Książkowo - filmowo - muzycznie + inne wariacje
MY MONKEY: jeanne_n@gazeta.pl


MusicPlaylist
Music Playlist at MixPod.com

Spis moli
Blog > Komentarze do wpisu
Lektury ponure


Gdyby ktoś się mnie spytał, czym się kieruję w doborze swoich lektur, powiem szczerze, że nie potrafiłabym chyba mu odpowiedzieć w żaden sensowny sposób - sama do końca nie rozgryzłam swojego "systemu", jeśli takowy w ogóle posiadam i czasem moje wybory zaskakują także i mnie.

Trzy ostatnie tytuły należą zdecydowanie do grupy "lektur ponurych", żeby nie powiedzieć "depresyjnych", chociaż teoretycznie książka Marka Edelmana w zamierzeniu miała opisywać zjawisko z natury pozytywne, czyli miłość, ale niech potencjalnych czytelników nie zwiedzie ten pozornie optymistyczny tytuł - miłości jest tam zdecydowanie mniej niż śmierci, a suchy, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników język autora dodatkowo potęguje grozę opisywanych scen.

Niektóre z nich są wręcz okrutnie plastyczne i nadal nie mogę np wyrzucić z głowy obrazu zbiorowego gwałtu dokonanego na anonimowej kobiecie w obecności kilkudziesięciu ludzi, którzy stali i przyglądali się bezsilnie, bo nic innego nie mogli zrobić. "Teraz mnie zapytasz, jak przyzwoity mężczyzna powinien się zachować w tej sytuacji. A on tak się zachował, jak mógł. (...) Oczywiście, trzeba było strzelać, tylko trzeba było mieć z czego".

W zbiorze "I była miłość w getcie" są też i piękne i naprawdę poruszające fragmenty, jak ten w tytułowym rozdziale o matce, która oddaje swój numerek życia siedemnastoletniej córce i popełnia samobójstwo; nieśmiała dziewczynka, która zostaje całkiem sama, zakochuje się w chłopcu i mieszka z nim po aryjskiej stronie. "Rozkwitła w tej miłości. (...) Nic innego nie było po niej widać, tylko tę miłość. Każdy bez wyjątku, kto ją wtedy widział, mówił, że promieniała szczęściem. (...) Ciepło, które dawał jej chłopiec, sprawiło, że zapominała o getcie. To szczęście trwało trzy miesiące. Potem - może się skończyły pieniądze - gospodarze wydali ją i jej chłopca".

Bardzo trafnie w swojej przedmowie ujmuje rzecz Jacek Bocheński pisząc:
"Holokaust był losem Żydów, ale śmierć jest losem ludzi, nie tylko Żydów, choć ich wraz ze wszystkimi, oczywiście też. Holokaust był dziełem Niemców, ale zbrodnia jest w ogóle dziełem ludzi. (...) Podobnie miłość jest dobrem ludzi, nie wyłącznie Żydów. Zdaje mi się, że Marek Edelman chce nam koniecznie coś powiedzieć o tym ludzkim, uniwersalnym wymiarze Holokaustu, żebyśmy zrozumieli, wiedzieli i pamiętali".

Mam dla Marka Edelmana ogromną dozę uwielbienia i szacunku - za to co przeżył i o czym od lat niestrudzenie opowiada, ale chyba przede wszystkim chyba za jego życiową postawę, pełną ciepła i otwartości w stosunku do ludzi. A to jest cecha, której, moim zdaniem, bardzo brakuje autorowi kolejnej przeczytanej przeze mnie niedawno książki, czyli Henrykowi Grynbergowi - zawsze w trakcie lektury jego książek jestem poirytowana i odnoszę wrażenie, że ten pisarz nie jest człowiekiem, którego można by łatwo polubić - ilość jadu i zgorzknienia, którymi przesiąknięte są kolejne strony, dobijają mnie. Poza tym naprawdę nie lubię ludzi, którzy uważają się za wieczne ofiary i dopatrują się prześladowania w niemal każdym geście innych. A właśnie takie wrażenie odnosiłam podczas lektury "Ciągu dalszego" - albo więc autor w swoim powojennym życiu miał niebywałego pecha i spotykał na swojej drodze wyłącznie zdeklarowanych antysemitów, którzy za swój cel postawili uprzykrzanie mu życia na każdym niemal kroku, albo mamy tu do czynienia z lekką manią prześladowczą - no sorry, ale o ile w świetnie czytających się "Uchodźcach" było to jakoś bardziej wyważone, to tutaj ta bezkompromisowość, żeby nie powiedzieć antypatyczny upór są naprawdę drażniące. Zarzucając reszcie ludzkości brak tolerancji, Henryk Grynberg zdaje się nie zauważać tego samego u siebie - dlatego właśnie choć opisywana przez niego tematyka jest z pewnością interesująca, to wolę czytać autorów, w stosunku do których nie odczuwam tak silnej prywatnej niechęci...

O trzecim tytule, czyli książce - cegle, będzie za czas jakiś, jako że"Łaskawe" Jonathana Littell'a nie należą do lektur łatwych i przyjemnych, a poza tym przede mną nadal jakieś 150 stron i przed zdaniem relacji z lektury muszę sobie ją najpierw uporządkować we własnej głowie...

środa, 17 czerwca 2009, jeanne_n

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
clevera
2009/06/18 11:03:53
Pierwsza książka przed mną, a Grynberga rozumiem. Zabito mu ojca, długo dochodził kto i dlaczego pokonując zmowę milczenia mieszkańców wsi,a potem był świadkiem ekshumacji jego zwłok, przy których znaleziono butelkę na mleko dla swojego syna, właśnie szedł po nie, kiedy dokonano mordu. Natomiast "Łaskawe" głęboko zapadły w moją pamięć, chociaż odradzałabym je osobom wrażliwym,a polecałabym lubiącym grzebać w psychice ludzkiej i to głęboko.
-
2009/06/18 20:12:27
clevero - ja nie twierdzę, że H. Grynberg nie przeżył prawdziwego piekła, bo wiem doskonale, że tak było; zresztą jego książki poruszają ważną tematykę i doceniam jak najbardziej jego upór w opowiadaniu poruszających i często nieprzyjemnych historii, ale nie zmienia to faktu, że jednocześnie mam wrażenie jakby autor miał pretensję do wszystkich ludzi, którzy nie przeżyli tego, co on i jakby sam fakt, że nie było się prześladowanym i cudem uratowanym Żydem, automatycznie odbierał innym prawo do odczuwania żalu, litości czy też identyfikowania się z ofiarami.