Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Blog > Komentarze do wpisu
Nazistowska suita



Nadszedł czas na zapowiedzianą onegdaj zaległą recenzję książki przeznaczonej głównie dla czytelników o raczej mocnym systemie nerwowym oraz wysokim poziomie cierpliwości...

Po przebrnięciu (świadomie nie użyłam słowa "przeczytaniu", bo słowo  daję, było to brnięcie mocno naznaczone niechęcią i uporem) przez ponad 1000 stron chyba najbardziej dyskutowanej książki ubiegłego roku (w Polsce, bo oryginalnie ukazała się ona w 2006), mogę wreszcie powiedzieć z ręką na sercu, że Jonathan Littell ma marne szanse na trafienie do grupy moich ulubionych pisarzy (bez względu na to, jak liczna by ona nie była).

Nie pamiętam już ile razy w trakcie tej lektury miałam ochotę cisnąć tę cholerną cegłę w kąt i już do niej nie wrócić, ale tu muszę oddać honor autorowi - jest w tej koszmarnej historii coś, co przyciąga i zaskakuje, wyrywając czytelnika raz na kilkaset stron z w miarę bezpiecznego kokonu, który sobie podczas lektury stworzył i sprawiając, że chcąc nie chcąc, z wyrazem obrzydzenia na twarzy brnie on do samego końca, kierowany głównie ciekawością nie jak się ta opowieść skończy, ale raczej, co go jeszcze czeka po drodze...

Perfidia pułapki, zastawionej na nas przez Littell'a polega na tym, że na początku postać Maximiliana Aue, doktora prawa, frankofila, intelektualisty i wielbiciela muzyki klasycznej wydaje się stosunkowo niegroźna, zwłaszcza w porównaniu do jego kolegów "po fachu". Poza tym fakt, że wstąpił on do SS niejako przypadkiem i traktuje to raczej jako pracę na rzecz ojczyzny właśnie, a nie pole do realizowania własnych chorych ambicji czy możliwość wyżywania się na innych, stwarza iluzję jego potencjalnej "niewinności" - z tym, że autor dosyć szybko i gwałtownie pozbawia nas tej iluzji aby pod koniec pokazać nam, że tak naprawdę bez względu na to, jakie były pozory, Aue jest takim samym (jeśli nie większym) psychopatą, jak osławieni Eichman czy doktor Mengele.

Oczywiście nie można zapominać, że mimo historycznego tła i trzymania się faktów (bardzo szczegółowo opracowanych przez autora), Aue jest postacią fikcyjną, kumulacją cech, których prawdopodobieństwo wystąpienia w pojedynczej jednostce wydaje się znikome - jest on więc i domorosłym filozofem, analizującym ze stoickim wręcz spokojem dokonywane przez niego i swoich rodaków makabryczne rzezie w kategoriach ekonomicznych, nawiązującym do greckiej mitologii (tytułowe "Łaskawe" to Erynie, greckie boginie zemsty, prześladujące przestępców, a zwłaszcza zabójców - w tym kontekście znaczące okazuje się zdanie kończące książkę i stanowiące niejako podsumowanie całej opowiedzianej historii: "Łaskawe wpadły na mój trop"),
  i aktywnym homoseksualistą, ukrywającym swoje preferencje nawet przed najbliższym przyjacielem (ambitnym oficerem Gestapo, notabene), ale także związanym kazirodczym związkiem z własną siostrą bezwzględnym mordercą, niemal do samego końca nie potrafiącym przyznać się do popełnionej przez siebie zbrodni. Dodatkowo poza zamiłowaniem do pięknej muzyki, literatury etc. charakteryzuje się on także kompletnym brakiem sumienia - kolejne kręgi wojennego piekła, w których uczestniczy lub których jest świadkiem, opisuje w równie chłodny i pozbawiony emocji sposób, nie dopuszczając do siebie myśli, że były to rzeczy etycznie i moralnie niedopuszczalne. Jednocześnie gdzieś w podświadomości musi jednak odczuwać coś na kształt wyrzutów sumienia, bo tym właśnie chyba są wszelkie bardzo drobiazgowo opisywane problemy psycho-fizyczne, których kumulacją jest opis pod koniec książki ostatecznego popadania w szaleństwo w opuszczonym domu siostry.

W jednej z przeczytanej kiedyś przeze mnie recenzji ktoś całkiem zgrabnie porównał bohatera książki do skrzyżowania Supermena z Baronem Munchausenem, jako że jego nieprawdopodobne szczęście i tendencja do wychodzenia cało z opresji są momentami niezamierzenie komiczne, automatycznie narzucając czytelnikowi dystans w stosunku do postaci, z którą w innym przypadku, być może momentami (choć bardzo niechętnie) mógłby się on utożsamić.

Niełatwo jest jednoznacznie scharakteryzować "Łaskawe", ani o nich pisać - po pierwsze trzeba mieć naprawdę ogromne samozaparcie i mocne nerwy, żeby sprostać kolejnym, niesamowicie wręcz brutalnym opisom - mordów, gwałtów i stopniowemu zezwierzęceniu kolejnych postaci - jednak po jakimś czasie drastyczność języka Littella zamiast szokować, zaczyna drażnić, a jego epatowanie makabrycznymi detalami wydaje się zbędne - i bez tego ta książka dawałaby mocno "po głowie". Na dobre też wyszło by jej skrócenie o co najmniej połowę - ten nieprzerwany strumień świadomości staje się po kilkudziesięciu (żeby nie powiedzieć - kilkuset) stronach zwyczajnie nużący i sprawia, że zaczynamy zerkać ile jeszcze zostało do końca.

A jednak oprócz wyjątkowo makabrycznych i okrutnych scen, są tam liczne fragmenty dające do myślenia i mocno zapadające w pamięć, jak np historia niemieckiego inżyniera, którego najbardziej boli fakt, że zamiast budować nowe mosty, zgodnie z rozkazami musi wysadzać te już istniejące, aby nie wpadły one w ręce nadchodzących Rosjan; czy też naprawdę dramatyczny opis spotkania z bandą dzikich dzieci, które funkcjonują gdzieś pomiędzy zbliżającymi się Bolszewikami, a wycofującymi się wojskami niemieckimi, mordując z zimną krwią zarówno jednych, jak i drugich, gwałcąc się wzajemnie i stanowiąc koszmarnie wypaczone lustrzane odbicie sąsiedniego świata dorosłych.

Nie potrafię powiedzieć, czy takie książki jak "Łaskawe" są potrzebne - być może sam fakt, że zdołała ona wywołać taką dyskusję na skalę światową świadczy na jej korzyść, odnoszę jednak wrażenie, że w ogólnym rozrachunku nie wnosi ona do tematyki Holokaustu, rozliczania się, czy zbrodni dokonywanych podczas II WŚ nic nowego, może poza pozostawieniem w głowie co wrażliwszych czytelników licznych obrazów, które ja osobiście chętnie bym z niej wyrzuciła.

Książkę wydało Wydawnictwo Literackie.

Tę i inne recenzje można znaleźć także tu: http://mojeopinie.pl

piątek, 26 czerwca 2009, jeanne_n

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
matylda_ab
2009/06/26 15:07:36
Objętość chyba każdego przeraża. Mnie tak. No i jak piszesz, są momenty, kiedy człowiek się zmusza do dalszej lektury. Choć ciekawi mnie treść! Może kiedyś...
-
zosik
2009/06/26 16:36:06
Mnie zmógł. Chyba już nie wrócę do czytania, bo jakoś nie mam siły ani ochoty na niego. Dotrwałam do oblężenia Stalingradu, a potem doszłam do wniosku, że pora zrobić sobie przerwę w tej katordze, a przerwa ta trwa już ze 6 miesięcy.
-
clevera
2009/06/26 18:41:41
Trudno użyć słowa podobała się, ale dla mnie na pewno była ważna. Taki kolejny element do całości obrazu wojny i psychiki ludzkiej w niej uwikłanej. Przeczytałam ją w kilka dni, pomimo opasłości.
-
moni-libri
2009/07/23 22:17:54
nie czytałam .... ale będąc ostatnio w bibliotece zainteresowała mnie ...... bo zobaczyłam rozpacz i straszny zawód w oczach młodego CHŁOPAKA, który chciał ją wypożczyć lecz nie była dostępna ;-(((((((((( zaskoczyło mnie to???????!!!!!!!!!!trzeba było o zobaczyć!