczyzny, z którym mogłaby się związać. „Mucha” jest filmem momentami zabawnym i groteskowym, choć przez większą część jest to obraz raczej gorzki, ale zestawienie dwóch równoległych światów – dorosłych i nastolatków na tle rosyjskiej prowincji sprawia, że ogląda się go z niemalejącym zainteresowaniem do samego końca. Aktualnie skręca mnie trochę, że wrocławskie ENH obywają się beze mnie, no ale może prędzej czy później będę miała szansę zobaczyć przynajmniej kilka pokazywanych tam filmów... A w międzyczasie pozostaje mi zadowolić się tym, co mam na tzw. "składzie"...
piątek, 24 lipca 2009
Letnie czytanie
![]() Wpis będzie nie za długi, jako że i opisywana książka do szczególnie pokaźnych nie należy - ma niecałe 200 stron, ale napisana jest świetnym językiem i jak dla mnie plasuje się całkiem wysoko w kategorii "niegłupich współczesnych powieści obyczajowych". Niektórzy mogą skojarzyć Zoe Heller jako autorkę "Notatek o skandalu", których niestety jeszcze nie miałam okazji przeczytać, chociaż film (bardzo dobry notabene) widziałam jakiś czas temu. Choć fabuła "Wszystkiego, o czym wiesz" na pierwszy rzut oka może wydawać się nieco zagmatwana, tak naprawdę nie chodzi tu wcale o poziom pozornego skomplikowania - bohaterem jest Willy Muller, podstarzały pisarzyna, który aktualnie zarabia na życie pomagając mniej lub bardziej sławnym ludziom w tworzeniu ich autobiografii - zajęcie jest więc raczej mało chwalebne, choć dosyć opłacalne. Willy znany jest jednak przede wszystkim jako bohater skandalu sprzed lat, skazany (a potem uniewinniony) za zamordowanie swojej żony, co opisał później w książce, która stała się bestsellerem. W konsekwencji tego jego dwie córki zerwały z nim kontakt, mając mu za złe zarabianie na rodzinnej tragedii. W międzyczasie pozbawione zarówno matki jak i ojca, obie zdołały zejść na złą drogę, pogrążając się w narkotykach, alkoholu, przygodnym seksie i podejrzanym towarzystwie, co jedną z nich doprowadziło ostatecznie do samobójstwa i osierocenia nieślubnej córki. Pewnego dnia żyjący sobie dosyć beztrosko i egoistycznie Willy otrzymuje tajemniczą paczkę, w której, jak się okazuje, są pamiętniki nieżyjącej już córki - dopiero z ich lektury dowiaduje się, co naprawdę działo się w jej życiu i co spowodowało tę tragedię. A jednak wbrew wszelkim pozorom "Wszystko, o czym wiesz" nie jest żadnym łzawym melodramatem o rozpadającej się rodzinie, tylko napisaną bardzo barwnym językiem opowieścią o wyborach, jakich dokonujemy i o ich konsekwencjach, o ludziach wikłających się w różne dziwne układy, o starzeniu się i robieniu podsumowań, o wybaczaniu i wielu innych rzeczach. To, co Zoe Heller udało się wyśmienicie, to połączenie dosyć ciężkiej wydawałoby się tematyki z dużą dawką humoru i naprawdę zabawnymi opisami, co sprawia, że tę powieść czyta się po pierwsze błyskawicznie, a po drugie z niekłamaną przyjemnością - jeśli ktoś lubi brytyjskie klimaty (chociaż Willy z pochodzenia jest Niemcem, a mieszka w L.A.), to szczerze polecam, bo to świetna i niegłupia książka w sam raz na wakacje. Powtarzam się zapewne, ale styl i język Heller jest tak cudny, że nie mogę się powstrzymać od przytoczenia choćby małego fragmenciku: "Angielska bohema. Wreszcie! Jej ojciec, Paul, który nam otworzył drzwi ("Witamwitamwitamwitam!"), miał siwe włosy i wyglądał zatrważająco chudo w przeżartej przez mole sztruksowej marynarce i rozepchanych spodniach, jakie noszą staruszkowie. Bił od niego zapach ubrań ze sklepów z używaną odzieżą - zatęchłej wełny i starego potu - i ku mojemu przerażeniu przywitał się z Ooną, całując ją w usta. W salonie (niskim, śmierdzącym i pełnym książek) Sibella, zgięta wpół, karmiła ogromną bandę drących się kotów. Była rumiana, gruba i miała na sobie obszerną sukienkę w wiejskim stylu, która wyglądała tak, jakby przypadkowo na nią opadła podczas gwałtownej wichury. (...) Nie mogłem się nadziwić, że kobieta tak piękna jak Oona wyszła z łona tego starego kartofla."
sobota, 11 lipca 2009
piątek, 10 lipca 2009
Czytelnicza mizeryja
![]() Ze względu na trwający jeszcze do niedzieli festiwal Lato Filmów, jestem chwilowo bardziej freakiem filmowym aniżeli książkowym; poza tym gros obejrzanych przeze mnie obrazów to dramaty, więc niejako dla zachowania równowagi umysłowo-emocjonalnej moje ostatnie lektury nie grzeszą wyrafinowaniem i jak widać, są mocno monotematyczne...
Wielbicielką Jane Austen jestem od lat i przyznaję się, że wracam do jej powieści z podziwu godną regularnością - uwielbiam też większość adaptacji, zwłaszcza te zrobione przez BBC - dla mnie jest to taka trochę Chick Lit, ale z wyższej półki, po którą można sięgnąć z przyjemnością, ale bez wyrzutów sumienia, że marnuje się czas na jakieś bzdury. Tak więc sama jestem sobie winna, że moja słabość do postaci J.A. po powyższych lekturach odbiła mi się czkawką... Z tej grupki jako taki fason trzyma jedynie kieszonkowa biografia pisarki (o której zresztą kiedyś wspominała w komentarzach Dormeza, jeśli się nie mylę) autorstwa Helen Lefroy, czyli z rodziny blisko związanej z Austenami (oczywiście po filmie "Becoming Jane" pierwsze i słuszne skojarzenie to postać Toma Lefroya, z którym J.A. ponoć miała w młodości coś w rodzaju romansu czy też raczej rozbudowanego flirtu). Książeczka ma niewiele ponad 100 stron i czyta się błyskawicznie i to w zasadzie wszystko, co można o niej powiedzieć, poza tym, że oczywiście opisuje nawet dość dokładnie życie pisarki i jej rodziny począwszy od wczesnych lat spędzonych na plebanii w Steventon, przez przenosiny do Bath, wakacje w Lyme Regis aż po końcówkę życia w Chawton. Jeśli ktoś zna Jane Austen wyłącznie z jej powieści i ma ochotę przekonać się, jak wyglądało jej własne życie, to to właśnie znajdzie w tej bezpretensjonalnej mini-biografii. Bez fajerwerków, ale konkretnie i zwięźle i bez ostentacyjnego silenia się na naśladownictwo stylu swojej bohaterki, co zważywszy na inny z omawianych przeze mnie tytułów, może być uznane za zaletę samą w sobie. O ile jednak postanowiłam nie czepiać się zanadto Helen Lefroy, to niestety pozostałym tytułom oberwie się w dwójnasób - tu od razu uprzedzam lojalnie potencjalne wielbicielki pisarki, że "Listy wybrane Jane Austen" to lektura tak nudna i irytująca, że po przebiciu się przez jakąś połowę z nich, czułam jak moja sympatia do ich autorki maleje z każdą kolejną stroną - dodatkowo jeszcze nie mogłam znieść przerobienia imienia siostry Jane Austen z Cassandry na spolszczoną Kasandrę... Ok, zdaję sobie sprawę z tego, że podobno owa Cassandra / Kasandra najprawdopodobniej mając na uwadze honor słynnej siostry zniszczyła listy zawierające być może jakieś ciekawe (albo chociaż odrobinę pikantniejsze) informacje, ale w takim razie nie bardzo widzę sens wydawania czegoś, co słowo honoru jest nudne jak przysłowiowe flaki z olejem i nie ma w sobie ani odrobiny tej finezji i ironicznego stylu, tak charakterystycznego dla Austen. Dla mnie zdecydowanie szkoda czasu, fatygi i mojej sympatii, którą będę teraz musiała mozolnie odbudować kolejnym podejściem do którejś z moich ulubionych powieści. No i wreszcie słów parę na temat "Pamiętników Jane Austen" autorstwa Syrie James, czyli Amerykanki chwalącej się swoją szeroką wiedzą na temat życia i twórczości rzeczonej J.A. W porządku - już sięgając po tę książkę wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać, więc i oczekiwań nie miałam zbyt wywindowanych - zresztą coś, co określane jest na okładce jako "urzekająca, chwytająca za serce powieść o miłości i poświęceniu, o prawdziwej pasji i namiętności, z których rodzi się niezapomniana literatura" siłą rzeczy nie może być dobre, no ale jednak trochę się łudziłam, że może mimo wszystko będzie to miła lektura. Chciałam, to mam - ideą przewodnią Syrie James było "wyjaśnienie" miłośnikom Jane Austen tego, jakim cudem ta inteligentna i niezwykła kobieta przeżyła swoje życie (niedługie wprawdzie, ale jednak) bez męża i w ogóle bez mężczyzny, który byłby dla niej ważny (wspomniany wyżej Tom Lefroy się nie liczy, jako młodzieńcza i niepoważna miłostka) - Amerykanka postanowiła więc powołać do życia postać Fredericka Ashforda, mężczyznę idealnego - mądrego, dowcipnego, tolerancyjnego, przystojnego, bogatego, ustosunkowanego etc. etc., który w dodatku oczywiście zakochuje się w pisarce od pierwszego wejrzenia (z wzajemnością) i tylko wredne konwenanse i przeznaczenie rzucające tej uroczej parze kłody pod nogi sprawia, że autorka "Dumy i uprzedzenia" umiera jako panna Austen, a nie pani Ashford. Sama nie wiem - może niepotrzebnie się czepiam i tak naprawdę to jest urocza książka, tylko ja nie potrafię tego dostrzec? Bo generalnie potencjał jakiś tam ma - podobał mi się sam pomysł wprowadzenia kilku fikcyjnych postaci (chociaż znając twórczość J.A. raczej bez problemu wychwycimy większość z nich) i generalnie trzymania się faktów, ale niestety James ma jednocześnie drażniącą tendencję do "przedobrzania", przez co otrzymujemy totalny miszmasz postaci jakby na chybił trafił powyciąganych z kolejnych powieści i powtykanych do "prawdziwego" życia pisarki. Tak, jak pisałam wyżej, muszę zafundować sobie teraz porządną i "oryginalną" odtrutkę i mam tylko nadzieję, że hołubione przeze mnie historie nadal będą potrafiły oczarować mnie swoją lekkością i urokiem. Wniosek (i ostrzeżenie) na przyszłość - jeśli lubisz jakiegoś autora, to uważaj przy sięganiu po tytuły "poboczne", bo możesz wdepnąć niechcący w coś, co lepiej byłoby ominąć.
poniedziałek, 06 lipca 2009
Do góry brzuchem
Ok, nie ma co się oszukiwać - okazuje się, że im wyższa temperatura za oknem, tym mniejsza jest moja potencjalna "wena"; upał świetnie się za to dogaduje z moim wewnętrznym leniem sprawiając, że moja chwilowa działalność intelektualna nie jest w stanie wyjść poza słuchanie muzyki i oglądanie cieni na suficie... A tymczasem w naszej cudnej i piekielnie gorącej stolicy od wczoraj aż do następnej niedzieli trwa Festiwal Lato Filmów, więc jeśli jakiś filmowy freak ma chęć obejrzeć coś interesującego i niekomercyjnego, to zachęcam - pełny program z tytułami i opisami jest tutaj. Poza tytułami z całej Europy biorącymi udział w konkursie głównym (na najlepszy scenariusz), można będzie też obejrzeć sporo niezłych filmów z ubiegłych lat, albo wybrać się np na przegląd kina koreańskiego czy japońskiego. Niżej podpisany freak na pewno się tam pojawi... A w międzyczasie idę poszukać jakiejś adekwatnej do pogody i mojego stanu ducha, nieobciążającej zbytnio moich rozleniwionych szarych komórek lektury... Jak widać na załączonym obrazku, futrzak też nie należy do grona fanów letnich upałów...
piątek, 26 czerwca 2009
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||