Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Blog > Komentarze do wpisu
Czytelnicza mizeryja


Ze względu na trwający jeszcze do niedzieli festiwal Lato Filmów, jestem chwilowo bardziej freakiem filmowym aniżeli książkowym; poza tym gros obejrzanych przeze mnie obrazów to dramaty, więc niejako dla zachowania równowagi umysłowo-emocjonalnej moje ostatnie lektury nie grzeszą wyrafinowaniem i jak widać, są mocno monotematyczne...

Wielbicielką Jane Austen jestem od lat i przyznaję się, że wracam do jej powieści z podziwu godną regularnością - uwielbiam też większość adaptacji, zwłaszcza te zrobione przez BBC - dla mnie jest to taka trochę Chick Lit, ale z wyższej półki, po którą można sięgnąć z przyjemnością, ale bez wyrzutów sumienia,  że marnuje się czas na jakieś bzdury.
Tak więc sama jestem sobie winna, że moja słabość do postaci J.A. po powyższych lekturach odbiła mi się czkawką...

Z tej grupki jako taki fason trzyma jedynie kieszonkowa biografia pisarki (o której zresztą kiedyś wspominała w komentarzach Dormeza, jeśli się nie mylę) autorstwa Helen Lefroy, czyli z rodziny blisko związanej z Austenami (oczywiście po filmie "Becoming Jane" pierwsze i słuszne skojarzenie to postać Toma Lefroya, z którym J.A. ponoć miała w młodości coś w rodzaju romansu czy też raczej rozbudowanego flirtu). Książeczka ma niewiele ponad 100 stron i czyta się błyskawicznie i to w zasadzie wszystko, co można o niej powiedzieć, poza tym, że oczywiście opisuje nawet dość dokładnie życie pisarki i jej rodziny począwszy od wczesnych lat spędzonych na plebanii w Steventon, przez przenosiny do Bath, wakacje w Lyme Regis aż po końcówkę życia w Chawton. Jeśli ktoś zna Jane Austen wyłącznie z jej powieści i ma ochotę przekonać się, jak wyglądało jej własne życie, to to właśnie znajdzie w tej bezpretensjonalnej mini-biografii. Bez fajerwerków, ale konkretnie i zwięźle i bez ostentacyjnego silenia się na naśladownictwo stylu swojej bohaterki, co zważywszy na inny z omawianych przeze mnie tytułów, może być uznane za zaletę samą w sobie.

O ile jednak postanowiłam nie czepiać się zanadto Helen Lefroy, to niestety pozostałym tytułom oberwie się w dwójnasób - tu od razu uprzedzam lojalnie potencjalne wielbicielki pisarki, że "Listy wybrane Jane Austen" to lektura tak nudna i irytująca, że po przebiciu się przez jakąś połowę z nich, czułam jak moja sympatia do ich autorki maleje z każdą kolejną stroną - dodatkowo jeszcze nie mogłam znieść przerobienia imienia siostry Jane Austen z Cassandry na spolszczoną Kasandrę... Ok, zdaję sobie sprawę z tego, że podobno owa Cassandra / Kasandra najprawdopodobniej mając na uwadze honor słynnej siostry zniszczyła listy zawierające być może jakieś ciekawe (albo chociaż odrobinę pikantniejsze) informacje, ale w takim razie nie bardzo widzę sens wydawania czegoś, co słowo honoru jest nudne jak przysłowiowe flaki z olejem i nie ma w sobie ani odrobiny tej finezji i ironicznego stylu, tak charakterystycznego dla Austen. Dla mnie zdecydowanie szkoda czasu, fatygi i mojej sympatii, którą będę teraz musiała mozolnie odbudować kolejnym podejściem do którejś z moich ulubionych powieści.

No i wreszcie słów parę na temat "Pamiętników Jane Austen" autorstwa Syrie James, czyli Amerykanki chwalącej się swoją szeroką wiedzą na temat życia i twórczości rzeczonej J.A.
W porządku - już sięgając po tę książkę wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać, więc i oczekiwań nie miałam zbyt wywindowanych - zresztą coś, co określane jest na okładce jako "urzekająca, chwytająca za serce powieść o miłości i poświęceniu, o prawdziwej pasji i namiętności, z których rodzi się niezapomniana literatura" siłą rzeczy nie może być dobre, no ale jednak trochę się łudziłam, że może mimo wszystko będzie to miła lektura.

Chciałam, to mam - ideą przewodnią Syrie James było "wyjaśnienie" miłośnikom Jane Austen tego, jakim cudem ta inteligentna i niezwykła kobieta przeżyła swoje życie (niedługie wprawdzie, ale jednak) bez męża i w ogóle bez mężczyzny, który byłby dla niej ważny (wspomniany wyżej Tom Lefroy się nie liczy, jako młodzieńcza i niepoważna miłostka) - Amerykanka postanowiła więc powołać do życia postać Fredericka Ashforda, mężczyznę idealnego - mądrego, dowcipnego, tolerancyjnego, przystojnego, bogatego, ustosunkowanego etc. etc., który w dodatku oczywiście zakochuje się w pisarce od pierwszego wejrzenia (z wzajemnością) i tylko wredne konwenanse i przeznaczenie rzucające tej uroczej parze kłody pod nogi sprawia, że autorka "Dumy i uprzedzenia" umiera jako panna Austen, a nie pani Ashford.

Sama nie wiem - może niepotrzebnie się czepiam i tak naprawdę to jest urocza książka, tylko ja nie potrafię tego dostrzec? Bo generalnie potencjał jakiś tam ma - podobał mi się sam pomysł wprowadzenia kilku fikcyjnych postaci (chociaż znając twórczość J.A. raczej bez problemu wychwycimy większość z nich) i generalnie trzymania się faktów, ale niestety James ma jednocześnie drażniącą tendencję do "przedobrzania", przez co otrzymujemy totalny miszmasz postaci jakby na chybił trafił powyciąganych z kolejnych powieści i powtykanych do "prawdziwego" życia pisarki.

Tak, jak pisałam wyżej, muszę zafundować sobie teraz porządną i "oryginalną" odtrutkę i mam tylko nadzieję, że hołubione przeze mnie historie nadal będą potrafiły oczarować mnie swoją lekkością i urokiem.

Wniosek (i ostrzeżenie) na przyszłość - jeśli lubisz jakiegoś autora, to uważaj przy sięganiu po tytuły "poboczne", bo możesz wdepnąć niechcący w coś, co lepiej byłoby ominąć.
piątek, 10 lipca 2009, jeanne_n

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/07/10 20:04:08
Ale to jest racja, dobra biografia to w większości przypadków nieistniejąca biografia (w wersji jakiejkolwiek, od teoretycznych pamiętników po wielkie tomiszcza z chronologicznym życiorysem). Ja się kiedyś tak paskudnie nacięłam na biografię Agathy Christie, że przez pewien czas miałam aż wstręt do samej niewinnej Christie :)
-
2009/07/15 21:25:39
Po odtrutkę też sięgałam i to bardzo szybko, kiedy skusiłam się na lekturę książki z serii "a po ślubie żyli nie mniej ciekawie niż przed". Nie pamiętam tytułu i nazwiska autorki, ale rzecz dotyczyła Elizabeth (już) Darcy. Irytowało mnie wszystko - od nachalnego popisywania się znajomością "Dumy i uprzedzenia", przez nieudolne naśladowanie stylu, po spolszczenie imienia Lizzy.